Nowa powieść gotowa!

W miniony weekend postawiłem ostatnią kropkę nowej powieści! Trzynaście miesięcy zajęło mi wymyślenie historii i napisanie kryminału pod tytułem „Niezależność”. Nie był to łatwy proces, ale lubię trudności, bo dopiero gdy je przełamuję mam poczucie, że powstaje coś wartościowego. O czym jest nowa powieść? Marcin Faron – co zasugerowałem w epilogu „Przypadku” – wraca do pracy w mediach, ale za biurkiem nie posiedzi za długo, bo szybko z budynku redakcji pisma „Raport” wyrwą go nowe wyzwania i dramatyczne wydarzenia. Kręgosłupem powieści jest oczywiście intryga kryminalna, ale nie byłbym sobą, gdybym nie obudował go żywą tkanką dramatu obyczajowego i elementami political fiction. Skrywająca mroczną tajemnicę aktorka Weronika Linetty podzieli się swoimi rozterkami w obszernym i bardzo szczerym wywiadzie-rzece. Perspektywa jego opublikowania niepokoi wielu ludzi. Ministerstwo kultury musi zmierzyć się z Buntem Artystów Polskich, którzy głośno protestują przeciwko niszczącym środowisko artystyczne decyzjom ministra. Marcin Faron rozegra trudną batalię o prawdę i niezależność, zmagając się między innymi z próbującym zwerbować go do agencji medialnej Continuitas Piotrem Lenartem – szarą eminencją świata polskiej kultury i mediów. To tylko kilka wątków z tej rozbudowanej i różnorodnej intrygi, którą tym razem utkałem.

Tytuł jest tu nieprzypadkowy, bo „Niezależność” to kryminalno-społeczna opowieść właśnie o szeroko i różnorodnie rozumianej niezależności. Niezależności mediów, niezależności kultury, niezależności osobistej i zawodowej. Nigdy nie interesowało mnie samo literackie mordowanie. Odkąd zacząłem pisać powieści kryminalne zawsze chciałem, żeby obok historii o zbrodni i poszukiwaniu zabójcy przedstawić jakiś ciekawy kawałek rzeczywistości; aktualny problem, który nas w mniejszym lub większym stopniu dotyczy tu i teraz – w Polsce początku XXI wieku. W „Niezależności” tę „społeczną” sferę opowieści poświęciłem kulturze i jej przecięciu ze światem polityki. O kulturze pisałem już troszeczkę w „Plagiacie”. Tutaj wracam do tego tematu odważniej i z nieco innej perspektywy. Konflikt na linii ministerstwo kultury – artyści to fundament mojej opowieści po części zaczerpnięty z rzeczywistości. Reszta jest już stuprocentową fikcją. Staram się ją na każdym kroku maksymalnie uwiarygadniać, bo lubię, gdy opowieść sprawia wrażenie prawdziwej, by płynęła obok znanej nam codzienności tak blisko jak się tylko da. Nie ma bowiem dla mnie piękniejszych i bardziej chwytających za serce historii niż te, które choć nigdy się nie wydarzyły, są tak rzeczywiste, że bezdyskusyjnie mogłyby się wydarzyć. „Niezależność” to opowieść o walce o prawo do głoszenia prawdy, jakakolwiek by ona nie była. I jak to w kryminale, niektórzy za prawdę dotyczącą swojego życia będą musieli to życie oddać.

Praca nad tą powieścią trwała dłużej niż planowałem, ale czasem tak jest, że trzeba wybrać między szybko a dobrze. Stając przed takim dylematem zawsze wybieram to drugie, bo jakość jest najważniejsza. Podobnie jak „Plagiat” pisałem tę powieść dwukrotnie. Pierwszą wersję testową, by sprawdzić mielizny i wybrać najlepsze rozwiązania, a później już właściwą, którą szlifowałem i dopieszczałem od marca. Po ponad roku pracy wreszcie jest tak, jak pragnąłem by było.

Chciałbym, żeby „Niezależność” ukazała się w listopadzie. Po pierwsze dlatego, że to odpowiedni dystans od marcowej premiery „Przypadku”, a po drugie dlatego, że przełomowe wydarzenia nowej powieści wypadają właśnie w listopadzie. Sympatycznie by się zgrało. Czy tak się stanie, przekonamy się niebawem. Na razie stawiam ostatnią kropkę i łapię trochę oddechu. Trzeba odpocząć i zebrać siły do kolejnych wyzwań. Dwa fajne pomysły czekają na opracowanie. Jeden kryminalny, w sam raz dla Marcina Farona. Drugi zupełnie z innej beczki, który otworzy mi możliwość napisania powieści nie należącej do żadnego znanego gatunku. Ale o tym wszystkim za jakiś czas.

Sprawa Gorgonowej

Czas i klimat Świąt skradła mi książka „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” autorstwa Cezarego Łazarewicza (wyd. Czarne). Zanim kilka słów o książce, trochę o opisanej w niej historii, którą napisało życie… A czasami wydaje mi się, że sam diabeł, który zmaterializował się pewnej grudniowej nocy w letniej willi w niewielkiej wsi pod Lwowem.

To jedna z tych historii, które zaserwowały mi kiedyś kilka nieprzespanych nocy i o których pamiętam mimo upływu lat. Miałem szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy natknąłem się na film „Sprawa Gorgonowej” w reżyserii Janusza Majewskiego i w iście wirtuozerskiej obsadzie z Romanem Wilhelmim, Aleksandrem Bardinim, Andrzejem Łapickim, Mariuszem Dmochowskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Ewą Dałkowską w roli tytułowej. Film mroczny, bardzo sugestywny, magnetyzujący. Ponad dwie godziny mistrzowskiego dramatu sądowniczego z elementami kryminału, czy nawet thrillera. To był cios. Tym bardziej, że przedstawiona w filmie historia wydarzyła się naprawdę. Pewnie wszyscy znają szczegóły dramatycznych wydarzeń sprzed blisko dziewięćdziesięciu lat, ale dla porządku, w telegraficznym skrócie przypomnę o czym mowa.

Ostatnie dni grudnia. Wieś Brzuchowice niedaleko Lwowa. Dom Zarembów. To miały być ostatnie chwile spędzone w tym domu w takim składzie osobowym. Związek czterdziestoośmioletniego architekta Henryka Zaremby z trzydziestoletnią opiekunką Ritą Gorgonową dobiegał końca. Niebawem mieli zamieszkać osobno. Ona zostaje z malutką Romaną w willi, on z dwójką starszych dzieci z pierwszego związku – córką Elżbietą i synem Stanisławem – przenosi się do mieszkania we Lwowie. Przeprowadzka zaplanowana jest na pierwsze dni stycznia. Ale nowego życia nie rozpoczną zgodnie z planem. W nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku brutalnie zamordowana zostaje starsza córka Zaremby, siedemnastoletnia Elżbieta „Lusia” Zarembianka. Tej samej nocy rozpoczyna się śledztwo, które najpierw wyklucza możliwość wejścia mordercy z zewnątrz, a następnie kieruje podejrzenia na Ritę Gorgonową. Urodzona w Dalmacji bona miała zatłuc Lusię dżaganem zadając jej kilka śmiertelnych ciosów w głowę. Motywem zbrodni miała być zemsta za rozbicie jej związku z Zarembą. Wiosną postawiono ją przed sądem i ruszył jeden z najgłośniejszych i najsłynniejszych polskich procesów. Proces bardzo trudny, poszlakowy, podlany kotłującymi się emocjami tysięcy obserwatorów. Zainteresowanie sprawą było gigantyczne, a presja ze strony „ulicy” podobno mocno odczuwalna. Gorgonową skazano na śmierć, ale nad sprawą unosiła się aura niewyjaśnionej tajemnicy, której prokuratura do końca nie potrafiła rozwiać. O wyroku zadecydowały ostatecznie zeznania czternastoletniego Stasia Zaremby, który tamtej nocy widział postać wysokiej kobiety czającej się na werandzie i mimo ciemności twierdził, że rozpoznał w niej Ritę, oraz zakrwawiona chusteczka należąca do Gorgonowej, ukryta w piwnicy.

Po apelacji odbył się drugi proces. Znów zakończony wyrokiem skazującym, ale tym razem już tylko na osiem lat więzienia. Gorgonowa wyszła na wolność po sześciu latach, 3 września 1939 roku, na mocy amnestii spowodowanej wybuchem wojny. Odsiadując wyrok urodziła córkę Ewę (Zaremba jej nie uznał, choć oczywistym wydaje się, że to on był ojcem).

Choć wszystko zdawało się rozstrzygnięte, historia ta ciągnie za sobą cień niedomówień i mimo długiego drobiazgowego śledztwa, podwójnego procesu, dziesiątek przesłuchań i ekspertyz nadal nie na wszystkie pytania znaleziono odpowiedzi, a wina Gorgonowej według wielu stoi pod znakiem zapytania.

Książka Łazarewicza kompiluje prawdopodobnie całą dostępną aktualnie wiedzę na temat legendarnej już „Sprawy Gorgonowej”. Szczegółowo odtwarza wydarzania dramatycznej nocy, podaje genezę tragedii, relacjonuje śledztwo posiłkując się zarówno wyjątkami z archiwalnych raportów, jak i z memuarów uczestników rozprawy. Obszerne cytaty gorących reportaży zaczerpnięte z gazet oddają atmosferę niezdrowego podniecenia i nieprzeciętnego zainteresowania mediów. Jest tu też duch epoki, specyficzny klimat odległego nam dziś dwudziestolecia międzywojennego. Łazarewicz pisze bardzo sprawnie. Dynamiczny, obrazowy, reporterski język umiejętnie buduje napięcie godne najlepszego thrillera, ale z drugiej strony nieustannie przypomina, że mamy do czynienia z opowieścią non-fiction. Przypominają o tym również znakomite fotografie, na których widzimy legendarne postacie – chociażby adwokata Maurycego Axera, który wziął na siebie tę niemożliwą do wykonania misję i podjął się obrony Gorgonowej. Są kadry z procesów, z wizji lokalnej, a także prywatne zdjęcia, choćby pokoju zamordowanej albo ujęcie Rity w towarzystwie dzieci. Jeszcze szczęśliwych, jeszcze nawet nie przypuszczających jak dramatycznie potoczy się ich życie.

Minęło wiele lat od śmierci Lusi Zarembianki, od śledztwa i od procesu. Większość uczestników i świadków tych wydarzeń już nie żyje. Ale tajemnica tamtej grudniowej nocy nadal mąci spokój wielu ludzi. Łazarewicz nie kończy opowieści w roku 1939. I to jest kolejny atut książki. Historia doprowadzona jest niemalże do dnia dzisiejszego. Poznajemy losy dzieci Rity Gorgonowej, przede wszystkim córek: Romany (dziś Aldona, jedyna żyjąca osoba, która feralnej nocy była w willi w Brzuchowicach) i Ewy urodzonej już w trakcie odsiadywania przez Gorgonową wyroku. Dowiadujemy się jakie relacje łączyły obie córki Rity, a także dlaczego przez wiele lat z oskarżeniami o zabójstwo Zarembianki musiał walczyć ogrodnik Zaremby Kamiński (bezczelne kłamstwa mediów nie są wymysłem naszych czasów). Wreszcie Łazarewicz rzuca naprawdę solidny snop światła na powojenne losy Gorgonowej, a książkę kończy prawdopodobną hipotezą dotyczącą okoliczności jej śmierci. Nie będę zdradzał szczegółów, powiem tylko, że historia ta jest niemal tak mroczna, jak historia śmierci Lusi Zarembianki.

„Koronkowa robota” to bardzo dobrze napisana książka reporterska. Doskonale się ją czyta, ale pozostaje jeszcze kwestia czy definitywnie rozwiązuje ona tajemnicę morderstwa w Brzuchowicach. Albo chociaż rozstrzyga kwestię winy i niewinności Rity Gorgonowej. Biorąc pod uwagę to, że od wielu lat nie pojawiły się żadne nowe wątki, ani fakty związane ze sprawą, trzeba się liczyć z tym, że w kwestii oceny wyroku niewiele może się zmienić. Nie pomaga tu nawet rozwój technik kryminalistycznych, bo materiały dowodowe w większości uległy zniszczeniu lub przepadły. Nie ma niestety możliwości ponownego zbadania śladów krwi ani odcisków palców na przechowywanym do dziś dżaganie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś rozwiązanie tej sprawy byłoby dużo łatwiejsze, ale niestety prawda o tamtej tragicznej nocy nie doczekała odpowiednich metod śledczych.

Łazarewicz doprowadzając historię do czasów obecnych wspomina o tym, że córka i wnuczka skazanej podjęły w 2014 roku próbę zrehabilitowania matki/babci i dążą do ponownego otwarcia sprawy. Są przekonane o niewinności Rity. Z opowieści Łazarewicza, która sprawia wrażenie bardzo obiektywnej, ta niewinność nie wynika. Odnoszę wrażenie, że pod względem stawianych tez i batalii między dowodami winy, a argumentami obrony, książka jest wiernym odzwierciedleniem procesu. Ma te same zalety i wady. Twardych i jednoznacznych dowodów winy Gorgonowej nie ma. Wszystkie o potencjale rozstrzygającym mają jakąś skazę, słabość, niedociągnięcie. Natomiast mocnych poszlak świadczących o winie Gorgonowej jest tak wiele, że trudno choćby pomyśleć poważnie o tym, że zamordować Lusię Zarembiankę mógłby ktoś inny. Niby oczywistym wydaje się, że zabić musiała Gorgonowa, ale nie sposób jej tego jednoznacznie udowodnić; przedstawić taki dowód, który rozwiałby absolutnie wszelkie wątpliwości. Ale to tylko moje wrażenia. Przypuszczam, że w przypadku tej historii ilu będzie czytelników, tyle wrażeń, tez i sądów.

Sprawa Gorgonowej nadal porusza. Mord przeraża a meandry śledztwa i atmosfera wielomiesięcznej rozprawy fascynują. To historia zbrodni i procesu, które stały się niemalże symbolem dwudziestolecia międzywojennego, jednym z najciekawszych przypadków kryminalnych i sądowniczych w historii Polski. „Koronkowa robota” bardzo ciekawie i umiejętnie tę historię odświeża i przypomina. Rzecz absolutnie obowiązkowa również dla fanów prozy kryminalnej. A po lekturze polecam seans „Sprawy Gorgonowej” Janusza Majewskiego.

Premiera nieprzypadkowego kryminału!

No to jest! Moja trzecia powieść, kryminał „Przypadek” trafiła do sprzedaży. We wszystkich możliwych wersjach, począwszy od tradycyjnej, papierowej książki, przez wersję cyfrową na czytniki (mobi) aż po audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Do wyboru do koloru, co kto lubi :) poniżej kilka linków. Można tu, można też próbować gdzie indziej :)

https://www.ceneo.pl/59266717

audibook: https://www.storytel.pl/books/148383-Przypadek

http://www.empik.com/przypadek-nowakowski-maurycy,p1183232857,ksiazka-p

https://www.swiatksiazki.pl/przypadek-6372504-ksiazka.html

przypadek

„Przypadek” na ostatniej prostej

Moja trzecia powieść – „Przypadek” – przeszła właśnie proces redakcji. Teraz jeszcze korekta, a później już tylko skład, projekt okładki, druk, druk, druk i oby jeszcze trochę dodruku. Premiera wstępnie planowana jest na luty przyszłego roku nakładem wydawnictwa Filia Mroczna Strona. Nie lubię się powtarzać, więc „Przypadek” nieprzypadkowo nie jest plagiatem „Plagiatu”. Miałem trochę czasu, by nabrać dystansu i na chłodno ocenić, co w „Plagiacie” ładnie zagrało, a co zafałszowało. Postarałem się więc wyeliminować słabsze elementy, a kontynuować i rozwinąć to, co stanowiło o jakości poprzedniej powieści. „Przypadek” jest kryminałem dynamiczniejszym i pod względem tematycznym bardziej zwartym i konkretniejszym, chociaż tło znowu jest mocno rozbudowane. Marcin Faron tym razem spróbuje szczęścia jako pracownik działu public relations korporacji farmaceutycznej – co już samo w sobie będzie wyzwaniem – a kosa śmierci zatoczy kręgi nad głowami jego najbliższych współpracowników. Będzie trochę o brudach świata medycznego, o nieetycznych metodach działania, o lekach, które zamiast leczyć szkodzą, ale to nie one będą zabijać… nie w tym „Przypadku” Premiera, jak już pisałem planowana jest na luty. Niebawem więcej szczegółów, a na razie wracam do pracy, bo kolejna powieść rośnie szybko jak ciasto w piekarniku i trzeba pilnować, żeby nie wyszedł zakalec

Krok naprzód

20170407_134648

Każda długa historia ma rozdziały. Moja pisarska droga również podzielona jest na etapy. Jeden z nich właśnie dobiega końca. Ubiegły rok poświęciłem głównie na domykanie operacji „Biografia Riverside” i promocję drugiej powieści, kryminału „Plagiat”, a od lata również na pracę nad trzecią powieścią. Był to niewątpliwie czas przejściowy, choć na szczęście obfitujący w wiele radosnych wydarzeń. Do najprzyjemniejszych należały okraszona zwycięstwem wizyta na Festiwalu Kryminalnym w Pile i premiera książki „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” w warszawskim Empiku Junior, gdzie miałem przyjemność towarzyszyć muzykom zespołu Riverside promującym swój nowy album. Rok 2016 zamknąłem więc całkiem obiecującym bilansem: nominacją do nagrody Warto i główną nagrodą w Pile, zakończoną sukcesem premierą biografii „Sen w wysokiej rozdzielczości” i last but not least – nową powieścią. Dlaczego więc był to okres przejściowy? Dlatego, że wciąż szukałem swojego miejsca w literackim świecie. Miałem poczucie, że trzeba wykonać kolejny krok naprzód. Gdy zakończyłem pracę nad następcą „Plagiatu”, kryminałem „Przypadek” rozpocząłem rozmowy z nowymi wydawcami. Poszło szybciej niż myślałem. W lutym związałem się umową z wydawnictwem Filia, które wyda moje dwie następne powieści – napisany już „Przypadek” i jego kontynuację. Rozpoczynam zatem nowy rozdział swoje pisarskiej drogi mając świadomość, że wreszcie mam u boku partnera wydawniczego na którego mogę liczyć i któremu mogę zaufać. Krok naprzód zatem wykonany! Niebawem napiszę szerzej o mojej kolejnej powieści i podam datę premierę. Z tego co wiem, będzie to data tegoroczna. Jesienna.

Nowa powieść i oczy dookoła głowy

Dobrze jest kiedy człowiek ma poczucie, że u startu nowego sezonu nie został w progach. Jesień zagląda zza winkla, czas ruszać z nowymi projektami, ale i warto śledzić co się dzieje w kulturze, bo jesień 2016 zapowiada się naprawdę intrygująco. Zanotowałem w kalendarzu kilkanaście obiecujących premier, które ku mojej uciesze, co jakiś czas będą mnie odciągać od pracy nad nową powieścią.

W lipcu zacząłem pracę nad kryminałem „Przypadek”. Dwa miesiące pisania, jestem mniej więcej w jednej trzeciej. Dobre tempo, jak na mnie. Zwykle około roku siedziałem nad powieścią, teraz powinienem uwinąć się w sześć miesięcy bez ryzykowania jakością. Powodów tego przyspieszenia jest kilka. Po pierwsze stęskniłem się za prozą, ostatnie dwa lata siedziałem przy biografii, a to jest jednak inne pisanie. Po drugie, wreszcie mam bardzo dobrze przemyślany konspekt, który jest efektem rocznego planowania, rozmyślania nad intrygą, przewidywania, analizowania różnych dróg rozwoju wypadków, budowania i wyobrażania sobie postaci. Jeśli konspekt jest dobrze przygotowany to samo pisanie jest już z górki. Po trzecie, kątem oka widzę stojącą na biurku statuetkę zdobytą na Festiwalu Kryminalnym w Pile, i co tu dużo mówić, jest to wielka mobilizacja. Nie czuję presji, raczej ekscytację związaną z możliwością potwierdzenia, że ta pilska nagroda nie była przypadkowa.

Najbliższe miesiące upłyną mi zatem na pracy nad „Przypadkiem”, ale warto też nie tracić czujności kulturalnej, mieć oczy dookoła głowy, spoglądać w stronę muzyczną, literacką i filmową, bo jesień przyniesie kilka ciekawych premier, dla których warto będzie oderwać się na dzień-dwa od pracy. Już 14 września – jakby się zmówili – ukażą się nowe kryminały Marka Krajewskiego („Nikt nie rodzi się niewinny”) i Wojciecha Chmielarza („Osiedle marzeń”). Tydzień później ukaże się powieść „Prawdziwa historia” francuskiej pisarki Delphine De Vigan. Książka zapowiada się na mocną, głęboką podróż literacko- psychologiczną. Podobno sam Roman Polański przymierza się do ekranizacji, a on miałkich, byle jakich historii nie wybiera. 23 września premiera nowego albumu Marillion, zespołu do którego po słupskim koncercie znów mam nieco więcej serca. Zobaczymy, czy „FEAR” przyniesie jakiś powiew świeżości, może ciut więcej dynamiki… Naiwniak ;)

Bardzo mocna będzie końcówka września. Najpierw ukaże się zbiór felietonów Michela Huellebecqa („Interwencje 2”), pisarza bardzo spostrzegawczego i błyskotliwego, którego warto poczytać, nawet jeśli człowiek się z nim nie zawsze zgadza. 30 września premiera „Sorceress” zespołu Opeth, płyty po której sporo sobie obiecuję, słuchając bardzo dobrej „Pale Communion” i wiedząc w jaką stronę artystyczną zmierza ekipa Akerfelda. Tego samego dnia do kin wchodzi „Ostatnia rodzina”, debiut reżyserski Jana Matuszewskiego, który na starcie działalności reżyserskiej zekranizuje losy rodziny Beksińskich. Zapowiada się mocny, ważny obraz. Tydzień później premiera obrazu prawdopodobnie jeszcze mocniejszego i jeszcze ważniejszego – „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Smarzowski nie robi słabych filmów i nie porusza błahych tematów, liczę się zatem z kolejnym mocnym ciosem emocjonalnym. Kompletną niewiadomą jest dla mnie zapowiadany na ten sam dzień piąty album zespołu Coma. Pierwszy od pięciu lat premierowy studyjny materiał łodzian, zatytułowany tajemniczo „2005 YU55”, reklamowany jest jako ambitny koncept, dużo wymagający od słuchaczy, quasi audiobook. Po raz pierwszy zespół komponował muzykę do tekstów. O tym, że Coma potrafi tworzyć duże formy, przekonała kilka lat temu bardzo przyzwoitą „Hipertrofią”, ale tutaj pachnie jakimś eksperymentem i trudno powiedzieć, co z tego wyniknie.

12 i 14 października ukażą się kolejne powieści liderów polskiego kryminału, odpowiednio Mariusza Czubaja („R.I.P”) i Katarzyny Bondy („Lampiony”). Tydzień później do sklepów trafi podwójny album „Eye of the Soundscape” Riverside, o którym niebawem napiszę nieco szerzej, bo zdążyłem się już z nim dosyć dobrze zapoznać. No i na koniec, przynajmniej ze znanych mi obecnie zapowiedzi, 11 listopada rozproszy mnie przynajmniej na jeden wieczór „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Fanem Patryka Vegi jestem przynajmniej od dekady, od czasów pierwszego „Pitbulla”. Mimo nieco innego kierunku, bardzo podobały mi się „Nowe porządki”, a po pierwszych zwiastunach kontynuacji widzę, że tu może być równie dobrze. Vega ma dar nie tylko do wyciągania z aktorów najgłębszych pokładów talentu, ale też do ukazywania ich innej twarzy. Już w „Porządkach” pokazał taką Agnieszkę Dygant i Maję Ostaszewską jakich na ekranie chyba jeszcze nie było. A w drugiej serii pojawią Magdalena Cielecka, Joanna Kulig, Alicja Bachleda Curuś i Anna Dereszowska.

Do połowy listopada na pewno będzie ciekawie, rozpraszaczy nie zabraknie. A później można się już w pełni skupić na pracy nad książką ;)

O książkach w Radiu RAM

9 maja gościłem w Radiu RAM. Zostałem zaproszony do audycji „Półka z książkami” Anny Fluder. Miałem okazję opowiedzieć o książkach ważnych dla mnie z różnych powodów, takich które kształtowały mnie literacko, światopoglądowo, ale też o tych przy których odpoczywam i regeneruję się.

 

orwell

szachista

muminki

 

Materiały umieszczam dzięki uprzejmości Radia RAM.

Biografia Riverside ukończona!

20160523_201424_HDR

Postawiłem ostatnią kropkę. Tekst biograficzny „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” jest kompletny. Jest już też autoryzowany co znaczy, że pod każdym ze 106 452 słów można się podpisać i wziąć za każde z nich odpowiedzialność. Tekst w najbliższych tygodniach przejdzie redakcję, korektę, ponowną korektę autorską i stanie się książką. Trwają już prace nad okładką, niebawem zaczniemy dobór zdjęć. Będzie grubo (na pewno ponad 300 stron), szczegółowo i różnorodnie. Całość oparta jest na wiedzy unikalnej, a więc pochodzącej z moich, niepublikowanych wcześniej wywiadów z muzykami Riverside i „przyjaciółmi zespołu”, świadkami historii. Premiera prawdopodobnie jesienią, konkretną datę ustali i poda niedługo wydawnictwo In Rock.

Zwycięstwo w Kryminalnej Pile!

dobre3

Moja powieść „Plagiat” otrzymała główną nagrodę w konkursie na najlepszą polską miejską powieść kryminalną wydaną w 2015 roku!

Radość jest olbrzymia! Wspomnienia z ostatniego weekendu spędzonego w Pile pozostaną ze mną na zawsze i będę je pielęgnował, bo takich chwil w życiu nie ma wielu, a one najmocniej i najtrwalej budują, wzmacniają, mobilizują. Uczestniczyłem w znakomicie zorganizowanym festiwalu, zaliczyłem mnóstwo ciekawych spotkań, długich interesujących rozmów w świetnej atmosferze i otrzymałem fantastyczną nagrodę, cenną dla mnie pod wieloma względami. Tytuł najlepszej polskiej miejskiej powieści kryminalnej dla „Plagiatu” jest dla mnie zarówno wspaniałą nagrodą mile wieńczącą pewien etap mojej literackiej drogi, wielkim kapitałem na przyszłość, nowym zastrzykiem tak potrzebnej twórczej energii, ale też wyzwaniem! Bo to tak naprawdę dopiero początek, piękne otwarcie nowego rozdziału :)

Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy mnie w ostatnim okresie wspierali, wierzyli w moją książkę i trzymali kciuki!