Krok naprzód

20170407_134648

Każda długa historia ma rozdziały. Moja pisarska droga również podzielona jest na etapy. Jeden z nich właśnie dobiega końca. Ubiegły rok poświęciłem głównie na domykanie operacji „Biografia Riverside” i promocję drugiej powieści, kryminału „Plagiat”, a od lata również na pracę nad trzecią powieścią. Był to niewątpliwie czas przejściowy, choć na szczęście obfitujący w wiele radosnych wydarzeń. Do najprzyjemniejszych należały okraszona zwycięstwem wizyta na Festiwalu Kryminalnym w Pile i premiera książki „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” w warszawskim Empiku Junior, gdzie miałem przyjemność towarzyszyć muzykom zespołu Riverside promującym swój nowy album. Rok 2016 zamknąłem więc całkiem obiecującym bilansem: nominacją do nagrody Warto i główną nagrodą w Pile, zakończoną sukcesem premierą biografii „Sen w wysokiej rozdzielczości” i last but not least – nową powieścią. Dlaczego więc był to okres przejściowy? Dlatego, że wciąż szukałem swojego miejsca w literackim świecie. Miałem poczucie, że trzeba wykonać kolejny krok naprzód. Gdy zakończyłem pracę nad następcą „Plagiatu”, kryminałem „Przypadek” rozpocząłem rozmowy z nowymi wydawcami. Poszło szybciej niż myślałem. W lutym związałem się umową z wydawnictwem Filia, które wyda moje dwie następne powieści – napisany już „Przypadek” i jego kontynuację. Rozpoczynam zatem nowy rozdział swoje pisarskiej drogi mając świadomość, że wreszcie mam u boku partnera wydawniczego na którego mogę liczyć i któremu mogę zaufać. Krok naprzód zatem wykonany! Niebawem napiszę szerzej o mojej kolejnej powieści i podam datę premierę. Z tego co wiem, będzie to data tegoroczna. Jesienna.

Nowa powieść i oczy dookoła głowy

Dobrze jest kiedy człowiek ma poczucie, że u startu nowego sezonu nie został w progach. Jesień zagląda zza winkla, czas ruszać z nowymi projektami, ale i warto śledzić co się dzieje w kulturze, bo jesień 2016 zapowiada się naprawdę intrygująco. Zanotowałem w kalendarzu kilkanaście obiecujących premier, które ku mojej uciesze, co jakiś czas będą mnie odciągać od pracy nad nową powieścią.

W lipcu zacząłem pracę nad kryminałem „Przypadek”. Dwa miesiące pisania, jestem mniej więcej w jednej trzeciej. Dobre tempo, jak na mnie. Zwykle około roku siedziałem nad powieścią, teraz powinienem uwinąć się w sześć miesięcy bez ryzykowania jakością. Powodów tego przyspieszenia jest kilka. Po pierwsze stęskniłem się za prozą, ostatnie dwa lata siedziałem przy biografii, a to jest jednak inne pisanie. Po drugie, wreszcie mam bardzo dobrze przemyślany konspekt, który jest efektem rocznego planowania, rozmyślania nad intrygą, przewidywania, analizowania różnych dróg rozwoju wypadków, budowania i wyobrażania sobie postaci. Jeśli konspekt jest dobrze przygotowany to samo pisanie jest już z górki. Po trzecie, kątem oka widzę stojącą na biurku statuetkę zdobytą na Festiwalu Kryminalnym w Pile, i co tu dużo mówić, jest to wielka mobilizacja. Nie czuję presji, raczej ekscytację związaną z możliwością potwierdzenia, że ta pilska nagroda nie była przypadkowa.

Najbliższe miesiące upłyną mi zatem na pracy nad „Przypadkiem”, ale warto też nie tracić czujności kulturalnej, mieć oczy dookoła głowy, spoglądać w stronę muzyczną, literacką i filmową, bo jesień przyniesie kilka ciekawych premier, dla których warto będzie oderwać się na dzień-dwa od pracy. Już 14 września – jakby się zmówili – ukażą się nowe kryminały Marka Krajewskiego („Nikt nie rodzi się niewinny”) i Wojciecha Chmielarza („Osiedle marzeń”). Tydzień później ukaże się powieść „Prawdziwa historia” francuskiej pisarki Delphine De Vigan. Książka zapowiada się na mocną, głęboką podróż literacko- psychologiczną. Podobno sam Roman Polański przymierza się do ekranizacji, a on miałkich, byle jakich historii nie wybiera. 23 września premiera nowego albumu Marillion, zespołu do którego po słupskim koncercie znów mam nieco więcej serca. Zobaczymy, czy „FEAR” przyniesie jakiś powiew świeżości, może ciut więcej dynamiki… Naiwniak ;)

Bardzo mocna będzie końcówka września. Najpierw ukaże się zbiór felietonów Michela Huellebecqa („Interwencje 2”), pisarza bardzo spostrzegawczego i błyskotliwego, którego warto poczytać, nawet jeśli człowiek się z nim nie zawsze zgadza. 30 września premiera „Sorceress” zespołu Opeth, płyty po której sporo sobie obiecuję, słuchając bardzo dobrej „Pale Communion” i wiedząc w jaką stronę artystyczną zmierza ekipa Akerfelda. Tego samego dnia do kin wchodzi „Ostatnia rodzina”, debiut reżyserski Jana Matuszewskiego, który na starcie działalności reżyserskiej zekranizuje losy rodziny Beksińskich. Zapowiada się mocny, ważny obraz. Tydzień później premiera obrazu prawdopodobnie jeszcze mocniejszego i jeszcze ważniejszego – „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Smarzowski nie robi słabych filmów i nie porusza błahych tematów, liczę się zatem z kolejnym mocnym ciosem emocjonalnym. Kompletną niewiadomą jest dla mnie zapowiadany na ten sam dzień piąty album zespołu Coma. Pierwszy od pięciu lat premierowy studyjny materiał łodzian, zatytułowany tajemniczo „2005 YU55”, reklamowany jest jako ambitny koncept, dużo wymagający od słuchaczy, quasi audiobook. Po raz pierwszy zespół komponował muzykę do tekstów. O tym, że Coma potrafi tworzyć duże formy, przekonała kilka lat temu bardzo przyzwoitą „Hipertrofią”, ale tutaj pachnie jakimś eksperymentem i trudno powiedzieć, co z tego wyniknie.

12 i 14 października ukażą się kolejne powieści liderów polskiego kryminału, odpowiednio Mariusza Czubaja („R.I.P”) i Katarzyny Bondy („Lampiony”). Tydzień później do sklepów trafi podwójny album „Eye of the Soundscape” Riverside, o którym niebawem napiszę nieco szerzej, bo zdążyłem się już z nim dosyć dobrze zapoznać. No i na koniec, przynajmniej ze znanych mi obecnie zapowiedzi, 11 listopada rozproszy mnie przynajmniej na jeden wieczór „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Fanem Patryka Vegi jestem przynajmniej od dekady, od czasów pierwszego „Pitbulla”. Mimo nieco innego kierunku, bardzo podobały mi się „Nowe porządki”, a po pierwszych zwiastunach kontynuacji widzę, że tu może być równie dobrze. Vega ma dar nie tylko do wyciągania z aktorów najgłębszych pokładów talentu, ale też do ukazywania ich innej twarzy. Już w „Porządkach” pokazał taką Agnieszkę Dygant i Maję Ostaszewską jakich na ekranie chyba jeszcze nie było. A w drugiej serii pojawią Magdalena Cielecka, Joanna Kulig, Alicja Bachleda Curuś i Anna Dereszowska.

Do połowy listopada na pewno będzie ciekawie, rozpraszaczy nie zabraknie. A później można się już w pełni skupić na pracy nad książką ;)

O książkach w Radiu RAM

9 maja gościłem w Radiu RAM. Zostałem zaproszony do audycji „Półka z książkami” Anny Fluder. Miałem okazję opowiedzieć o książkach ważnych dla mnie z różnych powodów, takich które kształtowały mnie literacko, światopoglądowo, ale też o tych przy których odpoczywam i regeneruję się.

 

orwell

szachista

muminki

 

Materiały umieszczam dzięki uprzejmości Radia RAM.

Biografia Riverside ukończona!

20160523_201424_HDR

Postawiłem ostatnią kropkę. Tekst biograficzny „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” jest kompletny. Jest już też autoryzowany co znaczy, że pod każdym ze 106 452 słów można się podpisać i wziąć za każde z nich odpowiedzialność. Tekst w najbliższych tygodniach przejdzie redakcję, korektę, ponowną korektę autorską i stanie się książką. Trwają już prace nad okładką, niebawem zaczniemy dobór zdjęć. Będzie grubo (na pewno ponad 300 stron), szczegółowo i różnorodnie. Całość oparta jest na wiedzy unikalnej, a więc pochodzącej z moich, niepublikowanych wcześniej wywiadów z muzykami Riverside i „przyjaciółmi zespołu”, świadkami historii. Premiera prawdopodobnie jesienią, konkretną datę ustali i poda niedługo wydawnictwo In Rock.

Zwycięstwo w Kryminalnej Pile!

dobre3

Moja powieść „Plagiat” otrzymała główną nagrodę w konkursie na najlepszą polską miejską powieść kryminalną wydaną w 2015 roku!

Radość jest olbrzymia! Wspomnienia z ostatniego weekendu spędzonego w Pile pozostaną ze mną na zawsze i będę je pielęgnował, bo takich chwil w życiu nie ma wielu, a one najmocniej i najtrwalej budują, wzmacniają, mobilizują. Uczestniczyłem w znakomicie zorganizowanym festiwalu, zaliczyłem mnóstwo ciekawych spotkań, długich interesujących rozmów w świetnej atmosferze i otrzymałem fantastyczną nagrodę, cenną dla mnie pod wieloma względami. Tytuł najlepszej polskiej miejskiej powieści kryminalnej dla „Plagiatu” jest dla mnie zarówno wspaniałą nagrodą mile wieńczącą pewien etap mojej literackiej drogi, wielkim kapitałem na przyszłość, nowym zastrzykiem tak potrzebnej twórczej energii, ale też wyzwaniem! Bo to tak naprawdę dopiero początek, piękne otwarcie nowego rozdziału :)

Raz jeszcze dziękuję wszystkim, którzy mnie w ostatnim okresie wspierali, wierzyli w moją książkę i trzymali kciuki!

 

Wspomnienie Piotra Grudzińskiego

 

Z Grudniem

Ciągle mam tę irracjonalną nadzieję, że lada chwila obudzę się i odetchnę z ulgą, bo wszystko to, co wydarzyło się od niedzielnego poranka okaże się tylko koszmarnym snem… niestety ten koszmar na jawie trwa i powoli staje się nową rzeczywistością, rzeczywistością, w której nie ma już nami Piotra Grudzińskiego. Pogodzenie się z tym faktem zajmie wiele czasu… jeśli kiedykolwiek uda się z tym tak do końca pogodzić.

Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawialiśmy, przeprowadzaliśmy ostatni długi wywiad do książki o Riverside. Dzień i dwa dni później widzieliśmy się w studiu Serakos, gdzie chłopaki pracowali nad nowym albumem. Grudzień siedział metr ode mnie, spokojnie „rzeźbił” na gitarze… Później gdy robiłem już wywiad z producentem Robertem Srzednickim jeszcze na chwilkę wszedł aby się pożegnać, położył palec na ustach, sygnalizując że będzie cicho, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, uścisnął rękę Robertowi i mi, szepnął „lecę”…

Grudzień urzekł mnie swoją erudycją, był fantastycznym rozmówcą, bardzo inteligentnym i piekielnie wrażliwym, przemiłym facetem. Cechował się rzadko spotykaną w środowiskach artystycznych skromnością. Jego postrzeganie drogi muzycznej, historii Riverside i planowanie przyszłości określała przede wszystkim wielka pokora. Miał świadomość tego jak wiele udało mu się osiągnąć wraz z zespołem ale twardo stąpał po ziemi. Krzywił się, gdy musiał używać w swoim kontekście słowa „kariera”. Względem tego, co robił potrafił być bardziej surowy, niż najbardziej krytyczny recenzent. I to nie była kokieteria, ani fałszywa skromność, którą artyści czasami próbują wyłudzić komplement. Grudzień był świadom granic własnych możliwości muzycznych (dzięki temu potrafił je przesuwać, rozwijając się). Choć był samoukiem wypracował bardzo dobrą technikę, ale to nie ją stawiał na piedestale. Tam gdzie kończyła się technika, wkładał gigantyczne pokłady emocji, które dookreśliły jego styl. Dzięki temu jednym, dwoma, trzema prostymi trąceniami strun potrafił poruszyć do głębi serca. Był prawdziwym mistrzem granych z pasją melodyjnych solówek.

Z Grudniem (2011)

Interesował się życiem bardzo szeroko, gitara nie przesłaniała mu całego świata. Dbał o rodzinę, w życiu zespołowym pielęgnował przyjaźń, lojalność, cenił kolektywność, lubił być częścią zgranej ekipy. Nasze rozmowy bardzo często wylewały się poza kwestie muzyczne i historię Riverside. W czasach gdy większość rozmów przypomina wzajemne przekrzykiwanie się, dyskusje z Grudniem były szczególnie przyjemne. Nie tylko miał wiele ciekawych spostrzeżeń, którymi jasno się dzielił ale też potrafił wysłuchać, przemyśleć i celnie ustosunkować się do słów rozmówcy. Coraz rzadziej spotykam się z taką interakcją. Lubiłem z nim rozmawiać. Te rozmowy mobilizowały do wysiłku intelektualnego, wzbogacały. Wielokrotnie wzruszył mnie szczerością, opowieściami o pierwszej gitarze, o trudnym do przecenienia wsparciu rodziców, o przyjaźniach i przede wszystkim o własnych zmaganiach, bo aby móc spełnić muzyczne marzenia, musiał stoczyć batalię z własną wrażliwością, sceniczną tremą.

Nie będę ukrywał, że śmierć Grudnia wyrąbała we mnie emocjonalny krater. Każda śmierć jest w pewnym sensie „końcem świata” i w ostatnią niedzielę jakiś świat niewątpliwie się skończył. Na razie potwornie boli, ale prawdziwą skalę tej straty ocenić będzie można dopiero za jakiś czas, gdy opadnie kurz pierwszej rozpaczy, gdy obeschną pierwsze łzy… boję się tego co zobaczę, z czego zdam sobie sprawę za kilkanaście dni, za kilka tygodni, miesięcy. Boję się, że pejzaż bez Grudnia będzie niemniej trudny do ogarnięcia i zaakceptowania, niż wiadomość, którą odebrałem w niedzielę rano.

Przepraszam jeśli mój wpis nabrał wymiaru zbyt osobistego ale sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że uznałem iż taki ton tym razem będzie na miejscu. Wiem, że tysiące ludzi na całym świecie od niedzieli czuję się podobnie… Muzyka zespołu Riverside towarzyszy mi nieprzerwanie od 2004 roku, to ścieżka dźwiękowa ostatniej dekady mojego życia, była przy mnie zawsze i wszędzie. Zmieniały się miejsca pobytu, zmieniały się zajęcia, samopoczucia, zmieniali się towarzysze, ale muzyka Riverside z tą charakterystyczną, płynącą z głębi „serducha” gitarą Grudnia była częścią „niezmienną” mojej drogi. Pierwszy duży artykuł biograficzny poświęcony zespołowi napisałem wiosną 2006 roku. Ciągle aktualizowany pełni do dziś rolę internetowej biografii na oficjalnej stronie zespołu. Gdy dwa lata temu rozpocząłem pracę nad książką o Riverside jeszcze mocniej zbliżyłem się do chłopaków. Taka współpraca wymaga dużego wzajemnego zaufania i szczerości. Nie dziwię się więc, że czuję stratę nie tylko bardzo lubianego muzyka, ulubionego gitarzysty, ale też po prostu bliskiego człowieka.

Nie lubię mówić „żegnaj”. Wierzę w Boga, moja wiara jest wiarą „organiczną”, poza-religijną. Nie próbuję tego rozgryzać, żyję ze świadomością, że Bóg i to „co po naszym ziemskim życiu?” jest dla człowieka niepoznawalne. Wierzę zatem, że mogę powiedzieć „do zobaczenia” w tym „Niepoznawalnym”, co czeka nas wszystkich „po tamtej stronie”. Tam będziemy kontynuować nasze rozmowy. A tymczasem dziękuję Ci Grudzień za miliony pięknych gitarowych dźwięków, za te wszystkie lata muzycznej przygody, którą mogłem obserwować, za batalię którą stoczyłeś aby spełniać muzyczne marzenia, spełniając przy okazji też moje, jako słuchacza, za otwartość, za długie godziny rozmów, za każde ciepłe słowo na temat moich książek (nawet nie wiesz, jak były dla mnie ważne i jak mnie budowały…) i wreszcie za to, że byłeś taki jaki byłeś i że mogłem Cię poznać!

 

 

Nominacja do „Warto 2016″!

WARTO

Znalazłem się w gronie kandydatów do otrzymania nagrody „Warto 2016″ w kategorii „literatura” przyznawanej najzdolniejszym młodym twórcom związanym z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem. Sama nominacja to wielki zaszczyt, a o tym, czy uda się „wygrać” coś więcej przekonamy się 17 marca na gali we wrocławskim Eterze. Od 29 lutego będzie można głosować na swoich kandydatów. Nie ukrywam, że liczę na głosy ;)

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19647710,warto-2016-nominacje-w-kategorii-literatura.html