Okrągły przekręt – korupcyjne zło przyszło z „Europy”

okragly-przekret-okladka

Minęły dwa lata od premiery mojej powieści „Okrągły przekręt”, zmyślonej historii – wizji odradzania się procederu korupcyjnego w polskim futbolu, wizji w której zło przychodzi z zewnątrz, z tak zwanej „Europy”. Psy mogą szczekać, pisarze pisać, a karawana jedzie dalej… tak jakoś mi się skojarzyło obserwując ostatnie wydarzenia wokół (i wewnątrz) FIFA i pana Seppa Blattera…

Lipiec 2011, Marsylia

 Restauracja Fruit d’Amour mogła mylić nazwą potencjalnych klientów. Szyld „Owoc miłości” mógłby kusić młode zakochane pary mające ochotę na niezbyt drogi, wegetariański posiłek. Tymczasem we Fruit d’Amour ani nie serwowano owoców, ani nie liczono na romantyczną klientelę. Młode pary, także ze względu na ceny, raczej omijały ten lokal szerokim łukiem. Zakochani nie mieli tu czego szukać. Chyba, że zakochani w sobie lokalni politycy i biznesmeni bywający w „Owocu miłości” z nadzieją na udany finansowy „romans”, lub „podniecającą” fuzję. Tak czy inaczej Fruit d’Amour wbrew nazwie należał do grupy lokali biznesowych.

Adrian Kotowski kończył posiłek. Odkładając sztućce i wycierając błyszczące od tłuszczu usta, nie myślał o romansach, finansach czy fuzjach. Był pełen obaw. Modlił się w duchu, żeby za chwilę nie doszło do brzemiennego w skutki rozstania. Spojrzał na siedzącego naprzeciw towarzysza. Pierre Blanc miał resztki sosu na wardze, co zabawnie kłóciło się z jego arcypoważną miną i takąż funkcją zawodową. Ale kto powiedział, że prawa ręka prezydenta europejskiej federacji piłkarskiej nie może pobrudzić ust jedzeniem? Wyglądał być może nieco zabawnie, ale Kotowskiemu wcale nie było do śmiechu. Miał tremę, jak sztubak przed ważnym egzaminem. Z Blankiem nigdy nie rozmawiało mu się łatwo, nawet wówczas, gdy ten był jego trenerem w Marsylii. Pierre to trudny rozmówca i jeszcze trudniejszy negocjator, poinformował Kotowskiego jakieś dziesięć lat temu menedżer załatwiający jego transfer do francuskiego klubu. Ma silny charakter, cięty dowcip, bogaty słownik, dzięki czemu może odważnie argumentować swoje kontrowersyjne poglądy.

Już pierwszy wspólny trening potwierdził te słowa. Kotowski, mimo że trafiał do Marsylii w glorii świeżo upieczonego mistrza Polski, jako gracz reprezentacji, od razu został sprowadzony do parteru. Ale później było lepiej. Popularny Adi udowodnił, że ma ogromny talent, a Blanc to docenił. Doceniał piłkarski talent Kotowskiego, polubił go jako człowieka. Zaprzyjaźnili się, a ich znajomość przetrwała, nawet mimo że Kotowski po dwuletnim pobycie w Marsylii musiał przedwcześnie zakończyć karierę i wrócić do Polski. Blanc mniej więcej w tym samym czasie tylko sobie znanym sposobem awansował z funkcji trenera do roli piłkarskiego „polityka”, trafiając na eksponowane stanowisko w federacji piłkarskiej. To on nam załatwił Euro, Kotowski przekonywał kolegów z Polskiej Federacji Piłkarskiej, wiedząc, że odrobinę przesadza. Ale tylko odrobinę.

– Smakowało, Adi? – zagaił Pierre Blanc, uwalniając chusteczką wargi od resztek sosu.

– Wyborna – pochwalił Adrian Kotowski, umiejętnie tłumiąc napięcie. – Kto by pomyślał, że makaron z warzywami może być aż tak dobry.

– Wegetariańska lasagne to u nas ostatnio bardzo popularne danie, mimo że włoskie i podobno plebejskie…

Stuknęli się kielichami wypełnionymi sześcioletnim Solar De Samaniego, ulubionym winem Blanca.

– No to, na dobre trawienie! – zaproponował Francuz.

– Na zdrowie i za to miłe spotkanie!

Chłodne wytrawne wino było niczym kojący balsam łagodzący przełyk po przemarszu solidnie przyprawionej potrawy. Odstawili kieliszki i niemal równocześnie głęboko westchnęli. Czekała ich trudna rozmowa.

– Dawno u nas nie byłeś, Adi. Marsylia stęskniła się za tobą.

– Tęsknię nie mniej niż Marsylia, uwierz mi Pierre, ale multum spraw zawodowych… zresztą, sam wiesz.

Blanc pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Pewnie nawet nie słyszałeś, ale znalazłeś się w naszej lokalnej alei legend. Twoje zdjęcie od kilku tygodni wisi obok największych marsylskich piłkarzy. Ostatnio też francuska telewizja przygotowała film dokumentalny o twoim pobycie tutaj. Pamięć twoich piłkarskich wyczynów ciągle żywa!

– To bardzo miłe. – Niejednoznaczny grymas wykrzywił Kotowskiemu twarz. – Moja pamięć piłkarskich wyczynów sprowadza się głównie do bolącej nogi i świadomości, że nadal mam śrubę w kolanie.

– Ech, nie przesadzaj! – żachnął się z uśmiechem Francuz. – Znam chłopaków, którzy po takim złamaniu kuśtykają o kulach. A ty śmigasz, jak zdrowy junior.

Do stolika podeszła kelnerka i uzupełniła im kieliszki.

– Dużo masz roboty w federacji jako menedżer? Twoi koledzy mówią o tobie eminence grise. – Francuz zamyślił się na moment. – Jak to u was tłumaczą? Shahra eminensja…

– Tak – zaśmiał się Kotowski. – Jestem szarą eminencją, bo oszczędzają pieniądze na etatach. Tak swoją drogą, o tobie też tak mówią.

Obaj parsknęli szczerym śmiechem.

– To zabawne – Blanc sięgnął po kieliszek – ale teraz częściej to ja bywam u ciebie, niż ty odwiedzasz stare francuskie kąty. Świat się zmienia. Muszę jednak zaznaczyć, że wcale mnie to nie dziwi. Piękniejecie. Po tej starej, szaroburej Polsce to już chyba nic nie zostało.

– Polska już w latach dziewięćdziesiątych przestała być szarobura.

– No tak. – Francuz skinął głową i upił łyk wina. – Pokolorowało was po osiemdziesiątym dziewiątym, ale pamiętam, że w tych pozornych kolorach jeszcze długo brakowało jakości. Teraz naprawdę u was zrobiło się pięknie.

– To piękno jest nadal powierzchowne. Dużo mamy do zrobienia, poprawienia, wybudowania.

Polak spojrzał wyczekująco. W jego słowach kryła się wyraźna sugestia.

– Będzie dobrze. – Blanc odstawił kieliszek.

Kotowski spojrzał na niego zdziwiony.

– Będzie dobrze? – zapytał. – To powiedz mi, Pierre, dlaczego tydzień temu dzwonił do mnie człowiek z PFP i powiedział coś zupełnie innego. Mianowicie, że nie będzie dobrze, a wręcz przeciwnie, że jest źle.

– Widzisz, Adi. – Francuz westchnął znacząco – Wy, Polacy, myślicie, że wybudujecie stadiony i to wystarczy. Pal licho, że mieliście wybudować trzy razy więcej autostrad i dróg, że ciągle jest za mało hoteli, a te, które są, nie zawsze zasługują na tyle gwiazdek, ile świeci się nad ich szyldami w przewodnikach turystycznych. Pal licho, że podczas Euro wasze lotniska mogą się zatkać, a większość dużych ulic w mistrzowskich miastach zatka się na pewno…

– Dobrze wiedzieliście, że tak to będzie wyglądać, kiedy przyznawaliście nam organizację tych mistrzostw – wszedł mu w słowo Kotowski. – Nawet nieuleczalni optymiści nie mieli prawa wierzyć, że Polska wykona plan w stu procentach. Obaj dobrze wiemy, że najważniejsze są stadiony. To na nich odbędą się mecze i to one w przyszłości będą przynosić zyski. Co was tak naprawdę obchodzą dziury w polskich szosach czy standard hoteli?

Blanc uśmiechnął się szeroko i opadł plecami na oparcie krzesła.

– Nie słuchasz mnie uważnie. Przecież mówię, że pal licho z drogami i hotelami. Czy ludzie z twojej federacji powiedzieli ci, po co masz tu do mnie przyjechać?

– Nie. – Kotowski oparł się łokciami o blat stołu. – Nikt nic nie wie, czyli polski standard. Wiem tylko, że w Gdańsku i we Wrocławiu w ostatnich miesiącach wykonano kawał dobrej roboty, a ty na ostatniej wizytacji z niewiadomych powodów byłeś niezadowolony. Podobno nawet bardzo niezadowolony. Jak nigdy wcześniej. Nawet wtedy, gdy zamiast stadionów oglądałeś wykopaliska, koparki i sterty gruzu. W PFP zapanowała panika, bo nikt nie wie o co chodzi. Zbyszek Myszor powiedział mi nawet, że chyba chcecie nam odebrać Euro.

Blanc sięgnął po kieliszek, upił solidny łyk wina i zacisnął wargi, chcąc jak najdłużej cieszyć się szczypiącym posmakiem. Przymknął oczy i milczał.

– Pierre, o co chodzi? – W głosie Kotowskiego po raz pierwszy ujawniła się nutka niepokoju. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że na rok przed turniejem… że Włosi jednak…

– Nie, nie! Spokojnie – Francuz ocknął się z chwilowego letargu. – Euro będzie w Polsce i na Ukrainie, pod tym względem nic nie ma prawa się zmienić.

Polak westchnął głęboko i teraz on z ulgą opadł na oparcie krzesła.

– To mów, o co chodzi. No bo o coś przecież chodzi?

– Wybacz, że tak igram z waszymi nerwami i krążę wokół tematu, ale sprawa jest śliska i trzeba ją załatwić sprawnie. – Blanc skrzyżował ręce na piersi i przeszył wzrokiem rozmówcę. – Dobrze wiesz, dlaczego dostaliście organizację Euro, i dobrze wiesz, że jest to transakcja wiązana z korzyścią dla obu stron. Dla Polski, ale dla federacji europejskiej też. Dla was jest to niepowtarzalny bodziec do rozwoju i do podgonienia cywilizowanego świata…

– Pierre, błagam, do rzeczy! Ty mi oczywistych oczywistości nie musisz tłumaczyć.

Blanc zamilkł i spojrzał z pretensją. Po chwili kontynuował spokojnym tonem.

– Skoro o polskich korzyściach nie chcesz rozmawiać, bo są oczywistościami, to przejdźmy do korzyści federacji europejskiej. To jak widzę, dla was Polaków, już takie oczywiste nie jest.

W jego oczach pojawiły się złośliwe iskierki. Kotowski odwrócił wzrok zmieszany celną ripostą. Szybko jednak otrząsnął się po ciosie.

– Jakie wy chcecie korzyści rok przed Euro? – zapytał, panując nad głosem. – Przecież na razie i my inwestujemy, i wy inwestujecie w całe przedsięwzięcie. Łupy będziemy dzielić najwcześniej pewnie za trzy, może cztery lata.

– Żeby za trzy, cztery lata był jakikolwiek łup do dzielenia, to w niektórych sprawach już dziś trzeba zacząć działać! – Blanc przysunął twarz do twarzy Kotowskiego. – Bo jak tak dalej pójdzie, to na tych nowoczesnych stadionach już miesiąc po mistrzostwach będziecie mieli wielkie targowiska z Chińczykami handlującymi plastikowym badziewiem i jednorazową bielizną. Adi, mój drogi, myśmy wam dali te mistrzostwa, bo was potrzebujemy w Europie! Jesteście kopalnią pieniędzy i pustynią zarazem. W Polsce żyje blisko czterdzieści milionów ludzi, a jesteście piłkarską dziczą. Białą plamą na mapie UEFA! Nie ma z was na razie żadnego pożytku. Euro miało być tylko bodźcem do rozwoju i drogą do celu. Tym celem jest wasze dołączenie do biesiadnego stołu, generowanie zysków dla siebie i dla nas. Wasze kluby mają grać w pucharach, telewizje kupować prawa do transmisji meczów, kibice wypełniać stadiony, zajadać się kiełbaskami i owijać szalikami za dwadzieścia euro. Interes musi się kręcić!

Ostatnie słowa wypowiedział już dwa tony głośniej. Ciężko odetchnął i odsunął się od rozmówcy. Oparł się wygodnie plecami o krzesło i założył nogę na nogę.

– Po co ułatwiliśmy wam drogę do Ligi Mistrzów dwa lata temu? – zapytał spokojniejszym głosem. – Chyba nie po to, żeby wasze kluby odpadały w rundach przedwstępnych po meczach z drużynami z Azerbejdżanu.

– Czego ode mnie oczekujesz? – Na twarzy Polaka pojawił się ironiczny uśmiech. – Co mam zrobić: pojechać do Krakowa i pokrzyczeć na trenera i piłkarzy?

Blancowi nie spodobał się sarkazm kolegi.

– Czemu wy, Polacy, jesteście tacy uparci, tak potwornie niereformowalni? – Pokręcił głową w geście dezaprobaty.

Kotowski wzruszył ramionami, a Francuz przeszedł momentalnie do sedna sprawy.

– Kto to jest… – w kieszeni marynarki zawieszonej na oparciu krzesła wyszperał karteczkę, założył na nos okulary wyjęte z drugiej kieszeni i przeczytał powoli – Cy-ru-lik?

Polak zmarszczył brwi, wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i ponownie wzruszył ramionami.

– Nie znam go zbyt dobrze – odparł. – Ale to jakiś drobny cwaniaczek, jakich pełno w środowisku. Naprawdę nazywa się Jakubik. Płotka.

– Ta „płotka” alias „drobny cwaniaczek”, jak go nazywasz, od ponad dekady podobno trzęsie całą waszą ligą. Doszły mnie słuchy z wiarygodnych źródeł, że po tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piatym roku każdy wasz mistrz piłkarski coś mu zawdzięcza, że bez kontaktów z nim nikt nie awansuje do wyższej ligi, że prowadzi jakieś nieformalne biuro spadków i awansów.

Kotowski parsknął, jakby ktoś poinformował go właśnie, że Ziemia kręci się wokół Słońca.

– Nie wiedziałem, Pierre, że z ciebie taki donkiszot. Tylko błagam, nie mów mi, że na rok przed Euro chcesz walczyć w Polsce z korupcją. Bo jeśli tak, to ja już wolę pomóc chłopakom przy budowie autostrad. Jak się pracuje kilofem, to przynajmniej są jakieś efekty.

Zaśmiał się z własnego żartu i spojrzał z zainteresowaniem na kompana. Ten zareagował natychmiast.

– Cyrulik musi zniknąć!

Ich spojrzenia zderzyły się i dłuższą chwilę trwały wzrokowe zapasy. Żaden nie chciał odwrócić wzroku. Żaden nawet nie mrugnął.

– Chyba mi nie powiesz, Pierre, że teraz w Europie się nie drukuje. Poczuję się obrażony, jeśli mi coś takiego choćby zasugerujesz.

Francuz odwrócił wzrok, a kąciki jego warg rozjechały się w rozbrajającym uśmiechu.

– Dobrze wiesz, jak jest – rzucił pojednawczo. – Ale Cyrulik musi zniknąć, bo nawet od tych spraw mamy teraz swoich, sprawdzonych ludzi i waszych prowincjonalnych cwaniaczków nie chcemy. Nie gniewaj się, Adi, ale Europa wam nawet pod względem korupcji nieco uciekła.

Roześmiali się szczerze, dając ujście nagromadzonym emocjom. Kotowski chrząknął znacząco sam do siebie, jakby mówił – a więc o to chodzi. Wziął do ręki butelkę i nalał do pustych kieliszków.

– Czyli stadiony i zaplecza w Gdańsku i Wrocławiu są w porządku? – dopytał jeszcze pół żartem, pół serio.

Blanc machnął bagatelizująco ręką.

– Jasne! Budowa stadionów to rzecz, której nie można spieprzyć, a my już na starcie zakładamy taki margines błędu i opóźnień, że nawet jak dochodzi do rozpraw sądowych o nieścisłości w przetargach, to tak naprawdę nie ma wielkiego ryzyka.

Kotowski skinął automatycznie głową, bo doskonale o tym wiedział.

– A wracając do Cyrulika alias Jakubika – wrócił do tematu. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że mamy do czynienia z całą siecią powiązań? Tu nie wystarczy zamieść jednego gościa pod dywan… Obawiam się, że rozwalenie układów Cyrulika to będzie duża, brzydko pachnąca afera. Rozumiem, że tu też musi nastąpić wymiana, że tak powiem, na lepszy model, ale czy robienie tego dwanaście miesięcy przed mistrzostwami to na pewno dobry pomysł?

Twarz Francuza stężała.

– Lepiej by było, gdyby ten wasz piłkarski mafioso zniknął po cichu – odparł po chwili namysłu. – Skoro to taka szara eminencja, że nawet ty go słabo znasz, to chyba nie będzie problemu, żeby tę jego sieć rozwiązać bez udziału władzy i mediów. Ty wiesz, Adi, że federacja nie lubi, jak w nasz biznes włączają się obce organizacje, a szczególnie krajowe rządy.

– Będzie ciężko, może się nie udać.

– To już twoja sprawa, żeby się udało.

Kotowski spojrzał badawczo na Blanca.

– Rozumiem, że liczysz na moje kontakty? Ja mam rzucić pierwszy kamyczek tej lawiny?

– Rzucić kamyczek lawiny i jeszcze sprawić, żeby to była niema lawina.

Stuknęli się kieliszkami i zanurzyli usta w ciepłym już niczym zupa Solar De Samaniego.

Biografia Riverside – in progress

Uważam, że jedną z największych krzywd, jaką można wyrządzić cenionemu artyście, to pisząc biografię, przygotować mu bezkrytyczną laurkę. Nawet jeśli biograf jest zafascynowany twórczością, powinien umieć wyłączyć w sobie „fana” na czas pracy, by spojrzeć na pewne sprawy chłodnym obiektywnym okiem. Dla dobra własnej wiarygodności, dla dobra czytelnika i wreszcie dla dobra samego bohatera biografii. Jeśli jest nim artysta, to niezwykle istotne jest umiejętne wskazanie jego trudnych zmagań (wszak artysta musi się zmagać, zmagania to nieodłączna część procesu twórczego), a sprawne wskazanie potknięć, pomyłek, spadków formy twórcy, osadzone wśród „pochwał” za dzieła prawdziwie udane, doskonale obrazuje proces zmagań. Nie ma pisarza, który napisał tylko dobre, mądre książki, nie ma filmowca, który stworzył tylko ciekawe, udane filmy, nie ma muzyka, który choć raz w życiu nie zbłądził nagrywając płytę… Przekroczyłem półmetek biografii Riverside, jestem świeżo po „rozprawie” nad albumem „Rapid Eye Movement”, który jak każdy inny, zasłużył na obiektywne spojrzenie i wnikliwą analizę. Już wiem, że będzie to jeden z najbardziej kontrowersyjnych fragmentów tej książki… Jednym z tematów tej płyty jest „dualizm”, ale takiego „dualizmu”, jaki określi to wydawnictwo po latach chyba mało kto się spodziewa. Nawet w obozie grupy zdania na temat REM-u są podzielone.

Załączony filmik, to amatorskie nagranie „Cybernetic Pillow” z koncertu w Bułgarii z 2010 roku. Nawet w świecie progresji lubię proste, czterominutowe piosenki, ale zawsze miałem wrażenie, że temu numerowi brakowało takiego rozsądnego „odjazdu” (od 3:55), jaki pojawiał w się w koncertowych wersjach.

 

 

 

Nowy sezon, stary przekręt

Trwają rozmowy z wydawcami w sprawie wydania mojej drugiej powieści, kryminału tytułowanego roboczo „Plagiat”, a z okazji startu rundy wiosennej ( podjąłem się swego czasu karkołomnego zadania przeniesienia tematyki piłkarskiej do świata literatury…) przypominam fragment mojego debiutu beletrystycznego sprzed dwóch lat – sensacyjnego „Okrągłego przekrętu”, literackiej odpowiedzi na film „Piłkarski poker”. Korupcyjny syf wylewa się w tej książce aż na marginesy, ale na boiskach polskiej ekstraklasy podobno czyściutko ostatnio jak nigdy… jak to było z  tym okiem i jadącym pociągiem? jedzie…? ;) Read more