Riverside. Eye of the Soundscape

Miałem nic nie pisać o nowym albumie Riverside. Osłuchiwałem się z „Eye of the Soundscape”, szczególnie z premierową częścią materiału, od kilku miesięcy i doszedłem do wniosku, że o niektórych płytach lepiej pomilczeć, w myśl niepisanej zasady – niech przemówią dźwięki. Ale jest na tym wydawnictwie utwór, trwający prawie dwanaście minut numer tytułowy, jeden z czterech premierowych, który niebawem będzie wzruszał z większym natężeniem, jeszcze mocniej pobudzał wyobraźnię. I dla niego zrobię wyjątek.

To nie jest recenzja, to kilka słów od siebie. „Eye of the Soundscape” poraża nie ze względu na porywającą dynamikę, nie przez przebojowość, nie dzięki chwytliwej czy poruszającej melodii, ani inteligentnej konstrukcji – najczęstszym atrybutom riversajdowych kompozycji. To utwór pejzaż, zespół bardziej maluje tu dźwiękami, niż gra. Nie ma szkieletu rytmicznego, nie ma wyrazistych harmonii, wiodących melodii, to utwór w którym ramy formalne są cieniutkie niczym linki pajęczyny, delikatne i podporządkowane nastrojom. Tutaj Michał Łapaj i Piotr Grudziński mieli zagrać emocjami i uczuciem bardziej niż zwykle. Niby nic specjalnie zaskakującego. Przecież Riverside zawsze płynął na emocjach, nastroje często brały górę, określały także wcześniejsze kompozycje, nie tylko te „ambientowe”. Ale tutaj pod względem emocjonalnym jest jeszcze bardziej bezkompromisowo. Forma całkowicie została poddana muzycznym „porywom serca”. Zaryzykuję twierdzenie, że Łapaj i Grudziński nigdy wcześniej nie mieli okazji zagrać aż tak bardzo z duszy, tak głęboko od siebie. Jak taki moment przejścia w tym utworze, około siódmej minuty, kiedy niepostrzeżenie zmienia się nastrój. Po chłodnym niepokoju, przychodzi smutek. Rozlewa się, przejmuje absolutną kontrolę, ogarnia, zalewa słuchacza po sam czubek głowy. Ostatnie cztery minuty „Eye of the Soundscape”, jakkolwiek sentymentalnie czy pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, to najbardziej wzruszający pejzaż dźwiękowy, jaki słyszałem od wielu, wielu lat. Ten moment kiedy chłodne partie klawiatur Michała Łapaja jakby otulają, obejmują ostatnie łkania gitar Piotrka Grudzińskiego… i nagle wszystko opada, wycisza się, tonie, niczym statek idący na dno. I jeszcze ta świadomość, że te łkania, te drobne, subtelne zalążki melodii, to ostatnie partie nagrane przez Grudnia, kilka dni przed śmiercią. Tak się kończy ta płyta, tak się kończy pewien rozdział w historii Riverside. Pod względem muzycznym piękniej i bardziej przejmująco zakończyć się nie mógł. Ten utwór chwycił mnie za serce z podobną siłą jak chwytają „Fading Lights” Genesis, czy „High Hopes” Pink Floyd. Też swoiste dzieła na pożegnanie. Z tym że tam wielką moc mają również słowa, a tutaj „przemawia” sama muzyka.

Nowa powieść i oczy dookoła głowy

Dobrze jest kiedy człowiek ma poczucie, że u startu nowego sezonu nie został w progach. Jesień zagląda zza winkla, czas ruszać z nowymi projektami, ale i warto śledzić co się dzieje w kulturze, bo jesień 2016 zapowiada się naprawdę intrygująco. Zanotowałem w kalendarzu kilkanaście obiecujących premier, które ku mojej uciesze, co jakiś czas będą mnie odciągać od pracy nad nową powieścią.

W lipcu zacząłem pracę nad kryminałem „Przypadek”. Dwa miesiące pisania, jestem mniej więcej w jednej trzeciej. Dobre tempo, jak na mnie. Zwykle około roku siedziałem nad powieścią, teraz powinienem uwinąć się w sześć miesięcy bez ryzykowania jakością. Powodów tego przyspieszenia jest kilka. Po pierwsze stęskniłem się za prozą, ostatnie dwa lata siedziałem przy biografii, a to jest jednak inne pisanie. Po drugie, wreszcie mam bardzo dobrze przemyślany konspekt, który jest efektem rocznego planowania, rozmyślania nad intrygą, przewidywania, analizowania różnych dróg rozwoju wypadków, budowania i wyobrażania sobie postaci. Jeśli konspekt jest dobrze przygotowany to samo pisanie jest już z górki. Po trzecie, kątem oka widzę stojącą na biurku statuetkę zdobytą na Festiwalu Kryminalnym w Pile, i co tu dużo mówić, jest to wielka mobilizacja. Nie czuję presji, raczej ekscytację związaną z możliwością potwierdzenia, że ta pilska nagroda nie była przypadkowa.

Najbliższe miesiące upłyną mi zatem na pracy nad „Przypadkiem”, ale warto też nie tracić czujności kulturalnej, mieć oczy dookoła głowy, spoglądać w stronę muzyczną, literacką i filmową, bo jesień przyniesie kilka ciekawych premier, dla których warto będzie oderwać się na dzień-dwa od pracy. Już 14 września – jakby się zmówili – ukażą się nowe kryminały Marka Krajewskiego („Nikt nie rodzi się niewinny”) i Wojciecha Chmielarza („Osiedle marzeń”). Tydzień później ukaże się powieść „Prawdziwa historia” francuskiej pisarki Delphine De Vigan. Książka zapowiada się na mocną, głęboką podróż literacko- psychologiczną. Podobno sam Roman Polański przymierza się do ekranizacji, a on miałkich, byle jakich historii nie wybiera. 23 września premiera nowego albumu Marillion, zespołu do którego po słupskim koncercie znów mam nieco więcej serca. Zobaczymy, czy „FEAR” przyniesie jakiś powiew świeżości, może ciut więcej dynamiki… Naiwniak ;)

Bardzo mocna będzie końcówka września. Najpierw ukaże się zbiór felietonów Michela Huellebecqa („Interwencje 2”), pisarza bardzo spostrzegawczego i błyskotliwego, którego warto poczytać, nawet jeśli człowiek się z nim nie zawsze zgadza. 30 września premiera „Sorceress” zespołu Opeth, płyty po której sporo sobie obiecuję, słuchając bardzo dobrej „Pale Communion” i wiedząc w jaką stronę artystyczną zmierza ekipa Akerfelda. Tego samego dnia do kin wchodzi „Ostatnia rodzina”, debiut reżyserski Jana Matuszewskiego, który na starcie działalności reżyserskiej zekranizuje losy rodziny Beksińskich. Zapowiada się mocny, ważny obraz. Tydzień później premiera obrazu prawdopodobnie jeszcze mocniejszego i jeszcze ważniejszego – „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Smarzowski nie robi słabych filmów i nie porusza błahych tematów, liczę się zatem z kolejnym mocnym ciosem emocjonalnym. Kompletną niewiadomą jest dla mnie zapowiadany na ten sam dzień piąty album zespołu Coma. Pierwszy od pięciu lat premierowy studyjny materiał łodzian, zatytułowany tajemniczo „2005 YU55”, reklamowany jest jako ambitny koncept, dużo wymagający od słuchaczy, quasi audiobook. Po raz pierwszy zespół komponował muzykę do tekstów. O tym, że Coma potrafi tworzyć duże formy, przekonała kilka lat temu bardzo przyzwoitą „Hipertrofią”, ale tutaj pachnie jakimś eksperymentem i trudno powiedzieć, co z tego wyniknie.

12 i 14 października ukażą się kolejne powieści liderów polskiego kryminału, odpowiednio Mariusza Czubaja („R.I.P”) i Katarzyny Bondy („Lampiony”). Tydzień później do sklepów trafi podwójny album „Eye of the Soundscape” Riverside, o którym niebawem napiszę nieco szerzej, bo zdążyłem się już z nim dosyć dobrze zapoznać. No i na koniec, przynajmniej ze znanych mi obecnie zapowiedzi, 11 listopada rozproszy mnie przynajmniej na jeden wieczór „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Fanem Patryka Vegi jestem przynajmniej od dekady, od czasów pierwszego „Pitbulla”. Mimo nieco innego kierunku, bardzo podobały mi się „Nowe porządki”, a po pierwszych zwiastunach kontynuacji widzę, że tu może być równie dobrze. Vega ma dar nie tylko do wyciągania z aktorów najgłębszych pokładów talentu, ale też do ukazywania ich innej twarzy. Już w „Porządkach” pokazał taką Agnieszkę Dygant i Maję Ostaszewską jakich na ekranie chyba jeszcze nie było. A w drugiej serii pojawią Magdalena Cielecka, Joanna Kulig, Alicja Bachleda Curuś i Anna Dereszowska.

Do połowy listopada na pewno będzie ciekawie, rozpraszaczy nie zabraknie. A później można się już w pełni skupić na pracy nad książką ;)

Wspomnienie Piotra Grudzińskiego

 

Z Grudniem

Ciągle mam tę irracjonalną nadzieję, że lada chwila obudzę się i odetchnę z ulgą, bo wszystko to, co wydarzyło się od niedzielnego poranka okaże się tylko koszmarnym snem… niestety ten koszmar na jawie trwa i powoli staje się nową rzeczywistością, rzeczywistością, w której nie ma już nami Piotra Grudzińskiego. Pogodzenie się z tym faktem zajmie wiele czasu… jeśli kiedykolwiek uda się z tym tak do końca pogodzić.

Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawialiśmy, przeprowadzaliśmy ostatni długi wywiad do książki o Riverside. Dzień i dwa dni później widzieliśmy się w studiu Serakos, gdzie chłopaki pracowali nad nowym albumem. Grudzień siedział metr ode mnie, spokojnie „rzeźbił” na gitarze… Później gdy robiłem już wywiad z producentem Robertem Srzednickim jeszcze na chwilkę wszedł aby się pożegnać, położył palec na ustach, sygnalizując że będzie cicho, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, uścisnął rękę Robertowi i mi, szepnął „lecę”…

Grudzień urzekł mnie swoją erudycją, był fantastycznym rozmówcą, bardzo inteligentnym i piekielnie wrażliwym, przemiłym facetem. Cechował się rzadko spotykaną w środowiskach artystycznych skromnością. Jego postrzeganie drogi muzycznej, historii Riverside i planowanie przyszłości określała przede wszystkim wielka pokora. Miał świadomość tego jak wiele udało mu się osiągnąć wraz z zespołem ale twardo stąpał po ziemi. Krzywił się, gdy musiał używać w swoim kontekście słowa „kariera”. Względem tego, co robił potrafił być bardziej surowy, niż najbardziej krytyczny recenzent. I to nie była kokieteria, ani fałszywa skromność, którą artyści czasami próbują wyłudzić komplement. Grudzień był świadom granic własnych możliwości muzycznych (dzięki temu potrafił je przesuwać, rozwijając się). Choć był samoukiem wypracował bardzo dobrą technikę, ale to nie ją stawiał na piedestale. Tam gdzie kończyła się technika, wkładał gigantyczne pokłady emocji, które dookreśliły jego styl. Dzięki temu jednym, dwoma, trzema prostymi trąceniami strun potrafił poruszyć do głębi serca. Był prawdziwym mistrzem granych z pasją melodyjnych solówek.

Z Grudniem (2011)

Interesował się życiem bardzo szeroko, gitara nie przesłaniała mu całego świata. Dbał o rodzinę, w życiu zespołowym pielęgnował przyjaźń, lojalność, cenił kolektywność, lubił być częścią zgranej ekipy. Nasze rozmowy bardzo często wylewały się poza kwestie muzyczne i historię Riverside. W czasach gdy większość rozmów przypomina wzajemne przekrzykiwanie się, dyskusje z Grudniem były szczególnie przyjemne. Nie tylko miał wiele ciekawych spostrzeżeń, którymi jasno się dzielił ale też potrafił wysłuchać, przemyśleć i celnie ustosunkować się do słów rozmówcy. Coraz rzadziej spotykam się z taką interakcją. Lubiłem z nim rozmawiać. Te rozmowy mobilizowały do wysiłku intelektualnego, wzbogacały. Wielokrotnie wzruszył mnie szczerością, opowieściami o pierwszej gitarze, o trudnym do przecenienia wsparciu rodziców, o przyjaźniach i przede wszystkim o własnych zmaganiach, bo aby móc spełnić muzyczne marzenia, musiał stoczyć batalię z własną wrażliwością, sceniczną tremą.

Nie będę ukrywał, że śmierć Grudnia wyrąbała we mnie emocjonalny krater. Każda śmierć jest w pewnym sensie „końcem świata” i w ostatnią niedzielę jakiś świat niewątpliwie się skończył. Na razie potwornie boli, ale prawdziwą skalę tej straty ocenić będzie można dopiero za jakiś czas, gdy opadnie kurz pierwszej rozpaczy, gdy obeschną pierwsze łzy… boję się tego co zobaczę, z czego zdam sobie sprawę za kilkanaście dni, za kilka tygodni, miesięcy. Boję się, że pejzaż bez Grudnia będzie niemniej trudny do ogarnięcia i zaakceptowania, niż wiadomość, którą odebrałem w niedzielę rano.

Przepraszam jeśli mój wpis nabrał wymiaru zbyt osobistego ale sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że uznałem iż taki ton tym razem będzie na miejscu. Wiem, że tysiące ludzi na całym świecie od niedzieli czuję się podobnie… Muzyka zespołu Riverside towarzyszy mi nieprzerwanie od 2004 roku, to ścieżka dźwiękowa ostatniej dekady mojego życia, była przy mnie zawsze i wszędzie. Zmieniały się miejsca pobytu, zmieniały się zajęcia, samopoczucia, zmieniali się towarzysze, ale muzyka Riverside z tą charakterystyczną, płynącą z głębi „serducha” gitarą Grudnia była częścią „niezmienną” mojej drogi. Pierwszy duży artykuł biograficzny poświęcony zespołowi napisałem wiosną 2006 roku. Ciągle aktualizowany pełni do dziś rolę internetowej biografii na oficjalnej stronie zespołu. Gdy dwa lata temu rozpocząłem pracę nad książką o Riverside jeszcze mocniej zbliżyłem się do chłopaków. Taka współpraca wymaga dużego wzajemnego zaufania i szczerości. Nie dziwię się więc, że czuję stratę nie tylko bardzo lubianego muzyka, ulubionego gitarzysty, ale też po prostu bliskiego człowieka.

Nie lubię mówić „żegnaj”. Wierzę w Boga, moja wiara jest wiarą „organiczną”, poza-religijną. Nie próbuję tego rozgryzać, żyję ze świadomością, że Bóg i to „co po naszym ziemskim życiu?” jest dla człowieka niepoznawalne. Wierzę zatem, że mogę powiedzieć „do zobaczenia” w tym „Niepoznawalnym”, co czeka nas wszystkich „po tamtej stronie”. Tam będziemy kontynuować nasze rozmowy. A tymczasem dziękuję Ci Grudzień za miliony pięknych gitarowych dźwięków, za te wszystkie lata muzycznej przygody, którą mogłem obserwować, za batalię którą stoczyłeś aby spełniać muzyczne marzenia, spełniając przy okazji też moje, jako słuchacza, za otwartość, za długie godziny rozmów, za każde ciepłe słowo na temat moich książek (nawet nie wiesz, jak były dla mnie ważne i jak mnie budowały…) i wreszcie za to, że byłeś taki jaki byłeś i że mogłem Cię poznać!

 

 

RIVERSIDE. Love, Fear and the Time Machine (recenzja)

 

Love fear okładka

Kompresja bezstratna

Droga większości najbardziej utalentowanych grup progresywnych nie ogranicza się tylko do eksploracji wypracowanego stylu, ale wiąże się też z nieustanną ewolucją kompozytorsko – wykonawczą. Riverside mimo licznych powiązań stylistycznych i inspiracji, właściwie od samego początku cechował się własnym pomysłem na muzykę. Pomysłem charakterystycznym, ale też bardzo „plastycznym”, podatnym na zmiany. Gdy ukazał się album „Second Life Syndrome” trudno było nie zauważyć, że Riverside doprowadził do perfekcji swój oryginalny, „startowy” pomysł na spójne połączenie skrajnych stylistyk neoprogresywnej i progmetalowej. Gdyby charakter zespołu nie był progresywny, a styl nastawiony na ewolucję, byłby to ostatni udany album w dorobku Riverside (albo i ostatni w ogóle). Cztery lata później ukazała się płyta „Anno Domini High Definition” i wówczas nie dało się nie zauważyć, że grupa po raz drugi nagrywając materiał wybitnie udany, znów dotarła do ściany – że dynamiczniej, szybciej i ciężej w obrębie tego stylu już się nie da. Warto zwrócić uwagę, że w obu przypadkach obie te szczytowe płyty poprzedzały albumy w pewnym sensie nakreślające nowe kierunki, przygotowujące do dzieła głównego („Out of Myself” i „Rapid Eye Movement”). Dwa i pół roku temu „Shrine of New Generation Slaves” ukazał nową drogę. Ruszył proces muzycznej kompresji. Zespół, który dotychczas najszerszą i najbarwniejszą paletę możliwości ukazywał w kilkunastominutowych kompozycjach, rozpoczął rewolucję konstrukcyjną, której cel stanowiło przekazanie wszystkich swoich atutów w krótszych formach. „SoNGS” był trzecim po „Out of Myself” i „Rapid Eye Movement” albumem badającym grunt, przygotowującym do dzieła głównego. „Love, Fear and the Time Machine” jest krokiem naprzód w stosunku do „SoNGS”, rozwija i precyzuje rozpoczęty na poprzedniej płycie proces przenoszenia rozmachu i gęstości nowoczesnej progresji z formy suity, do sześcio – ośmiominutowej kompozycji. To „uproszczenie”, które przyniosła w pewnym stopniu „SoNGS”, a teraz już w pełnej krasie prezentuje „Love, Fear and the Time Machine”, można określić mianem „kompresji bezstratnej”. „Kompresji” – bo utwory są krótsze, dźwięków w sumie mniej – ale „bezstratnej”, bo muzyce żadna krzywda się nie stała. Wręcz przeciwnie. Riverside który zawsze imponował „porządkiem” zarówno w obrębie kompozycji, jak i w konstrukcji całych albumów, nigdy wcześniej nie był tak dobrze poukładany instrumentalnie, tak konkretny, tak „trafny”. Na tej płycie nie ma chyba jednego zbędnego dźwięku.

Na „Love, Fear and the Time Machine” znajduje się dziesięć kompozycji, całość trwa dokładnie godzinę (szósta płyta, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut muzyki). Po raz pierwszy na regularnym albumie Riverside znajduje się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy żadna z nich nie trwa powyżej dziesięciu minut. Tym razem optymalny czas dla kompozycji to około sześciu – siedmiu minut i w tych „dystansach” grupa serwuje różne formy konstrukcyjne. Są tu oczywiście formy piosenkowe, gdzie atutem są nośne refreny, jak choćby otwierający „Lost (Why I Should Be Frightened By a Hat?)”, przebojowy „Discard Your Fear”, czy mega-przebojowy „#Addicted”, ale są też formy nieco inaczej zbudowane, a przy tym niewiele dłuższe. Dużo o nowym pomyśle stylistycznym Riverside mówią dwa utwory: „Caterpillar and the Barbed Wire” i „Saturate Me” (tracki nr cztery i pięć, kto wie, czy wraz z trzecim „#Addicted” nie jest to najlepszy fragment albumu). W obu mamy zarówno błyskotliwe fragmenty „piosenkowe”, jak i doskonałe partie instrumentalne. Szczególnie interesujący jest ten pierwszy numer: zbudowany wokół mięsistego basowego riffu, z jednej strony zawiera wiele klasycznych elementów rozpoznawalnego stylu Riverside, ale też zaskakuje kilkoma ciekawymi nowinkami (nietypowe dla grupy rozegranie refrenów). Utwór wieńczy wyborny dwuminutowy instrumental, w którym kwartet mocno rozwija skrzydła (monumentalna partia Łapaja na tle „krzyczącej” gitary Grudzińskiego i wyeksponowanej, łamiącej rytm sekcji). W pełnym kontrastów „Saturate Me” jest odwrotnie: utwór otwiera partia instrumentalna, która przypadnie do gustu tym, którzy wolą Riverside w zadziorniejszej, bardziej demonicznej formie (porykuje tu Hammond, gitary biczują ciętymi riffami). Wraz z pojawiającym się wokalem Dudy numer łagodnieje, robi się przestrzennie. W siedmiu minutach grupa eksponuje tu wiele swoich największych atutów – bogactwo melodyczne zarówno w liniach wokalnych, jak i w krótkich partiach solowo-instrumentalnych, tendencje do gwałtownych zmian dynamiki (od elementów hard/progmetalowych aż po niuanse niemalże ambientowe).

Album sprawia wrażenie, jakby składał się z dwóch części. Pierwsza połowa (pięć numerów, do „Saturate Me” włącznie) jest dynamiczniejsza, cięższa. Na szóstym tracku umieszczono mroczny, leniwy „Afloat” sprawiający wrażenie punktu granicznego, bufora między pierwszą, a drugą częścią płyty. Ten numer przerywa ciąg dynamiczniejszych utworów. Album od tego momentu powoli będzie się wyciszał, choć siódmy „Discard Your Fear” jest numerem jeszcze dosyć energetycznym, a w ósmym „Towards the Blue Horizon” znajdują się fragmenty również bardzo drapieżne. Przy tym drugim numerze warto się na chwilę zatrzymać, bo to najdłuższa tutaj kompozycja i przede wszystkim nieszablonowo skonstruowana. Otwiera ją żwawa partia gitary akustycznej i delikatny śpiew Dudy, ale nie jest to typowa riversajdowa ballada, do jakich przyzwyczaił nas zespół. Całość rozwija się, dołącza piano Łapaja i ostrożna perkusja Piotra Kozieradzkiego. W czwartej minucie utwór zupełnie zmienia charakter. Znika początkowa akustyczna sielanka, a wraz z zaborczą partią gitary Grudzińskiego i posępnymi akordami klawiatur, utwór przenosi się w rejony niemalże progmetalowe. Prawdziwie burzliwy jest ten fragment instrumentalny, ale tak jak po burzy nagle potrafi wyjrzeć słońce, tak i tu kompozycja niezauważalnie wraca do balladowej sielanki, by… na koniec znów postraszyć histeryczną zagrywką gitary Grudzińskiego i mrocznymi akordami klawiatur Łapaja. Istny rollercoster. Album wieńczą dwie ballady ostatecznie zwalniające tempo i wyciszające album. „Time Travellers” to najlepsza akustyczna ballada Riverside od czasów… hmmm… no właśnie. Powiedziałbym, że takiego cudeńka nie było od „The Time I Was Daydreaming”, a kto wie, może nawet od „In Two Minds”. Na „dobranoc” dostajemy balladę „z prądem”, której charakter może pełnić rolę wizytówki nastroju całego albumu. Określiłbym go mianem „smutnego optymizmu”, mocno podlanego nostalgią. Album wieńczą zatem dwie ballady, ale jakże inne – zasadniczo różniące się od siebie, jak również od poprzednich ballad w dorobku Riverside.

Nie ma na tym albumie żadnego „długasa”, żadnej klasycznej progresywnej suity, żadnego następcy „Second Life Syndrome”, czy „Left Out”, a mimo to album jest kompletny. Pamiętam opowieści Mariusza Dudy o tym, jak powstawał poprzedni album „SoNGS”. Płyta była już prawie gotowa, zespół miał wchodzić do studia, ale w repertuarze czegoś brakowało. Mariusz widział, że w kulminacyjnym momencie albumu jest jakaś wyraźna luka, dlatego w ostatnich dniach przed nagraniami powstał dwunastominutowy „Escalator Shrine”, który ostatecznie stał się szczytowym fragmentem płyty. Jasne jest więc, że jeszcze wówczas nie udało się udźwignąć całego albumu krótszymi numerami. Tym razem, jak widać, nie było już tego problemu. Zespół potrafił zawrzeć wszystko, co najciekawsze w kompozycjach sześcio – siedmiominutowych, nie wytrącając sobie przy tym żadnych najważniejszych atutów.

Cieszyć może też łatwo zauważalna dojrzałość wykonawcza. Bo skoro tym razem album miał być w większym stopniu podporządkowany „kompozycji”, to nie mogło tu zabraknąć wzmożonej dyscypliny instrumentalnej. Czasy nadpobudliwych szaleństw instrumentalnych z okresu „ADHD” minęły. Hammondy – znak rozpoznawczy Michała Łapaja – są tu złapane na krótką smycz. Michał nie gra tylu solówek co zwykle, a jego partie są wyważone, często nieco wycofane, mniej narzucające się, głęboko siedzące w ramach kompozycji. Inaczej gra też Piotr Kozieradzki, którego „przejścia” można policzyć na palcach jednej ręki. Jego styl gry został wyraźnie „przystrzyżony”, z korzyścią dla przejrzystości tych utworów. Takie „odchudzenie” partii poszczególnych instrumentów nie zaszkodziło kompozycjom – i tak są gęste i dużo się w nich dzieje – a świadczy o bardzo rozsądnej dojrzałości, jaka ujawniła się już poniekąd na „SoNGS”, a tu widać ją już chyba w pełnej krasie.

W związku z ukróceniem klawiszowych szaleństw Łapaja, album jawi się jako bardziej gitarowy. Odnoszę wrażenie, że Piotr Grudziński przygotowując partie gitar wyraźnie zmniejszył oczka w sicie, przez które przepuszcza swoje pomysły. I choć rola gitar również została nieco „skompresowana”, to nadal ten sam wszechstronny „Grudzień” potrafiący, jak mało kto, połączyć melodykę z dynamiką. W jego stylu gry pojawiły się nowe odcienie brzmieniowo – emocjonalne, bo wśród zabarwień neoprogresywnych, progmetalowych i hardrockowych, do których zdążył nas już przyzwyczaić, znalazły się też tym razem ostrożne wpływy post-rockowe. Paleta barw Piotra Grudzińskiego robi się coraz bogatsza, co w zestawieniu z również bardzo szeroką skalą możliwości Łapaja sprawia, że Riverside jawi się dziś jako zespół posiadający gigantyczne możliwości melodyczno – harmoniczne (patrz fragment instrumentalny „Caterpillar and the Barbed Wire”!).

Warto też zwrócić uwagę na nowe odcienie w palecie barw emocjonalnych muzyki Riverside. Wiadomo, że zespół od zawsze miał ambicję, aby łączyć różne, skrajne „żywioły” i stany emocjonalne. Hasło: „szept i krzyk, smutek i radość” towarzyszyło Riverside już w czasach trylogii. Długo był kłopot z delikatniejszym szkicowaniem stanów pośrednich, wymagających lekkiego niedopowiedzenia, i z „radością”, która sprawiała wrażenie stanu dla Riverside co najmniej trudno uchwytnego. Na „SoNGS” pojawił się „Feel Like Falling” przełamujący lekko tę barierę, na „Love, Fear and the Time Machine” jest „#Addicted”, numer brzmiący, jakby do worka stylistycznego Riverside ktoś dorzucił dwie solidne garstki stylu The Cure (szarpliwy riff basowy, dynamika) i stylu A-ha (linie wokalne w refrenach). Dużo tu światła, nieco lżejszego i właśnie niemalże radosnego grania. Przyjemną lekkość ma w sobie też ostatni „Found (The Unexpected Flaw of Searching) ” – choć cechuje go nostalgia spod znaku Pink Floyd, jest tu jaśniej, optymistyczniej.

Mariusz Duda, który tym razem podpisał się jako autor nie tylko tekstów, ale w ogóle wszystkich kompozycji, serwuje kilka bardzo mocnych, charakterystycznych i niebanalnych basowych riffów, często pełniących rolę punktu startowego i fundamentu utworów. Tak jest choćby w motorycznym „#Addicted”, gęstym „Caterpillar and the Barbed Wire”, czy znanym już „Discard Your Fear”. Wokale Dudy w przeważającej większości są łagodne, celowo odciążają zwykle dosyć gęstą sferę instrumentalną (najwyraźniej słychać to w drugiej części „Saturate Me”, gdzie na dynamicznej i gęstej „ścianie” dźwięku Duda podaje lekką, wieńczącą dzieło melodię).

Sferę konceptualno – tekstową określiłbym właśnie tak, jak określiłem charakter ballady „Found”, czyli jasne, w pewnym sensie dosyć optymistyczne spojrzenie na nostalgię. Nostalgię za latami minionymi. Kierunkuje nas tu głównie tekst ballady „Time Travellers”, w której Duda śpiewa: Wróćmy w świat / sprzed trzydziestu lat / I uwierzmy, że to był nasz czas. Celem podróży tej „Maszyny czasu” są więc lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie jest to jednak tęsknota za komuną i PRL-em, ale nostalgia za swoistą prostotą i logiką ówczesnych relacji, za tą wolną przestrzenią dla wyobraźni, której jeszcze wówczas nie zawłaszczyły sobie cuda nowoczesnej techniki i komunikacji, za czasami, kiedy dzieciaki nie miały smartfonów i playstation, ale potrafiły się świetnie bawić na byle trzepaku. Ta dosyć jasna, nieprzytłaczająca nostalgia za przeszłością, za okresem beztroskiego dzieciństwa określa część tekstów, choćby otwierający „Lost”, czy „Towards the Blue Horizon”. W „Saturate Me” i „#Addicted”, numerach stosownie dynamiczniejszych, pojawia się z kolei temat zagubienia człowieka w teraźniejszości, w czasach ponowoczesnego chaosu, co logicznie kontrastuje z nostalgią za poukładanym światem dzieciństwa. Jak zwykle u Dudy sporo tu błyskotliwych zwrotów („I-crowd patterns” pasowałby do nieformalnej „trylogii tłumu”, której album miał być częścią) i spostrzeżeń podanych nie-nachalną, sugestywną poetyką.

Czy to najlepszy album w dorobku Riverside? Pod względem realizacji założeń konceptualnych, konsekwencji rozwoju stylistycznego i jakości samego materiału jest to niewątpliwie jedno ze szczytowych dokonań grupy. Riverside stając się zespołem dojrzałym i konkretnym, nie utracił nic ze swojego entuzjazmu, rozmachu, błyskotliwości, wrażliwości na detale, rockowej mocy, progresywnej inteligencji i precyzji. Kompresja bezstratna. I tak naprawdę nie ma co wracać trzy dekady, do lat osiemdziesiątych. Czasy Riverside są na pewno tu i teraz, bo niewielu artystów na muzycznej scenie świata tak dobrze dziś rozumie problemy i rozterki współczesnego człowieka, jak panowie z Rzekibrzegu.

 

Toto, Wrocław 23.06.2015

Toto foto1[1]

Trochę szkoda, że bez Simona Phillipsa, trochę żal, że bez Nathana Easta, ale i tak Lukather, Porcaro i spółka dali radę. Zespół Toto w pochmurne wtorkowe popołudnie bez trudu poderwał wypełnioną mniej więcej w 80 procentach wrocławską Orbitę. Dwie godziny grania, oszczędna scenografia, bardzo dobry dźwięk, perfekcyjne wykonania – Toto jest w wybornej formie. Naprawdę miło ich było zobaczyć w tak dobrze dobranym repertuarze, zabezpieczonym kilkoma światowymi mega przebojami (Rosanne, Africa, Hold the Line) ale też odważnie odświeżonym premierowymi numerami z najnowszej płyty (pięć kawałków, w tym starter „Running Out of Time”, efektowny koncertowy rocker „Orphan” i bodaj najlepszy na krążku „Great Expectations”). Szkoda, że coraz mniej takiego eleganckiego pop-rocka w świecie dzisiejszej muzyki. Tego typu koncerty to coraz rzadsza niestety okazja, aby przekonać się, jak finezyjny i błyskotliwy może być muzyk uprawiający muzykę pop. Oby artyzm pop-rocka nie zniknął ze światowych scen wraz z takimi ekipami jak Toto.

 

Toto foto2[1]

A wracając do koncertu: w Orbicie było wszystko czego można oczekiwać od rockowej imprezy. Było kilka odśpiewanych przez setki gardeł hitów, były ze dwa-trzy odjazdy improwizacyjne, znamienne dla Toto, z lekka jazzowe. Były gitarowe solówki Lukathera, który zawsze się trochę popisze, ale i tak celuje w tym, aby jego wirtuozerskie partie przede wszystkim „grały” dla zespołu i „niosły” zgrabnie skomponowane piosenki. Były owacje, podwójne bisy i wspólnie zaśpiewana „Africa” na wielki finał. Spory kawał pięknej historii muzyki odwiedził Wrocław i miał tu swoje małe święto.

 

The Natural Born Chillers

TNBC1 (5)

 

Scena już pusta, bo dzisiejszy kameralny koncert The Natural Born Chillers zakończył się przed czasem interwencją policji… Obyło się na szczęście bez rozlewu krwi, użycia gumowych pałek i polewaczek, które i tak by do niewielkiego Art Cafe Kalambur nie wjechały, bo by się nie zmieściły. 

Mimo niespodziewanego finału warto było zobaczyć chociaż ten skrócony godzinny set, bo grupa jest niezwykle interesująca, szczególnie na żywo. TNBC w bardzo spójny sposób miesza stylistykę rockową i punkową z elektroniką i elementami transu i techno, czego efektem jest zadziorna, brudna muzyka psychodeliczna, taneczna, niemalże imprezowa, której najlepiej słucha się długimi blokami, niczym didżejskich setów dyskotekowych. Ciekawe to zjawisko na polskiej scenie rockowej. TNBC ma na koncie debiutancki longplej zatytułowany po prostu „TNBC”, wydany w 2014 roku nakładem Osterdam Records. Nie lubię tego określenia, bo marketingowcy zużyli je maksymalnie, ale akurat w tym przypadku warto go wykorzystać, bo pasuje – TNBS to powiew świeżości na polskiej raczej dosyć grzecznej i przewidywalnej scenie rockowej. Nie trzymają się kurczowo ram stylistycznych, grają bezpretensjonalnie, nikogo nie kopiują (a jeśli tak, to bardzo sprawnie, bo trudno się w tym połapać), trzymają dobry balans między dynamiką, a melodyką. Potrafią poruszyć, zahipnotyzować. Nie dziwię się, że chętnie współpracują z nimi reżyserzy teatralni. Ich muzyka, mimo rockowego charakteru i klubowego brzmienia i klimatu, jest bardzo plastyczna. Postaram się niebawem zmierzyć z materią i przygotować sensową recenzję.

Siedem lat temu w rzekobrzeżnym kalendarzu…

dvd reality dream

Siedem lat temu, 17 maja 2008 roku Riverside rejestrował swoje pierwsze oficjalne DVD. To był chyba najdłuższy koncert w historii zespołu. Na setlistę złożyło się 21 wykonań (19 utworów, dwa zagrane podwójnie), a całość łącznie z bisami i poprawkami trwała trzy godziny.

Pamiętam ten koncert głównie przez pryzmat niecodziennej atmosfery. Wówczas Riverside wiązał mi się ściśle z kameralnym klimatem i ciasnotą niewielkich klubów, w których najczęściej występował. Tymczasem łódzka Toya bez trudu przyjęła około tysiącosobową publikę (spokojnie przyjęłaby drugie tyle), a grupę gościła na dużej scenie, tak dużej, że Mariusz Duda swobodnie biegał wokół – sporej przecież – perkusji Mittloffa na początku utworu „Ultimate Trip”. Niestety nie można tego zobaczyć na DVD „Reality Dream”, gdyż tamto wykonanie nie trafiło na płytę. Dopiero teraz po kilku latach dowiedziałem się od Mittloffa, dlaczego zespół musiał zagrać ten numer raz jeszcze. W trakcie styczniowej rozmowy Mittek przyznał mi się, że miał źle ustawionego klika i przez to utwór ten został zagrany za wolno… Do dziś pamiętam konsternację panującą na opustoszałej już nieco widowni, gdy Mariusz wyszedł zza kulis już po zakończeniu koncertu i powiedział słowa, które na ułamek sekundy zmroziły wszystkim krew w żyłach. Nie nagrało się! – rzucił ze sceny, ale chyba trochę zbyt lekko, żeby na dłuższą metę nabrać fanów.

Być może gdyby wiedział, jakie problemy będą czekały zespół w związku z realizacją materiału wizualnego na potrzeby DVD, nie miałby ochoty na takie żarty ;) Bo choć koncert się nagrał, niebawem miało się okazać, że zarówno praca kamerzystów, jak i wizja montażystów tego DVD, pozostawiały sporo do życzenia. Na premierę „Reality Dream” przyszło wszystkim czekać prawie półtora roku, ale dobrze, że w ogóle te nagrania się ukazały. Z przyjemnością wracam do nich (przyznaje się, raczej do płyt audio), choćby dla znakomitych wykonań „Volte-Face”, „Parasomnii”, czy „Panic Room”.

Choć „Reality Dream” pozostaje oczywiście sympatyczną pamiątką po trylogii, to jednak czas już chyba najwyższy na następne tego typu wydawnictwo. Obiło mi się o uszy, że może na najbliższej trasie zdarzy się koncert z panami kamerzystami. No i matematyka kalendarza potwierdza, że już czas. Łódzki koncert odbył się w siódmym roku istnienia Riverside, po trzecim dużym albumie, od 2008 do dziś minęło kolejne siedem lat, lada chwila dostaniemy album numer sześć… No jakby nie liczyć – wychodzi, że potrzebne jest nowe DVD.

 

Toto – solidność w cenie

Za miesiąc z małym okładem do Polski przyjeżdża Toto. Na jeden wieczór do Wrocławia (23.06), na jeden do Warszawy (24.06). Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu i ciągle mam nieco mieszane uczucia wspominając całą jego dyskografię. Powiedziałbym, że to „najprzeciętniejszy” zespół z tych najciekawszych w historii rocka, ewentualnie najciekawszy z tych przeciętnych. Zawsze gdzieś pomiędzy, jakby balansowali między ekstraklasą, a drugą ligą.

Natrzaskali trochę przebojów, ale mieli w sobie też coś takiego, że tak zwany „masowy słuchacz” jakoś niespecjalnie zwracał na nich uwagę. Gdy w radiu leci „Radio Ga-ga” wszyscy wiedzą, że to Queen, gdy dają „Sacrifice” nawet kompletny ignorant rozpoznaje Eltona Johna, ale kiedy w trackliście znajdzie się „Rosanna”, „Hold the Line”, czy „Africa” to ludziska wiedzą, że znają, nawet zanucą, ale „kto to śpiewa” już nie bardzo kojarzą. Być może przez to, że w Toto nigdy nie wykluł się frontman na miarę stadionu Wembley, a być może to syndrom side-manów, wszak Toto założyli w połowie lat siedemdziesiątych znakomici muzycy sesyjni, którzy uznali, że praca na sukces innych artystów to zbyt mało, że stać ich na więcej. I faktycznie, panowie Lukather, Porcaro i ich kompani, potwierdzili że nie tylko mają mega sprawne palce, ale też płodne głowy, bo pisać potrafili może nie wybitnie, ale błyskotliwie i przebojowo, a nawet z klasą. Sprzedali coś koło 30 milionów płyt, ale w głębi serca chyba jednak pozostali side-manami, bo mimo licznych sukcesów i czwartej dekady na światowych scenach, nikt rozsądny w jednym rzędzie z największymi tego świata twórcami rockowymi i popowymi ich nie postawi.

Dlaczego zatem uważam, że warto te koncerty zobaczyć? Bo Toto dziś to jeden z nielicznych reprezentantów tak zwanego eleganckiego popu, który opiera się na niezwykle solidnych, prostych (nie prostackich) kompozycjach, które są zawsze znakomicie zagrane i wyprodukowane, a tych wbrew pozorom, wcale nie dostajemy ostatnio wielu. Mimo graniczącego z obłędem tłoku w świecie muzyki pop, tak kompetentnych i utalentowanych artystów jest zdecydowany deficyt. Mam wrażenie, że to grupa, która mimo licznych talentów i sporego potencjału, gdyby dziś debiutowała, poległaby w rynkowych bojach z kretesem, o ile w ogóle jury któregoś „talent show” wpuściłoby ją na pole bitwy. Nigdy chyba nie mieli tak zwanego „pomysłu na siebie”. „Pomysł na siebie” to hasło-zjawisko, które z premedytacją zabija większość twórczych zapędów, bezlitośnie przemieniając młodych artystów w speców od własnego wizerunku i pi-arowców samych siebie. Dziś marketingowo – medialny „pomysł na siebie” zabija nie tylko artyzm i pociąg twórczy (kto ma bowiem czas na zapomnienie się w twórczym porywie, kiedy musi się głowić, nad tym, w jaki sposób „spodobać się mediom”), ale nawet tą solidną błyskotliwość, z której znane jest Toto. Kiedyś ta solidna błyskotliwość dawała im miejsce ledwie w ogonie największych, dziś, gdy ci najwięksi są już na emeryturach, a młodsze pokolenia ścigają się w innych, niż twórcze, wyścigach, Toto zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. To echo dawnej świetności muzyki rozrywkowej.

Ich ostatni album „XIV”, który zapewne będą mocno eksploatować na czerwcowych koncertach, brzmi niczym głos przeszłości. Nie dlatego, że to muzyka retro, ani nie dlatego, że wyprodukowany jest na modłę minionych epok muzycznych, ale dlatego, że to rock i pop-rock o elegancji, precyzji, melodyce i przestrzeni niemalże progresywnej. W dobie bardzo bolesnej banalizacji muzyki popularnej, jest to podejście skrajnie niemodne, ale też bardzo potrzebne. Numery jak „Runnig Out of Time”, „Orphan”, czy „The Little Things” nie zapiszą się co prawda wielkimi głoskami w historii muzyki – mam wrażenie, że takich kompozycji jeszcze dwadzieścia lat temu było mnóstwo – ale dziś w dobie muzyki „producenckiej”, w której obróbka studyjna w 70-80 % „robi” utwór, lśnią jak żywe diamenty, bo mało kto potrafi szarpnąć dobry riff, ułożyć kilka prostych akordów w coś niebanalnego, czy uszyć chwytliwą melodię. Mimo, że fanem Toto nigdy nie byłem, pójdę na wrocławski koncert, bo zawsze miałem wielką słabość do błyskotliwego popu, do eleganckich, dopracowanych kompozycji, do dobrych melodii, nośnych refrenów i coraz rzadziej niestety spotykanej muzycznej kompetencji. A Toto, choć zawsze tylko pretendowało do światowej czołówki, w każdej z tych muzycznych klasyfikacji, osiągało bardzo przyzwoite rezultaty. Nie wiem, czy fakt, że tak przyjemnie słucha się najnowszej płyty Toto wynika z faktu, że jest ona lepsza niż poprzednie, czy może raczej z tego, że prezentuje się ona dużo ciekawiej na tle aktualnej sceny nazwijmy to „komercyjnego rocka” i popu. Obie opcje są prawdopodobne, co nie zmienia faktu, że z biegiem czasu coraz cieplej myślę o Lukatherze i spółce. I najwyższy czas zobaczyć ich wreszcie na żywo.

Biografia Riverside – in progress

Uważam, że jedną z największych krzywd, jaką można wyrządzić cenionemu artyście, to pisząc biografię, przygotować mu bezkrytyczną laurkę. Nawet jeśli biograf jest zafascynowany twórczością, powinien umieć wyłączyć w sobie „fana” na czas pracy, by spojrzeć na pewne sprawy chłodnym obiektywnym okiem. Dla dobra własnej wiarygodności, dla dobra czytelnika i wreszcie dla dobra samego bohatera biografii. Jeśli jest nim artysta, to niezwykle istotne jest umiejętne wskazanie jego trudnych zmagań (wszak artysta musi się zmagać, zmagania to nieodłączna część procesu twórczego), a sprawne wskazanie potknięć, pomyłek, spadków formy twórcy, osadzone wśród „pochwał” za dzieła prawdziwie udane, doskonale obrazuje proces zmagań. Nie ma pisarza, który napisał tylko dobre, mądre książki, nie ma filmowca, który stworzył tylko ciekawe, udane filmy, nie ma muzyka, który choć raz w życiu nie zbłądził nagrywając płytę… Przekroczyłem półmetek biografii Riverside, jestem świeżo po „rozprawie” nad albumem „Rapid Eye Movement”, który jak każdy inny, zasłużył na obiektywne spojrzenie i wnikliwą analizę. Już wiem, że będzie to jeden z najbardziej kontrowersyjnych fragmentów tej książki… Jednym z tematów tej płyty jest „dualizm”, ale takiego „dualizmu”, jaki określi to wydawnictwo po latach chyba mało kto się spodziewa. Nawet w obozie grupy zdania na temat REM-u są podzielone.

Załączony filmik, to amatorskie nagranie „Cybernetic Pillow” z koncertu w Bułgarii z 2010 roku. Nawet w świecie progresji lubię proste, czterominutowe piosenki, ale zawsze miałem wrażenie, że temu numerowi brakowało takiego rozsądnego „odjazdu” (od 3:55), jaki pojawiał w się w koncertowych wersjach.

 

 

 

Steven Wilson – Hand. Cannot. Erase

Zachwycony i szczerze zauroczony „Hand. Cannot. Erase” Stevena Wilsona usiadłem do spisania kilku zdań i przemyśleń na temat tej płyty. Pewnie lada chwila zostanę zlinczowany (lub wyśmiany), bo chwalenie Wilsona od pewnego czasu jest passe, ale w myśl zasady „Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie”… trzeba pisać i mówić szczerze, zanim medialny jazgot zmiesza wszystko z błotem. Łącznie z muzyką. Read more