The Natural Born Chillers

TNBC1 (5)

 

Scena już pusta, bo dzisiejszy kameralny koncert The Natural Born Chillers zakończył się przed czasem interwencją policji… Obyło się na szczęście bez rozlewu krwi, użycia gumowych pałek i polewaczek, które i tak by do niewielkiego Art Cafe Kalambur nie wjechały, bo by się nie zmieściły. 

Mimo niespodziewanego finału warto było zobaczyć chociaż ten skrócony godzinny set, bo grupa jest niezwykle interesująca, szczególnie na żywo. TNBC w bardzo spójny sposób miesza stylistykę rockową i punkową z elektroniką i elementami transu i techno, czego efektem jest zadziorna, brudna muzyka psychodeliczna, taneczna, niemalże imprezowa, której najlepiej słucha się długimi blokami, niczym didżejskich setów dyskotekowych. Ciekawe to zjawisko na polskiej scenie rockowej. TNBC ma na koncie debiutancki longplej zatytułowany po prostu „TNBC”, wydany w 2014 roku nakładem Osterdam Records. Nie lubię tego określenia, bo marketingowcy zużyli je maksymalnie, ale akurat w tym przypadku warto go wykorzystać, bo pasuje – TNBS to powiew świeżości na polskiej raczej dosyć grzecznej i przewidywalnej scenie rockowej. Nie trzymają się kurczowo ram stylistycznych, grają bezpretensjonalnie, nikogo nie kopiują (a jeśli tak, to bardzo sprawnie, bo trudno się w tym połapać), trzymają dobry balans między dynamiką, a melodyką. Potrafią poruszyć, zahipnotyzować. Nie dziwię się, że chętnie współpracują z nimi reżyserzy teatralni. Ich muzyka, mimo rockowego charakteru i klubowego brzmienia i klimatu, jest bardzo plastyczna. Postaram się niebawem zmierzyć z materią i przygotować sensową recenzję.

Siedem lat temu w rzekobrzeżnym kalendarzu…

dvd reality dream

Siedem lat temu, 17 maja 2008 roku Riverside rejestrował swoje pierwsze oficjalne DVD. To był chyba najdłuższy koncert w historii zespołu. Na setlistę złożyło się 21 wykonań (19 utworów, dwa zagrane podwójnie), a całość łącznie z bisami i poprawkami trwała trzy godziny.

Pamiętam ten koncert głównie przez pryzmat niecodziennej atmosfery. Wówczas Riverside wiązał mi się ściśle z kameralnym klimatem i ciasnotą niewielkich klubów, w których najczęściej występował. Tymczasem łódzka Toya bez trudu przyjęła około tysiącosobową publikę (spokojnie przyjęłaby drugie tyle), a grupę gościła na dużej scenie, tak dużej, że Mariusz Duda swobodnie biegał wokół – sporej przecież – perkusji Mittloffa na początku utworu „Ultimate Trip”. Niestety nie można tego zobaczyć na DVD „Reality Dream”, gdyż tamto wykonanie nie trafiło na płytę. Dopiero teraz po kilku latach dowiedziałem się od Mittloffa, dlaczego zespół musiał zagrać ten numer raz jeszcze. W trakcie styczniowej rozmowy Mittek przyznał mi się, że miał źle ustawionego klika i przez to utwór ten został zagrany za wolno… Do dziś pamiętam konsternację panującą na opustoszałej już nieco widowni, gdy Mariusz wyszedł zza kulis już po zakończeniu koncertu i powiedział słowa, które na ułamek sekundy zmroziły wszystkim krew w żyłach. Nie nagrało się! – rzucił ze sceny, ale chyba trochę zbyt lekko, żeby na dłuższą metę nabrać fanów.

Być może gdyby wiedział, jakie problemy będą czekały zespół w związku z realizacją materiału wizualnego na potrzeby DVD, nie miałby ochoty na takie żarty ;) Bo choć koncert się nagrał, niebawem miało się okazać, że zarówno praca kamerzystów, jak i wizja montażystów tego DVD, pozostawiały sporo do życzenia. Na premierę „Reality Dream” przyszło wszystkim czekać prawie półtora roku, ale dobrze, że w ogóle te nagrania się ukazały. Z przyjemnością wracam do nich (przyznaje się, raczej do płyt audio), choćby dla znakomitych wykonań „Volte-Face”, „Parasomnii”, czy „Panic Room”.

Choć „Reality Dream” pozostaje oczywiście sympatyczną pamiątką po trylogii, to jednak czas już chyba najwyższy na następne tego typu wydawnictwo. Obiło mi się o uszy, że może na najbliższej trasie zdarzy się koncert z panami kamerzystami. No i matematyka kalendarza potwierdza, że już czas. Łódzki koncert odbył się w siódmym roku istnienia Riverside, po trzecim dużym albumie, od 2008 do dziś minęło kolejne siedem lat, lada chwila dostaniemy album numer sześć… No jakby nie liczyć – wychodzi, że potrzebne jest nowe DVD.

 

Toto – solidność w cenie

Za miesiąc z małym okładem do Polski przyjeżdża Toto. Na jeden wieczór do Wrocławia (23.06), na jeden do Warszawy (24.06). Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu i ciągle mam nieco mieszane uczucia wspominając całą jego dyskografię. Powiedziałbym, że to „najprzeciętniejszy” zespół z tych najciekawszych w historii rocka, ewentualnie najciekawszy z tych przeciętnych. Zawsze gdzieś pomiędzy, jakby balansowali między ekstraklasą, a drugą ligą.

Natrzaskali trochę przebojów, ale mieli w sobie też coś takiego, że tak zwany „masowy słuchacz” jakoś niespecjalnie zwracał na nich uwagę. Gdy w radiu leci „Radio Ga-ga” wszyscy wiedzą, że to Queen, gdy dają „Sacrifice” nawet kompletny ignorant rozpoznaje Eltona Johna, ale kiedy w trackliście znajdzie się „Rosanna”, „Hold the Line”, czy „Africa” to ludziska wiedzą, że znają, nawet zanucą, ale „kto to śpiewa” już nie bardzo kojarzą. Być może przez to, że w Toto nigdy nie wykluł się frontman na miarę stadionu Wembley, a być może to syndrom side-manów, wszak Toto założyli w połowie lat siedemdziesiątych znakomici muzycy sesyjni, którzy uznali, że praca na sukces innych artystów to zbyt mało, że stać ich na więcej. I faktycznie, panowie Lukather, Porcaro i ich kompani, potwierdzili że nie tylko mają mega sprawne palce, ale też płodne głowy, bo pisać potrafili może nie wybitnie, ale błyskotliwie i przebojowo, a nawet z klasą. Sprzedali coś koło 30 milionów płyt, ale w głębi serca chyba jednak pozostali side-manami, bo mimo licznych sukcesów i czwartej dekady na światowych scenach, nikt rozsądny w jednym rzędzie z największymi tego świata twórcami rockowymi i popowymi ich nie postawi.

Dlaczego zatem uważam, że warto te koncerty zobaczyć? Bo Toto dziś to jeden z nielicznych reprezentantów tak zwanego eleganckiego popu, który opiera się na niezwykle solidnych, prostych (nie prostackich) kompozycjach, które są zawsze znakomicie zagrane i wyprodukowane, a tych wbrew pozorom, wcale nie dostajemy ostatnio wielu. Mimo graniczącego z obłędem tłoku w świecie muzyki pop, tak kompetentnych i utalentowanych artystów jest zdecydowany deficyt. Mam wrażenie, że to grupa, która mimo licznych talentów i sporego potencjału, gdyby dziś debiutowała, poległaby w rynkowych bojach z kretesem, o ile w ogóle jury któregoś „talent show” wpuściłoby ją na pole bitwy. Nigdy chyba nie mieli tak zwanego „pomysłu na siebie”. „Pomysł na siebie” to hasło-zjawisko, które z premedytacją zabija większość twórczych zapędów, bezlitośnie przemieniając młodych artystów w speców od własnego wizerunku i pi-arowców samych siebie. Dziś marketingowo – medialny „pomysł na siebie” zabija nie tylko artyzm i pociąg twórczy (kto ma bowiem czas na zapomnienie się w twórczym porywie, kiedy musi się głowić, nad tym, w jaki sposób „spodobać się mediom”), ale nawet tą solidną błyskotliwość, z której znane jest Toto. Kiedyś ta solidna błyskotliwość dawała im miejsce ledwie w ogonie największych, dziś, gdy ci najwięksi są już na emeryturach, a młodsze pokolenia ścigają się w innych, niż twórcze, wyścigach, Toto zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. To echo dawnej świetności muzyki rozrywkowej.

Ich ostatni album „XIV”, który zapewne będą mocno eksploatować na czerwcowych koncertach, brzmi niczym głos przeszłości. Nie dlatego, że to muzyka retro, ani nie dlatego, że wyprodukowany jest na modłę minionych epok muzycznych, ale dlatego, że to rock i pop-rock o elegancji, precyzji, melodyce i przestrzeni niemalże progresywnej. W dobie bardzo bolesnej banalizacji muzyki popularnej, jest to podejście skrajnie niemodne, ale też bardzo potrzebne. Numery jak „Runnig Out of Time”, „Orphan”, czy „The Little Things” nie zapiszą się co prawda wielkimi głoskami w historii muzyki – mam wrażenie, że takich kompozycji jeszcze dwadzieścia lat temu było mnóstwo – ale dziś w dobie muzyki „producenckiej”, w której obróbka studyjna w 70-80 % „robi” utwór, lśnią jak żywe diamenty, bo mało kto potrafi szarpnąć dobry riff, ułożyć kilka prostych akordów w coś niebanalnego, czy uszyć chwytliwą melodię. Mimo, że fanem Toto nigdy nie byłem, pójdę na wrocławski koncert, bo zawsze miałem wielką słabość do błyskotliwego popu, do eleganckich, dopracowanych kompozycji, do dobrych melodii, nośnych refrenów i coraz rzadziej niestety spotykanej muzycznej kompetencji. A Toto, choć zawsze tylko pretendowało do światowej czołówki, w każdej z tych muzycznych klasyfikacji, osiągało bardzo przyzwoite rezultaty. Nie wiem, czy fakt, że tak przyjemnie słucha się najnowszej płyty Toto wynika z faktu, że jest ona lepsza niż poprzednie, czy może raczej z tego, że prezentuje się ona dużo ciekawiej na tle aktualnej sceny nazwijmy to „komercyjnego rocka” i popu. Obie opcje są prawdopodobne, co nie zmienia faktu, że z biegiem czasu coraz cieplej myślę o Lukatherze i spółce. I najwyższy czas zobaczyć ich wreszcie na żywo.

Biografia Riverside – in progress

Uważam, że jedną z największych krzywd, jaką można wyrządzić cenionemu artyście, to pisząc biografię, przygotować mu bezkrytyczną laurkę. Nawet jeśli biograf jest zafascynowany twórczością, powinien umieć wyłączyć w sobie „fana” na czas pracy, by spojrzeć na pewne sprawy chłodnym obiektywnym okiem. Dla dobra własnej wiarygodności, dla dobra czytelnika i wreszcie dla dobra samego bohatera biografii. Jeśli jest nim artysta, to niezwykle istotne jest umiejętne wskazanie jego trudnych zmagań (wszak artysta musi się zmagać, zmagania to nieodłączna część procesu twórczego), a sprawne wskazanie potknięć, pomyłek, spadków formy twórcy, osadzone wśród „pochwał” za dzieła prawdziwie udane, doskonale obrazuje proces zmagań. Nie ma pisarza, który napisał tylko dobre, mądre książki, nie ma filmowca, który stworzył tylko ciekawe, udane filmy, nie ma muzyka, który choć raz w życiu nie zbłądził nagrywając płytę… Przekroczyłem półmetek biografii Riverside, jestem świeżo po „rozprawie” nad albumem „Rapid Eye Movement”, który jak każdy inny, zasłużył na obiektywne spojrzenie i wnikliwą analizę. Już wiem, że będzie to jeden z najbardziej kontrowersyjnych fragmentów tej książki… Jednym z tematów tej płyty jest „dualizm”, ale takiego „dualizmu”, jaki określi to wydawnictwo po latach chyba mało kto się spodziewa. Nawet w obozie grupy zdania na temat REM-u są podzielone.

Załączony filmik, to amatorskie nagranie „Cybernetic Pillow” z koncertu w Bułgarii z 2010 roku. Nawet w świecie progresji lubię proste, czterominutowe piosenki, ale zawsze miałem wrażenie, że temu numerowi brakowało takiego rozsądnego „odjazdu” (od 3:55), jaki pojawiał w się w koncertowych wersjach.

 

 

 

Steven Wilson – Hand. Cannot. Erase

Zachwycony i szczerze zauroczony „Hand. Cannot. Erase” Stevena Wilsona usiadłem do spisania kilku zdań i przemyśleń na temat tej płyty. Pewnie lada chwila zostanę zlinczowany (lub wyśmiany), bo chwalenie Wilsona od pewnego czasu jest passe, ale w myśl zasady „Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie”… trzeba pisać i mówić szczerze, zanim medialny jazgot zmiesza wszystko z błotem. Łącznie z muzyką. Read more

Odkurzanie dźwięków

Przyjemnie i owocnie siedzi się nad biografią, która niemalże zmusza do hurtowego słuchania dobrej, różnorodnej, albo chociaż rzadko słuchanej na co dzień muzyki. Co kilka dni przychodzi takie popołudnie, kiedy trzeba założyć słuchawki na głowę i odpłynąć na kilka godzin w świat post-progresywnych dźwięków z ubiegłej dekady. I nie mam tu na myśli płyt Riverside, bo to, że one grają mi od kilku tygodni niemal bez przerwy, po kilka godzin dziennie, to „oczywista oczywistość…” Dla poszerzenia perspektywy trzeba zapoznać się z wydawnictwami „spokrewnionymi”, czyli np. z wszelkim rockowym narybkiem działającym w Polsce dekadę temu. No i przede wszystkim z zagraniczną post-progresywną konkurencją, bo Riverside od sukcesu „SLS” należy rozpatrywać raczej w kontekście wydarzeń międzynarodowych. Siedzę obecnie w samym środku ubiegłej dekady.  Wbrew rockowym ortodoksom powiem, że to nie był tak tragiczny czas dla muzyki, jak to się powszechnie uważa. Read more

Czysta karta

Marudziłem nieco pod koniec ubiegłego roku, bo i miałem powody do marudzenia. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy kilka rzeczy boleśnie mnie rozczarowało… Rok 2014 (niech mu pył historycznej niepamięci lekki będzie) przeszedł do historii. Było minęło. Nie chcę się nad nim specjalnie znęcać, bo mimo wszystko, oprócz brzemiennych w skutki problemów, przyniósł też kilka pozytywnych wydarzeń. Niestety niespodziewane kłopoty mojego wydawcy siłą rzeczy dotknęły również mnie. Głównie dlatego w ubiegłym roku nie ukazała się moja druga powieść. Kryminał „Plagiat (W imię matki)” jest gotowy od kwietnia i gdyby nie turbulencje wydawnicze niezależne ode mnie, już od kilku miesięcy zapewne czekałby na czytelników w księgarniach. Stało się, jak się stało. Na razie kryminał czeka ale w szufladzie na nowego wydawcę (rozmowy trwają). W życiu nie ma przypadków, a wszystko co się dzieje ma swoje powody, konsekwencje i przeznaczenia, o których nam, zwykłym, krótkowzrocznym śmiertelnikom zwykle nawet się nie śni. Pogodziłem się z tym już jakiś czas temu i nauczyłem nie szarpać z byle powodu (szarpanie z „nie byle powodu” też nie zawsze jest mądre, o czym zaświadczy każdy, kto zabłądził kiedyś na grzęzawisku, a polski rynek wydawniczy jest rodzajem grzęzawiska, nie da się ukryć…). Read more

Riverside. Dorzecza

„Signify” Porcupine Tree to jeden z ważniejszych albumów (i utworów) dla genezy powstania zespołu Riverside. Piotr ‚Mittloff’ Kozieradzki 10 października 2000 roku pojechał na koncert Dream Theater do krakowskiej Hali Wisły. Jako zdeklarowany metalowiec, mający jednak pewną słabość do progresji, interesował się DT od początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wiedział jednak, że w Krakowie przed DT zagra support. Tym bardziej nie mógł wiedzieć, że ów support zrobi na nim tak kolosalne wrażenie. Porcupine Tree przeformatował wówczas jego myślenie o progresji i o muzyce rockowej w ogóle.

Read more