RIVERSIDE. Love, Fear and the Time Machine (recenzja)

 

Love fear okładka

Kompresja bezstratna

Droga większości najbardziej utalentowanych grup progresywnych nie ogranicza się tylko do eksploracji wypracowanego stylu, ale wiąże się też z nieustanną ewolucją kompozytorsko – wykonawczą. Riverside mimo licznych powiązań stylistycznych i inspiracji, właściwie od samego początku cechował się własnym pomysłem na muzykę. Pomysłem charakterystycznym, ale też bardzo „plastycznym”, podatnym na zmiany. Gdy ukazał się album „Second Life Syndrome” trudno było nie zauważyć, że Riverside doprowadził do perfekcji swój oryginalny, „startowy” pomysł na spójne połączenie skrajnych stylistyk neoprogresywnej i progmetalowej. Gdyby charakter zespołu nie był progresywny, a styl nastawiony na ewolucję, byłby to ostatni udany album w dorobku Riverside (albo i ostatni w ogóle). Cztery lata później ukazała się płyta „Anno Domini High Definition” i wówczas nie dało się nie zauważyć, że grupa po raz drugi nagrywając materiał wybitnie udany, znów dotarła do ściany – że dynamiczniej, szybciej i ciężej w obrębie tego stylu już się nie da. Warto zwrócić uwagę, że w obu przypadkach obie te szczytowe płyty poprzedzały albumy w pewnym sensie nakreślające nowe kierunki, przygotowujące do dzieła głównego („Out of Myself” i „Rapid Eye Movement”). Dwa i pół roku temu „Shrine of New Generation Slaves” ukazał nową drogę. Ruszył proces muzycznej kompresji. Zespół, który dotychczas najszerszą i najbarwniejszą paletę możliwości ukazywał w kilkunastominutowych kompozycjach, rozpoczął rewolucję konstrukcyjną, której cel stanowiło przekazanie wszystkich swoich atutów w krótszych formach. „SoNGS” był trzecim po „Out of Myself” i „Rapid Eye Movement” albumem badającym grunt, przygotowującym do dzieła głównego. „Love, Fear and the Time Machine” jest krokiem naprzód w stosunku do „SoNGS”, rozwija i precyzuje rozpoczęty na poprzedniej płycie proces przenoszenia rozmachu i gęstości nowoczesnej progresji z formy suity, do sześcio – ośmiominutowej kompozycji. To „uproszczenie”, które przyniosła w pewnym stopniu „SoNGS”, a teraz już w pełnej krasie prezentuje „Love, Fear and the Time Machine”, można określić mianem „kompresji bezstratnej”. „Kompresji” – bo utwory są krótsze, dźwięków w sumie mniej – ale „bezstratnej”, bo muzyce żadna krzywda się nie stała. Wręcz przeciwnie. Riverside który zawsze imponował „porządkiem” zarówno w obrębie kompozycji, jak i w konstrukcji całych albumów, nigdy wcześniej nie był tak dobrze poukładany instrumentalnie, tak konkretny, tak „trafny”. Na tej płycie nie ma chyba jednego zbędnego dźwięku.

Na „Love, Fear and the Time Machine” znajduje się dziesięć kompozycji, całość trwa dokładnie godzinę (szósta płyta, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut muzyki). Po raz pierwszy na regularnym albumie Riverside znajduje się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy żadna z nich nie trwa powyżej dziesięciu minut. Tym razem optymalny czas dla kompozycji to około sześciu – siedmiu minut i w tych „dystansach” grupa serwuje różne formy konstrukcyjne. Są tu oczywiście formy piosenkowe, gdzie atutem są nośne refreny, jak choćby otwierający „Lost (Why I Should Be Frightened By a Hat?)”, przebojowy „Discard Your Fear”, czy mega-przebojowy „#Addicted”, ale są też formy nieco inaczej zbudowane, a przy tym niewiele dłuższe. Dużo o nowym pomyśle stylistycznym Riverside mówią dwa utwory: „Caterpillar and the Barbed Wire” i „Saturate Me” (tracki nr cztery i pięć, kto wie, czy wraz z trzecim „#Addicted” nie jest to najlepszy fragment albumu). W obu mamy zarówno błyskotliwe fragmenty „piosenkowe”, jak i doskonałe partie instrumentalne. Szczególnie interesujący jest ten pierwszy numer: zbudowany wokół mięsistego basowego riffu, z jednej strony zawiera wiele klasycznych elementów rozpoznawalnego stylu Riverside, ale też zaskakuje kilkoma ciekawymi nowinkami (nietypowe dla grupy rozegranie refrenów). Utwór wieńczy wyborny dwuminutowy instrumental, w którym kwartet mocno rozwija skrzydła (monumentalna partia Łapaja na tle „krzyczącej” gitary Grudzińskiego i wyeksponowanej, łamiącej rytm sekcji). W pełnym kontrastów „Saturate Me” jest odwrotnie: utwór otwiera partia instrumentalna, która przypadnie do gustu tym, którzy wolą Riverside w zadziorniejszej, bardziej demonicznej formie (porykuje tu Hammond, gitary biczują ciętymi riffami). Wraz z pojawiającym się wokalem Dudy numer łagodnieje, robi się przestrzennie. W siedmiu minutach grupa eksponuje tu wiele swoich największych atutów – bogactwo melodyczne zarówno w liniach wokalnych, jak i w krótkich partiach solowo-instrumentalnych, tendencje do gwałtownych zmian dynamiki (od elementów hard/progmetalowych aż po niuanse niemalże ambientowe).

Album sprawia wrażenie, jakby składał się z dwóch części. Pierwsza połowa (pięć numerów, do „Saturate Me” włącznie) jest dynamiczniejsza, cięższa. Na szóstym tracku umieszczono mroczny, leniwy „Afloat” sprawiający wrażenie punktu granicznego, bufora między pierwszą, a drugą częścią płyty. Ten numer przerywa ciąg dynamiczniejszych utworów. Album od tego momentu powoli będzie się wyciszał, choć siódmy „Discard Your Fear” jest numerem jeszcze dosyć energetycznym, a w ósmym „Towards the Blue Horizon” znajdują się fragmenty również bardzo drapieżne. Przy tym drugim numerze warto się na chwilę zatrzymać, bo to najdłuższa tutaj kompozycja i przede wszystkim nieszablonowo skonstruowana. Otwiera ją żwawa partia gitary akustycznej i delikatny śpiew Dudy, ale nie jest to typowa riversajdowa ballada, do jakich przyzwyczaił nas zespół. Całość rozwija się, dołącza piano Łapaja i ostrożna perkusja Piotra Kozieradzkiego. W czwartej minucie utwór zupełnie zmienia charakter. Znika początkowa akustyczna sielanka, a wraz z zaborczą partią gitary Grudzińskiego i posępnymi akordami klawiatur, utwór przenosi się w rejony niemalże progmetalowe. Prawdziwie burzliwy jest ten fragment instrumentalny, ale tak jak po burzy nagle potrafi wyjrzeć słońce, tak i tu kompozycja niezauważalnie wraca do balladowej sielanki, by… na koniec znów postraszyć histeryczną zagrywką gitary Grudzińskiego i mrocznymi akordami klawiatur Łapaja. Istny rollercoster. Album wieńczą dwie ballady ostatecznie zwalniające tempo i wyciszające album. „Time Travellers” to najlepsza akustyczna ballada Riverside od czasów… hmmm… no właśnie. Powiedziałbym, że takiego cudeńka nie było od „The Time I Was Daydreaming”, a kto wie, może nawet od „In Two Minds”. Na „dobranoc” dostajemy balladę „z prądem”, której charakter może pełnić rolę wizytówki nastroju całego albumu. Określiłbym go mianem „smutnego optymizmu”, mocno podlanego nostalgią. Album wieńczą zatem dwie ballady, ale jakże inne – zasadniczo różniące się od siebie, jak również od poprzednich ballad w dorobku Riverside.

Nie ma na tym albumie żadnego „długasa”, żadnej klasycznej progresywnej suity, żadnego następcy „Second Life Syndrome”, czy „Left Out”, a mimo to album jest kompletny. Pamiętam opowieści Mariusza Dudy o tym, jak powstawał poprzedni album „SoNGS”. Płyta była już prawie gotowa, zespół miał wchodzić do studia, ale w repertuarze czegoś brakowało. Mariusz widział, że w kulminacyjnym momencie albumu jest jakaś wyraźna luka, dlatego w ostatnich dniach przed nagraniami powstał dwunastominutowy „Escalator Shrine”, który ostatecznie stał się szczytowym fragmentem płyty. Jasne jest więc, że jeszcze wówczas nie udało się udźwignąć całego albumu krótszymi numerami. Tym razem, jak widać, nie było już tego problemu. Zespół potrafił zawrzeć wszystko, co najciekawsze w kompozycjach sześcio – siedmiominutowych, nie wytrącając sobie przy tym żadnych najważniejszych atutów.

Cieszyć może też łatwo zauważalna dojrzałość wykonawcza. Bo skoro tym razem album miał być w większym stopniu podporządkowany „kompozycji”, to nie mogło tu zabraknąć wzmożonej dyscypliny instrumentalnej. Czasy nadpobudliwych szaleństw instrumentalnych z okresu „ADHD” minęły. Hammondy – znak rozpoznawczy Michała Łapaja – są tu złapane na krótką smycz. Michał nie gra tylu solówek co zwykle, a jego partie są wyważone, często nieco wycofane, mniej narzucające się, głęboko siedzące w ramach kompozycji. Inaczej gra też Piotr Kozieradzki, którego „przejścia” można policzyć na palcach jednej ręki. Jego styl gry został wyraźnie „przystrzyżony”, z korzyścią dla przejrzystości tych utworów. Takie „odchudzenie” partii poszczególnych instrumentów nie zaszkodziło kompozycjom – i tak są gęste i dużo się w nich dzieje – a świadczy o bardzo rozsądnej dojrzałości, jaka ujawniła się już poniekąd na „SoNGS”, a tu widać ją już chyba w pełnej krasie.

W związku z ukróceniem klawiszowych szaleństw Łapaja, album jawi się jako bardziej gitarowy. Odnoszę wrażenie, że Piotr Grudziński przygotowując partie gitar wyraźnie zmniejszył oczka w sicie, przez które przepuszcza swoje pomysły. I choć rola gitar również została nieco „skompresowana”, to nadal ten sam wszechstronny „Grudzień” potrafiący, jak mało kto, połączyć melodykę z dynamiką. W jego stylu gry pojawiły się nowe odcienie brzmieniowo – emocjonalne, bo wśród zabarwień neoprogresywnych, progmetalowych i hardrockowych, do których zdążył nas już przyzwyczaić, znalazły się też tym razem ostrożne wpływy post-rockowe. Paleta barw Piotra Grudzińskiego robi się coraz bogatsza, co w zestawieniu z również bardzo szeroką skalą możliwości Łapaja sprawia, że Riverside jawi się dziś jako zespół posiadający gigantyczne możliwości melodyczno – harmoniczne (patrz fragment instrumentalny „Caterpillar and the Barbed Wire”!).

Warto też zwrócić uwagę na nowe odcienie w palecie barw emocjonalnych muzyki Riverside. Wiadomo, że zespół od zawsze miał ambicję, aby łączyć różne, skrajne „żywioły” i stany emocjonalne. Hasło: „szept i krzyk, smutek i radość” towarzyszyło Riverside już w czasach trylogii. Długo był kłopot z delikatniejszym szkicowaniem stanów pośrednich, wymagających lekkiego niedopowiedzenia, i z „radością”, która sprawiała wrażenie stanu dla Riverside co najmniej trudno uchwytnego. Na „SoNGS” pojawił się „Feel Like Falling” przełamujący lekko tę barierę, na „Love, Fear and the Time Machine” jest „#Addicted”, numer brzmiący, jakby do worka stylistycznego Riverside ktoś dorzucił dwie solidne garstki stylu The Cure (szarpliwy riff basowy, dynamika) i stylu A-ha (linie wokalne w refrenach). Dużo tu światła, nieco lżejszego i właśnie niemalże radosnego grania. Przyjemną lekkość ma w sobie też ostatni „Found (The Unexpected Flaw of Searching) ” – choć cechuje go nostalgia spod znaku Pink Floyd, jest tu jaśniej, optymistyczniej.

Mariusz Duda, który tym razem podpisał się jako autor nie tylko tekstów, ale w ogóle wszystkich kompozycji, serwuje kilka bardzo mocnych, charakterystycznych i niebanalnych basowych riffów, często pełniących rolę punktu startowego i fundamentu utworów. Tak jest choćby w motorycznym „#Addicted”, gęstym „Caterpillar and the Barbed Wire”, czy znanym już „Discard Your Fear”. Wokale Dudy w przeważającej większości są łagodne, celowo odciążają zwykle dosyć gęstą sferę instrumentalną (najwyraźniej słychać to w drugiej części „Saturate Me”, gdzie na dynamicznej i gęstej „ścianie” dźwięku Duda podaje lekką, wieńczącą dzieło melodię).

Sferę konceptualno – tekstową określiłbym właśnie tak, jak określiłem charakter ballady „Found”, czyli jasne, w pewnym sensie dosyć optymistyczne spojrzenie na nostalgię. Nostalgię za latami minionymi. Kierunkuje nas tu głównie tekst ballady „Time Travellers”, w której Duda śpiewa: Wróćmy w świat / sprzed trzydziestu lat / I uwierzmy, że to był nasz czas. Celem podróży tej „Maszyny czasu” są więc lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie jest to jednak tęsknota za komuną i PRL-em, ale nostalgia za swoistą prostotą i logiką ówczesnych relacji, za tą wolną przestrzenią dla wyobraźni, której jeszcze wówczas nie zawłaszczyły sobie cuda nowoczesnej techniki i komunikacji, za czasami, kiedy dzieciaki nie miały smartfonów i playstation, ale potrafiły się świetnie bawić na byle trzepaku. Ta dosyć jasna, nieprzytłaczająca nostalgia za przeszłością, za okresem beztroskiego dzieciństwa określa część tekstów, choćby otwierający „Lost”, czy „Towards the Blue Horizon”. W „Saturate Me” i „#Addicted”, numerach stosownie dynamiczniejszych, pojawia się z kolei temat zagubienia człowieka w teraźniejszości, w czasach ponowoczesnego chaosu, co logicznie kontrastuje z nostalgią za poukładanym światem dzieciństwa. Jak zwykle u Dudy sporo tu błyskotliwych zwrotów („I-crowd patterns” pasowałby do nieformalnej „trylogii tłumu”, której album miał być częścią) i spostrzeżeń podanych nie-nachalną, sugestywną poetyką.

Czy to najlepszy album w dorobku Riverside? Pod względem realizacji założeń konceptualnych, konsekwencji rozwoju stylistycznego i jakości samego materiału jest to niewątpliwie jedno ze szczytowych dokonań grupy. Riverside stając się zespołem dojrzałym i konkretnym, nie utracił nic ze swojego entuzjazmu, rozmachu, błyskotliwości, wrażliwości na detale, rockowej mocy, progresywnej inteligencji i precyzji. Kompresja bezstratna. I tak naprawdę nie ma co wracać trzy dekady, do lat osiemdziesiątych. Czasy Riverside są na pewno tu i teraz, bo niewielu artystów na muzycznej scenie świata tak dobrze dziś rozumie problemy i rozterki współczesnego człowieka, jak panowie z Rzekibrzegu.

 

Toto, Wrocław 23.06.2015

Toto foto1[1]

Trochę szkoda, że bez Simona Phillipsa, trochę żal, że bez Nathana Easta, ale i tak Lukather, Porcaro i spółka dali radę. Zespół Toto w pochmurne wtorkowe popołudnie bez trudu poderwał wypełnioną mniej więcej w 80 procentach wrocławską Orbitę. Dwie godziny grania, oszczędna scenografia, bardzo dobry dźwięk, perfekcyjne wykonania – Toto jest w wybornej formie. Naprawdę miło ich było zobaczyć w tak dobrze dobranym repertuarze, zabezpieczonym kilkoma światowymi mega przebojami (Rosanne, Africa, Hold the Line) ale też odważnie odświeżonym premierowymi numerami z najnowszej płyty (pięć kawałków, w tym starter „Running Out of Time”, efektowny koncertowy rocker „Orphan” i bodaj najlepszy na krążku „Great Expectations”). Szkoda, że coraz mniej takiego eleganckiego pop-rocka w świecie dzisiejszej muzyki. Tego typu koncerty to coraz rzadsza niestety okazja, aby przekonać się, jak finezyjny i błyskotliwy może być muzyk uprawiający muzykę pop. Oby artyzm pop-rocka nie zniknął ze światowych scen wraz z takimi ekipami jak Toto.

 

Toto foto2[1]

A wracając do koncertu: w Orbicie było wszystko czego można oczekiwać od rockowej imprezy. Było kilka odśpiewanych przez setki gardeł hitów, były ze dwa-trzy odjazdy improwizacyjne, znamienne dla Toto, z lekka jazzowe. Były gitarowe solówki Lukathera, który zawsze się trochę popisze, ale i tak celuje w tym, aby jego wirtuozerskie partie przede wszystkim „grały” dla zespołu i „niosły” zgrabnie skomponowane piosenki. Były owacje, podwójne bisy i wspólnie zaśpiewana „Africa” na wielki finał. Spory kawał pięknej historii muzyki odwiedził Wrocław i miał tu swoje małe święto.

 

Okrągły przekręt – korupcyjne zło przyszło z „Europy”

okragly-przekret-okladka

Minęły dwa lata od premiery mojej powieści „Okrągły przekręt”, zmyślonej historii – wizji odradzania się procederu korupcyjnego w polskim futbolu, wizji w której zło przychodzi z zewnątrz, z tak zwanej „Europy”. Psy mogą szczekać, pisarze pisać, a karawana jedzie dalej… tak jakoś mi się skojarzyło obserwując ostatnie wydarzenia wokół (i wewnątrz) FIFA i pana Seppa Blattera…

Lipiec 2011, Marsylia

 Restauracja Fruit d’Amour mogła mylić nazwą potencjalnych klientów. Szyld „Owoc miłości” mógłby kusić młode zakochane pary mające ochotę na niezbyt drogi, wegetariański posiłek. Tymczasem we Fruit d’Amour ani nie serwowano owoców, ani nie liczono na romantyczną klientelę. Młode pary, także ze względu na ceny, raczej omijały ten lokal szerokim łukiem. Zakochani nie mieli tu czego szukać. Chyba, że zakochani w sobie lokalni politycy i biznesmeni bywający w „Owocu miłości” z nadzieją na udany finansowy „romans”, lub „podniecającą” fuzję. Tak czy inaczej Fruit d’Amour wbrew nazwie należał do grupy lokali biznesowych.

Adrian Kotowski kończył posiłek. Odkładając sztućce i wycierając błyszczące od tłuszczu usta, nie myślał o romansach, finansach czy fuzjach. Był pełen obaw. Modlił się w duchu, żeby za chwilę nie doszło do brzemiennego w skutki rozstania. Spojrzał na siedzącego naprzeciw towarzysza. Pierre Blanc miał resztki sosu na wardze, co zabawnie kłóciło się z jego arcypoważną miną i takąż funkcją zawodową. Ale kto powiedział, że prawa ręka prezydenta europejskiej federacji piłkarskiej nie może pobrudzić ust jedzeniem? Wyglądał być może nieco zabawnie, ale Kotowskiemu wcale nie było do śmiechu. Miał tremę, jak sztubak przed ważnym egzaminem. Z Blankiem nigdy nie rozmawiało mu się łatwo, nawet wówczas, gdy ten był jego trenerem w Marsylii. Pierre to trudny rozmówca i jeszcze trudniejszy negocjator, poinformował Kotowskiego jakieś dziesięć lat temu menedżer załatwiający jego transfer do francuskiego klubu. Ma silny charakter, cięty dowcip, bogaty słownik, dzięki czemu może odważnie argumentować swoje kontrowersyjne poglądy.

Już pierwszy wspólny trening potwierdził te słowa. Kotowski, mimo że trafiał do Marsylii w glorii świeżo upieczonego mistrza Polski, jako gracz reprezentacji, od razu został sprowadzony do parteru. Ale później było lepiej. Popularny Adi udowodnił, że ma ogromny talent, a Blanc to docenił. Doceniał piłkarski talent Kotowskiego, polubił go jako człowieka. Zaprzyjaźnili się, a ich znajomość przetrwała, nawet mimo że Kotowski po dwuletnim pobycie w Marsylii musiał przedwcześnie zakończyć karierę i wrócić do Polski. Blanc mniej więcej w tym samym czasie tylko sobie znanym sposobem awansował z funkcji trenera do roli piłkarskiego „polityka”, trafiając na eksponowane stanowisko w federacji piłkarskiej. To on nam załatwił Euro, Kotowski przekonywał kolegów z Polskiej Federacji Piłkarskiej, wiedząc, że odrobinę przesadza. Ale tylko odrobinę.

– Smakowało, Adi? – zagaił Pierre Blanc, uwalniając chusteczką wargi od resztek sosu.

– Wyborna – pochwalił Adrian Kotowski, umiejętnie tłumiąc napięcie. – Kto by pomyślał, że makaron z warzywami może być aż tak dobry.

– Wegetariańska lasagne to u nas ostatnio bardzo popularne danie, mimo że włoskie i podobno plebejskie…

Stuknęli się kielichami wypełnionymi sześcioletnim Solar De Samaniego, ulubionym winem Blanca.

– No to, na dobre trawienie! – zaproponował Francuz.

– Na zdrowie i za to miłe spotkanie!

Chłodne wytrawne wino było niczym kojący balsam łagodzący przełyk po przemarszu solidnie przyprawionej potrawy. Odstawili kieliszki i niemal równocześnie głęboko westchnęli. Czekała ich trudna rozmowa.

– Dawno u nas nie byłeś, Adi. Marsylia stęskniła się za tobą.

– Tęsknię nie mniej niż Marsylia, uwierz mi Pierre, ale multum spraw zawodowych… zresztą, sam wiesz.

Blanc pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Pewnie nawet nie słyszałeś, ale znalazłeś się w naszej lokalnej alei legend. Twoje zdjęcie od kilku tygodni wisi obok największych marsylskich piłkarzy. Ostatnio też francuska telewizja przygotowała film dokumentalny o twoim pobycie tutaj. Pamięć twoich piłkarskich wyczynów ciągle żywa!

– To bardzo miłe. – Niejednoznaczny grymas wykrzywił Kotowskiemu twarz. – Moja pamięć piłkarskich wyczynów sprowadza się głównie do bolącej nogi i świadomości, że nadal mam śrubę w kolanie.

– Ech, nie przesadzaj! – żachnął się z uśmiechem Francuz. – Znam chłopaków, którzy po takim złamaniu kuśtykają o kulach. A ty śmigasz, jak zdrowy junior.

Do stolika podeszła kelnerka i uzupełniła im kieliszki.

– Dużo masz roboty w federacji jako menedżer? Twoi koledzy mówią o tobie eminence grise. – Francuz zamyślił się na moment. – Jak to u was tłumaczą? Shahra eminensja…

– Tak – zaśmiał się Kotowski. – Jestem szarą eminencją, bo oszczędzają pieniądze na etatach. Tak swoją drogą, o tobie też tak mówią.

Obaj parsknęli szczerym śmiechem.

– To zabawne – Blanc sięgnął po kieliszek – ale teraz częściej to ja bywam u ciebie, niż ty odwiedzasz stare francuskie kąty. Świat się zmienia. Muszę jednak zaznaczyć, że wcale mnie to nie dziwi. Piękniejecie. Po tej starej, szaroburej Polsce to już chyba nic nie zostało.

– Polska już w latach dziewięćdziesiątych przestała być szarobura.

– No tak. – Francuz skinął głową i upił łyk wina. – Pokolorowało was po osiemdziesiątym dziewiątym, ale pamiętam, że w tych pozornych kolorach jeszcze długo brakowało jakości. Teraz naprawdę u was zrobiło się pięknie.

– To piękno jest nadal powierzchowne. Dużo mamy do zrobienia, poprawienia, wybudowania.

Polak spojrzał wyczekująco. W jego słowach kryła się wyraźna sugestia.

– Będzie dobrze. – Blanc odstawił kieliszek.

Kotowski spojrzał na niego zdziwiony.

– Będzie dobrze? – zapytał. – To powiedz mi, Pierre, dlaczego tydzień temu dzwonił do mnie człowiek z PFP i powiedział coś zupełnie innego. Mianowicie, że nie będzie dobrze, a wręcz przeciwnie, że jest źle.

– Widzisz, Adi. – Francuz westchnął znacząco – Wy, Polacy, myślicie, że wybudujecie stadiony i to wystarczy. Pal licho, że mieliście wybudować trzy razy więcej autostrad i dróg, że ciągle jest za mało hoteli, a te, które są, nie zawsze zasługują na tyle gwiazdek, ile świeci się nad ich szyldami w przewodnikach turystycznych. Pal licho, że podczas Euro wasze lotniska mogą się zatkać, a większość dużych ulic w mistrzowskich miastach zatka się na pewno…

– Dobrze wiedzieliście, że tak to będzie wyglądać, kiedy przyznawaliście nam organizację tych mistrzostw – wszedł mu w słowo Kotowski. – Nawet nieuleczalni optymiści nie mieli prawa wierzyć, że Polska wykona plan w stu procentach. Obaj dobrze wiemy, że najważniejsze są stadiony. To na nich odbędą się mecze i to one w przyszłości będą przynosić zyski. Co was tak naprawdę obchodzą dziury w polskich szosach czy standard hoteli?

Blanc uśmiechnął się szeroko i opadł plecami na oparcie krzesła.

– Nie słuchasz mnie uważnie. Przecież mówię, że pal licho z drogami i hotelami. Czy ludzie z twojej federacji powiedzieli ci, po co masz tu do mnie przyjechać?

– Nie. – Kotowski oparł się łokciami o blat stołu. – Nikt nic nie wie, czyli polski standard. Wiem tylko, że w Gdańsku i we Wrocławiu w ostatnich miesiącach wykonano kawał dobrej roboty, a ty na ostatniej wizytacji z niewiadomych powodów byłeś niezadowolony. Podobno nawet bardzo niezadowolony. Jak nigdy wcześniej. Nawet wtedy, gdy zamiast stadionów oglądałeś wykopaliska, koparki i sterty gruzu. W PFP zapanowała panika, bo nikt nie wie o co chodzi. Zbyszek Myszor powiedział mi nawet, że chyba chcecie nam odebrać Euro.

Blanc sięgnął po kieliszek, upił solidny łyk wina i zacisnął wargi, chcąc jak najdłużej cieszyć się szczypiącym posmakiem. Przymknął oczy i milczał.

– Pierre, o co chodzi? – W głosie Kotowskiego po raz pierwszy ujawniła się nutka niepokoju. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że na rok przed turniejem… że Włosi jednak…

– Nie, nie! Spokojnie – Francuz ocknął się z chwilowego letargu. – Euro będzie w Polsce i na Ukrainie, pod tym względem nic nie ma prawa się zmienić.

Polak westchnął głęboko i teraz on z ulgą opadł na oparcie krzesła.

– To mów, o co chodzi. No bo o coś przecież chodzi?

– Wybacz, że tak igram z waszymi nerwami i krążę wokół tematu, ale sprawa jest śliska i trzeba ją załatwić sprawnie. – Blanc skrzyżował ręce na piersi i przeszył wzrokiem rozmówcę. – Dobrze wiesz, dlaczego dostaliście organizację Euro, i dobrze wiesz, że jest to transakcja wiązana z korzyścią dla obu stron. Dla Polski, ale dla federacji europejskiej też. Dla was jest to niepowtarzalny bodziec do rozwoju i do podgonienia cywilizowanego świata…

– Pierre, błagam, do rzeczy! Ty mi oczywistych oczywistości nie musisz tłumaczyć.

Blanc zamilkł i spojrzał z pretensją. Po chwili kontynuował spokojnym tonem.

– Skoro o polskich korzyściach nie chcesz rozmawiać, bo są oczywistościami, to przejdźmy do korzyści federacji europejskiej. To jak widzę, dla was Polaków, już takie oczywiste nie jest.

W jego oczach pojawiły się złośliwe iskierki. Kotowski odwrócił wzrok zmieszany celną ripostą. Szybko jednak otrząsnął się po ciosie.

– Jakie wy chcecie korzyści rok przed Euro? – zapytał, panując nad głosem. – Przecież na razie i my inwestujemy, i wy inwestujecie w całe przedsięwzięcie. Łupy będziemy dzielić najwcześniej pewnie za trzy, może cztery lata.

– Żeby za trzy, cztery lata był jakikolwiek łup do dzielenia, to w niektórych sprawach już dziś trzeba zacząć działać! – Blanc przysunął twarz do twarzy Kotowskiego. – Bo jak tak dalej pójdzie, to na tych nowoczesnych stadionach już miesiąc po mistrzostwach będziecie mieli wielkie targowiska z Chińczykami handlującymi plastikowym badziewiem i jednorazową bielizną. Adi, mój drogi, myśmy wam dali te mistrzostwa, bo was potrzebujemy w Europie! Jesteście kopalnią pieniędzy i pustynią zarazem. W Polsce żyje blisko czterdzieści milionów ludzi, a jesteście piłkarską dziczą. Białą plamą na mapie UEFA! Nie ma z was na razie żadnego pożytku. Euro miało być tylko bodźcem do rozwoju i drogą do celu. Tym celem jest wasze dołączenie do biesiadnego stołu, generowanie zysków dla siebie i dla nas. Wasze kluby mają grać w pucharach, telewizje kupować prawa do transmisji meczów, kibice wypełniać stadiony, zajadać się kiełbaskami i owijać szalikami za dwadzieścia euro. Interes musi się kręcić!

Ostatnie słowa wypowiedział już dwa tony głośniej. Ciężko odetchnął i odsunął się od rozmówcy. Oparł się wygodnie plecami o krzesło i założył nogę na nogę.

– Po co ułatwiliśmy wam drogę do Ligi Mistrzów dwa lata temu? – zapytał spokojniejszym głosem. – Chyba nie po to, żeby wasze kluby odpadały w rundach przedwstępnych po meczach z drużynami z Azerbejdżanu.

– Czego ode mnie oczekujesz? – Na twarzy Polaka pojawił się ironiczny uśmiech. – Co mam zrobić: pojechać do Krakowa i pokrzyczeć na trenera i piłkarzy?

Blancowi nie spodobał się sarkazm kolegi.

– Czemu wy, Polacy, jesteście tacy uparci, tak potwornie niereformowalni? – Pokręcił głową w geście dezaprobaty.

Kotowski wzruszył ramionami, a Francuz przeszedł momentalnie do sedna sprawy.

– Kto to jest… – w kieszeni marynarki zawieszonej na oparciu krzesła wyszperał karteczkę, założył na nos okulary wyjęte z drugiej kieszeni i przeczytał powoli – Cy-ru-lik?

Polak zmarszczył brwi, wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i ponownie wzruszył ramionami.

– Nie znam go zbyt dobrze – odparł. – Ale to jakiś drobny cwaniaczek, jakich pełno w środowisku. Naprawdę nazywa się Jakubik. Płotka.

– Ta „płotka” alias „drobny cwaniaczek”, jak go nazywasz, od ponad dekady podobno trzęsie całą waszą ligą. Doszły mnie słuchy z wiarygodnych źródeł, że po tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piatym roku każdy wasz mistrz piłkarski coś mu zawdzięcza, że bez kontaktów z nim nikt nie awansuje do wyższej ligi, że prowadzi jakieś nieformalne biuro spadków i awansów.

Kotowski parsknął, jakby ktoś poinformował go właśnie, że Ziemia kręci się wokół Słońca.

– Nie wiedziałem, Pierre, że z ciebie taki donkiszot. Tylko błagam, nie mów mi, że na rok przed Euro chcesz walczyć w Polsce z korupcją. Bo jeśli tak, to ja już wolę pomóc chłopakom przy budowie autostrad. Jak się pracuje kilofem, to przynajmniej są jakieś efekty.

Zaśmiał się z własnego żartu i spojrzał z zainteresowaniem na kompana. Ten zareagował natychmiast.

– Cyrulik musi zniknąć!

Ich spojrzenia zderzyły się i dłuższą chwilę trwały wzrokowe zapasy. Żaden nie chciał odwrócić wzroku. Żaden nawet nie mrugnął.

– Chyba mi nie powiesz, Pierre, że teraz w Europie się nie drukuje. Poczuję się obrażony, jeśli mi coś takiego choćby zasugerujesz.

Francuz odwrócił wzrok, a kąciki jego warg rozjechały się w rozbrajającym uśmiechu.

– Dobrze wiesz, jak jest – rzucił pojednawczo. – Ale Cyrulik musi zniknąć, bo nawet od tych spraw mamy teraz swoich, sprawdzonych ludzi i waszych prowincjonalnych cwaniaczków nie chcemy. Nie gniewaj się, Adi, ale Europa wam nawet pod względem korupcji nieco uciekła.

Roześmiali się szczerze, dając ujście nagromadzonym emocjom. Kotowski chrząknął znacząco sam do siebie, jakby mówił – a więc o to chodzi. Wziął do ręki butelkę i nalał do pustych kieliszków.

– Czyli stadiony i zaplecza w Gdańsku i Wrocławiu są w porządku? – dopytał jeszcze pół żartem, pół serio.

Blanc machnął bagatelizująco ręką.

– Jasne! Budowa stadionów to rzecz, której nie można spieprzyć, a my już na starcie zakładamy taki margines błędu i opóźnień, że nawet jak dochodzi do rozpraw sądowych o nieścisłości w przetargach, to tak naprawdę nie ma wielkiego ryzyka.

Kotowski skinął automatycznie głową, bo doskonale o tym wiedział.

– A wracając do Cyrulika alias Jakubika – wrócił do tematu. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że mamy do czynienia z całą siecią powiązań? Tu nie wystarczy zamieść jednego gościa pod dywan… Obawiam się, że rozwalenie układów Cyrulika to będzie duża, brzydko pachnąca afera. Rozumiem, że tu też musi nastąpić wymiana, że tak powiem, na lepszy model, ale czy robienie tego dwanaście miesięcy przed mistrzostwami to na pewno dobry pomysł?

Twarz Francuza stężała.

– Lepiej by było, gdyby ten wasz piłkarski mafioso zniknął po cichu – odparł po chwili namysłu. – Skoro to taka szara eminencja, że nawet ty go słabo znasz, to chyba nie będzie problemu, żeby tę jego sieć rozwiązać bez udziału władzy i mediów. Ty wiesz, Adi, że federacja nie lubi, jak w nasz biznes włączają się obce organizacje, a szczególnie krajowe rządy.

– Będzie ciężko, może się nie udać.

– To już twoja sprawa, żeby się udało.

Kotowski spojrzał badawczo na Blanca.

– Rozumiem, że liczysz na moje kontakty? Ja mam rzucić pierwszy kamyczek tej lawiny?

– Rzucić kamyczek lawiny i jeszcze sprawić, żeby to była niema lawina.

Stuknęli się kieliszkami i zanurzyli usta w ciepłym już niczym zupa Solar De Samaniego.

HTML Styles

Image aligned left & right

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum.rum.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum.

Read more