RIVERSIDE – „Wasteland” (recenzja)

Za kilka dni na półkach sklepów muzycznych pojawi się długo oczekiwane wydawnictwo, siódmy album Riverside – jednego z najważniejszych w Europie zespołów post-progresywnych. „Wasteland” to zupełnie nowe rozdanie, prawdopodobnie początek nowej trylogii, a na pewno najważniejsza i najtrudniejsza próba zmierzenia się z brakiem Piotra Grudzińskiego, gitarzysty, który zmarł niespodziewanie przeszło dwa i pół roku temu. Żeby spojrzeć na ten nowy album z odpowiednio szerokim kontekstem, musimy raz jeszcze wrócić do wydarzeń sprzed trzech lat.

Jesień 2015 roku. Po blisko piętnastu latach istnienia i wydaniu szóstej, najlepiej przyjętej płyty, jaką była wówczas „Love, Fear and the Time Machine”, Riverside teoretycznie miał prawo do zaznania pewnego komfortu. Dojrzałość, pomysłowość i konsekwencja zaowocowały bowiem sukcesem artystycznym i komercyjnym, a także wyraźnym wzrostem zainteresowania ze strony różnorodnej publiki, zarówno polskiej jak i zagranicznej. Było to zwieńczenie długiej, wyboistej drogi do sukcesu, ale satysfakcja nie trwała długo i wspomnianego wyżej komfortu zespół nie zdążył zaznać. Reszta jest historią, którą wszyscy znają i o której nie da się zapomnieć. Pod koniec lutego 2016 roku na „chwilę” przed czterdziestymi pierwszymi urodzinami i dużą trasą koncertową, która miała jeszcze umocnić pozycję Riverside, umiera gitarzysta Piotr Grudziński. Niedawne sukcesy przykrył długi i posępny cień rozpaczy, a rok 2016 zamiast ambitnego światowego tournee określiła żałoba.

Koncerty odwołano, a zespół już w składzie trzyosobowym musiał odpowiedzieć sobie i fanom na pytanie, czy po tej stracie jest jeszcze dla Riverside jakieś „jutro”. Nie brakowało wątpliwości. Wyrwa po śmierci Grudnia, zarówno emocjonalna jak i muzyczna, była olbrzymia, a jego wkład w wyjątkowy charakter muzyki zespołu był trudny do przecenienia. Należało podjąć decyzję, czy i w jaki sposób uda się odbudować zespół. Losy Riverside ważyły się przez kilka miesięcy. Również dzięki wielkiemu wsparciu tysięcy fanów z całego świata, grupa postanowiła ostatecznie podjąć tę rękawicę rzuconą przez los. Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki i Michał Łapaj wznowili działalność Riverside w 2017 roku jako trio, a wolne miejsce gitarzysty na trasie koncertowej zajął Maciej Meller. Trio plus Meller zdało egzamin koncertowy. Zespół w takim składzie doskonale poradził sobie z graniem starego materiału. Drugim równie ważnym egzaminem miał być nowy album. Odpowiedzialnością za nową muzykę Duda, Kozieradzki i Łapaj nie chcieli się z nikim dzielić. To był ich egzamin, postanowili podejść do niego we trzech, nie wprowadzając w szeregi stałego zastępcy/następcy Grudnia. Partiami gitar miał zająć się przede wszystkim lider i główny kompozytor Mariusz Duda i tylko w kilku miejscach oddać pole zaproszonym w rolach gości Maciejowi Mellerowi i Mateuszowi Owczarkowi. Praca nad nowym materiałem miała przebiegać pod hasłem: zostało nas trzech, więc we trzech musimy dać radę!

Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale trauma jaką dla Mariusza, Mittloffa i Michała była śmierć kompana, mogła albo zakończyć historię Riverside, albo wprost przeciwnie, zahartować grupę i stać się paliwem do nagrania bardzo dobrego albumu. Muzyka jest przecież „materią” twórczą niezwykle emocjonalną i stworzoną wręcz do przekazywania tych stanów, których przekazać słowem, albo konkretnym obrazem się nie da. I tak w głowie Mariusza Dudy ostatecznych kształtów zaczął nabierać pomysł na album w klimacie post-apokaliptycznym, dosyć uniwersalnym, ale nie oszukujmy się – mocno również nawiązującym do „końca świata”, jakim dla środowiska riversajdowego była śmierć Piotra.

Genezę powstania pokrótce mamy przypomnianą, przejdźmy więc do meritum czyli gotowego już dzieła, siódmej studyjnej, pełnowymiarowej płyty Riverside pod tytułem „Wasteland”. Płyty niełatwej, nie wchodzącej tak płynnie i łagodnie jak poprzedniczka („Love, Fear and the Time Machine”), płyty jakby szorstkiej, na pewno bardzo mrocznej, ciężkiej zarówno tematycznie jak i muzycznie, momentami brudniej i zadziornej, momentami bardzo wzruszającej, powoli ukazującej swoje liczne atuty. Ale przede wszystkim płyty niosącej bodaj największy ładunek emocjonalny w dotychczasowym dorobku Riverside.

Pod względem formalnym i konstrukcyjnym zespół w dużym stopniu kontynuuje swoją drogę ewolucyjną, proponując dziewięć utworów, z których żaden nie przekracza dziesięciu minut. Co nie znaczy, że na albumie brakuje złożonych, rozbudowanych kompozycji. Riverside już na poprzednim albumie udowodnił, że potrafi tak skompresować pomysły, by stworzyć intensywny i różnorodny pięcio-sześciominutowy utwór i nie rozciągać kompozycji do ram kilkunastominutowej suity. Świetnym przykładem jest znany już „Vale of Tears”, ale tego typu utworem jest też drugi na albumie „Acid Rain”. Pierwsze trzy minuty tego numeru to ciężkie, mroczne granie, oparte na zaskakująco zadziornym metalowym riffie i posępnych akordach klawiszowych, nad którymi góruje monumentalny, nieco gotycki wokal Dudy. Po trzech minutach aranżacja łagodnieje, pojawiają się ładne, śpiewne zagrywki gitar, Łapaj sięga po lżejszą paletę barw, a chwytliwe wokalizy Dudy (powinny świetnie się sprawdzać na koncertach) sprawiają, że końcówka kompozycji staje się niemalże optymistyczna. Ta nutka optymizmu, lekkości i przestrzeni to jednak wyjątek na płycie. W większości utworów dynamicznych mamy do czynienia z bardzo ciasnym, gęstym i surowym brzmieniem, a odpowiadający zwykle za przestrzeń Łapaj jeszcze zagęszcza kompozycje, używając brzmień niskich, ciemnych i serwując partie nie kontrastujące, a częściej uzupełniające się z gitarami. Taki jest pomysł na brzmienie tego albumu i zespół konsekwentnie się go trzyma. Jeśli muzyka ma opowiadać o świecie post-apokaliptycznym, to o dźwiękowej przestrzeni i pastelowych melodiach z „Love, Fear and the Time Machine” mowy być nie mogło.

Najmocniejszymi punktami płyty są moim zdaniem dwa „długasy”. Tytułowy, ponad ośmiominutowy „Wasteland” to jedyny utwór na płycie skonstruowały w ramach typowej dla stylu Riverside mini-suity. Folkowy początek oparty na energicznym motywie serwowanym przez gitarę akustyczną nie zwiastuje burzy, która rozpęta się w czwartej minucie. Dostojny wokal Dudy i przyjemne wtręty serwowane przez Łapaja na fortepianie mają przywodzić na myśl słowiańską tradycję konstruowania ballad, ale ciepło na sercu może też zrobić się fanom Jethro Tull. Pod koniec trzeciej minuty tę folkową baśń rozbija dynamiczne wejście perkusji Mittloffa i artrockowy połamany motyw, który płynnie przeprowadzi zespół do drugiej części utworu. Mocny gitarowy riff momentalnie przenosi zespół w rejony metalowe i przez następną minutę „Wasteland” w dynamicznej części instrumentalnej balansował będzie właśnie między artrockiem a metalem. Sielankowo folkowy klimat wróci jeszcze w piątej i szóstej minucie, ale utwór mimo to nie traci już nic ze swojego dramatyzmu. Choć Duda proponuje łagodną, niemalże „kobiecą” wokalizę, a gitara w miejsce riffów eksponuje melodie, między dźwiękami unosi się niepokój. W siódmej minucie następuje ostateczny cios. Jeszcze ostrzej wyeksponowany masywny metalowy riff, mocne, bezpardonowe uderzenie Kozieradzkiego i świdrujące dźwięki klawiatur Łapaja wyciskają największe i ostatnie już pokłady ciężaru i dynamiki drzemiące w „Wasteland”.

Jeśli o „Wasteland” z pewnym przymrużeniem oka można powiedzieć, że to nowy, dojrzalszy i skompresowany „Dance With the Shadow”, tak dla drugiej wyróżnionej przeze mnie kompozycji nie potrafię znaleźć odpowiednika w dyskografii Riverside. I uważam to za atut, bo moim zdaniem zespół przygotowując taki utwór jak „Struggle for Survival” wchodzi na nowe dla siebie tereny grania instrumentalnego. Nie ma on wiele wspólnego z serią „Reality Dream”, a kompletnie nic wspólnego z utworami ambientowymi. Jeśli „Reality Dream” więcej czerpała ze stylistyki progmetalowej, tak „Struggle for Survival” to brudne, bardziej gitarowe, surowe granie, którego korzeni szukałbym raczej w „alternatywie” lub progresji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Raz to bujające, raz rażące mocą riffy serwowane przez Dudę, odrobinę frippowska partia gitary Mellera, dojrzale i mocno punktujący Kozieradzki i jak zwykle różnorodne partie Łapaja tworzą koktajl dźwiękowy niczym bardzo intensywny, silnie absorbujący soundtrack. Takiego Riverside jeszcze nie słyszałem i zdecydowanie chciałbym, żeby ten pomysł na konstrukcję i brzmienie utworów instrumentalnych był przez zespół kontynuowany.

Przypuszczam, że wielu fanów pozyska sobie piąty na płycie „Lament”, do którego lada chwila zobaczymy teledysk. Formalnie zespół prochu tu nie wynajduje, ale dobra piosenka, z wpadającą w ucho i łapiącą za serce niebanalną melodią zawsze jest na wagę złota. „Lament” to ze smakiem skonstruowana ballada rockowa z bardzo mocnym, monumentalnym refrenem, który zapewne pięknie będzie niosło w salach koncertowych. Zadziorne frazy gitar i dudniącą perkusję ładnie uzupełnia tu szlachetne brzmienie skrzypiec z ręki Michała Jelonka. Z resztą jego krótka ale przejmująca partia solowa wieńczy to dzieło.

Szlachetnie i przejmująco brzmią też wszystkie trzy ballady. Fani ceniący Riverside głównie za piosenki w stylu „In Two Minds”, „Acronym Love”, czy „Time Travellers” powinni być zadowoleni. Co prawda mamy tu zaskakującą nowinkę wokalną, bo Duda właśnie w pierwszej balladzie „Guardian Angel” eksperymentuje z niskim śpiewem w stylu Nicka Cave’a, ale efekt jest taki, jakby te niskie rejestry były dla niego chlebem powszednim. To ładna piosenka z zapadającym w pamięć powtarzającym się akustycznym motywem. Druga ballada „River Down Below” to już piosenka nieco bardziej złożona. Zaczyna ją intymny, niemalże kołysankowy fragment, w którym słyszymy tylko proste zagrywki gitary akustycznej i głos Dudy, ale w drugiej minucie kompozycja zmienia nieco charakter. Wyłania się wiodąca melodia, wchodzi perkusja, a w tle słychać przyjemnie łkającą gitarę. Wisienką na torcie jest tu naprawdę ładne, subtelne i inteligentnie dopasowane solo Mellera.

Najmocniejszy cios emocjonalny czeka na słuchacza na końcu płyty. Zaryzykuję tezę, że ballada „The Night Before” to najmocniej chwytający za serce utwór w całym dorobku zespołu. Szczere, surowe, naładowane żywymi emocjami proste akordy fortepianowe serwowane przez Łapaja i przejmujący ciepły głos Dudy, to składowe tej w gruncie rzeczy prostej, ale równocześnie niezwykle mocnej i sugestywnej kompozycji. Z wiadomych powodów właśnie takie Riverside chciałem teraz usłyszeć. Proste, surowe i piekielnie szczere. Piękniej ten album nie mógł się skończyć. Tak, ballada fortepianowa też może być wielkim finałem albumu.

„Wasteland” to płyta wyjątkowa. Jest obciążona traumą tragicznych wydarzeń nieodległej przeszłości, została nagrana przez zespół, który poniósł niezwykle bolesną stratę personalną i z jednej strony miała być egzaminem, a z drugiej dowodem, że Riverside bez Grudnia może pójść do przodu. Z wielką ulgą odebrałem te dziewięć nowych kompozycji, pięćdziesiąt minut premierowej muzyki na bardzo wysokim poziomie zarówno artystycznym jak i emocjonalnym. „Wasteland” to nieco inny Riverside. Riverside, który nie próbuje udawać, że jest tym samym zespołem. Na ten moment jest to zespół po przejściach, zespół „z blizną”, proponujący muzykę brudniejszą, zadziorniejszą, agresywniejszą, surowszą i ciasną od dźwięków. Zniknęła przestrzeń i melodyka „Love, Fear and the Time Machine”, wrócił mrok charakterystyczny dla „Second Life Syndrome” i pewna surowość również przywodząca na myśl pierwsze albumy grupy. A Mariusz Duda jako tekściarz mierzący się z tematem śmierci, wędrówki dusz, życia po życiu – w co może trudno uwierzyć, bo tematy te poruszał już kilkukrotnie – nigdy nie był aż tak wiarygodny.

Ostatnim egzaminem dla zespołu będzie jesienna trasa, która odpowie na pytanie, jak ten nowy materiał zabrzmi na żywo. Ale o to akurat jestem już całkiem spokojny. Podobno cały materiał znajdzie się w jesiennym secie, a ja stawiam, że kilka premierowych kompozycji z marszu stanie się jego bardzo mocnymi punktami. Parafrazując tytuł mojego ulubionego utworu z „Wasteland” – riversajdzi powalczyli o przetrwanie. I przetrwali.

Amarok – Hunt (recenzja)

AMAROK – Hunt

 

20180824_161258

Zastanawiałem się, czy w ogóle jeszcze pisać o tej płycie, bo jestem spóźniony już ponad rok. To premiera z ubiegłorocznego lata (czerwiec, 2017). Po zakończeniu pracy nad monografią Riverside doświadczyłem czegoś, co nazwałby zmęczeniem materiału w kwestiach muzycznych. W latach 2004-2016 śledziłem to co dzieje się na polskim rynku muzycznym z silnym odchyłem w stronę tak zwanej „(nieistniejącej) sceny progresywnej” i nie wiem czy przedawkowałem, czy może jednak w ostatnich latach jest po prostu mniej interesujących premier niż wcześniej… a może jedno i drugie. Tak czy inaczej na dobre dwa lata wyłączyłem się z tego i docierały do mnie wieści tylko o pojedynczych wydawnictwach, po które nieczęsto sięgałem. O ubiegłorocznej premierze „Hunt” Amarok tylko słyszałem, ale z płytą się wtedy nie zapoznałem. Dopiero tego lata na koncercie w Koninie, gdzie Amarok wystąpił przed Riverside, byłem zmuszony do wysłuchania tej muzyki i muszę przyznać, że bardzo dobrze się stało. Zagrali bodaj pięćdziesięciominutowy set, który przypomniał mi, że w Polsce poza Riverside istnieje jeszcze jakieś muzyczne życie i że „grać się potrafi”. I co jeszcze ważniejsze – potrafi się komponować. Z Konina wróciłem z albumem. Chciałem sprawdzić, czy wersja studyjna tej wizji muzycznej jest równie dobra, co koncertowa. Jedno przesłuchanie wystarczyło, żebym utwierdził się, że „Hunt” to kolejny w ostatnich kilkunastu latach dowód na to, że polscy muzycy mają dar do komponowania muzyki niebanalnej, bogatej w smakowite, różnorodne wpływy stylistyczne, muzyki starannie przemyślanej, konsekwentnej i naładowanej emocjami, która… ni cholery nie może zaistnieć. Tę ostatnią kwestię bym zostawił i nie rozwijał jej, bo jest ona raczej punktem wyjścia do niekończącej się i nie mającej szans na szczęśliwą puentę debaty na temat polskiego (i nie tylko) rynku muzycznego. Tak czy inaczej, po chwili wahania, doszedłem do wniosku, że „Hunt” jest płytą o której warto napisać i opowiedzieć, choćby nawet minęło kilka lat po premierze. Jeśli jest możliwość, że ktoś jeszcze tego albumu nie zna, a docenia tego typu klimaty muzyczne, i dopiero teraz po album sięgnie, to na pewno warto.

Liderem projektu jest Michał Wojtas, którego znam zarówno z wcześniejszych prób artrockowych pod szyldem Amarok, jak również z bardzo dobrej popowej płyty „Wilderness” zespołu Uniqplan. Wojtas jest kompozytorem, wokalistą i gitarzystą chętnie sięgającym również po nietypowe instrumentarium. Wspomnę chociażby harmonium i theremin, o których nieco opowiadał na konińskim koncercie. Oba te instrumenty włączane z pomysłem ciekawie urozmaicają brzmienie. W składzie są jeszcze Marta Wojtas (autorka tekstów i odpowiedzialna w dużym stopniu za obsługę syntezatora perkusyjnego) oraz Paweł Kowalski (perkusja).

„Hunt” to godzinna porcja muzyki podzielona na dziewięć utworów tworzących bardzo konsekwentny blok dźwiękowy. Powiedziałbym że jest to muzyka przestrzenna, mroczna i nostalgiczna. Łączą się w niej elementy elektroniczne i etniczne. Sporo tu ze smakiem włączonych orientalizmów. Są chwile gdy przywodzi to na myśl „Passion” Petera Gabriela, a momentami jest to bukiet dźwięków, który można by postawić na jednej półce obok Lunatic Soul. Z resztą Mariusz Duda lider LS pojawia się gościnnie jako współkompozytor i wokalista w piosence „Idyll”. Drugim równie znamienitym gościem jest Colin Bass śpiewający w utworze „Nuke”, który wraz z Michałem Wojtasem skomponował. Obaj goście bardzo dobrze wpisali się w orientalno – elektroniczną nostalgię określającą konwencję albumu.

To co w największym stopniu zaintrygowało mnie w tej muzyce, to inteligentna konstrukcja utworów, doskonale zbudowana dynamika, niespieszne i konsekwentne tworzenie nastroju oraz doskonały balans między różnorodnymi elementami – zarówno brzmieniowymi jak i stylistycznymi. Ramy kompozycji są tu tylko delikatnie zarysowane. Większa część płyty to granie instrumentalne, konstrukcji typowo zwrotkowo-refrenowych prawie tu nie ma i tym bardziej imponuje fakt, że mimo tej swobody, utwory bardzo płynnie i logicznie się rozwijają. Wizja muzyczna Wojtasa musiała być bardzo precyzyjna, bo od pierwszych sekund zespół jest niczym lokomotywa wjeżdżająca na odpowiednie tory i już do końca się tych torów doskonale trzymająca. Przejazd tą lokomotywą nie jest szalonym wyścigiem, to raczej dostojny, niespieszny spacer po uroczych, czasem subtelnych, czasem monumentalnych „krajobrazach”, z możliwością spokojnego nasycania się dźwiękowym bogactwem. Atutem są wokale, zarówno Dudy i Bassa, jak i samego Michała Wojtasa, który ma bardzo ciekawą barwę pasującą do tego typu muzyki. Kapitalną robotę wykonują dźwięki syntetyczne, dobywane choćby z wavedrum – syntezatora perkusyjnego obsługiwanego najczęściej przez Martę Wojtas. Gdzieniegdzie smakowicie pobrzmiewa harmonium, czasami dosłyszeć można też z wyczuciem użytego thereminu, a dla równowagi mamy na przykład gitarę akustyczną lub pianino. Ładnie się to wszystko komponuje w jeden oryginalny bukiet. Wielkim atutem większości utworów są partie gitar. Wojtas jest niewątpliwie bardzo zdolnym gitarzystą, lubującym się w stylu „gilmourowskim”, serwującym przemyślane i perfekcyjnie zagrane partie oparte na charakterystycznych, często po prostu uroczych melodiach. Z resztą tę płytę w dużym stopniu określają właśnie bardzo dobre melodie. Właściwie nie ma tu kompozycji, w której nie znajdowałaby się taka wisienka na torcie w postaci chwytającej melodii, charakterystycznego zaśpiewu, zapadającego w pamięć motywu, czyli tego wszystkiego co stanowi języczek u wagi dobrego utworu.

Moim faworytem na „Hunt” jest utwór tytułowy. Ta przyczajona na końcu płyty, trwająca prawie osiemnaście minut, logicznie rozwijająca się i hipnotyzująco narastająca kompozycja mogłaby stanowić wizytówkę albumu, będąc niemalże przeglądem wszystkich elementów stylu i odcieni klimatu zaproponowanych przez Amarok. Na niespiesznie serwowanych akordach keyboardów i audio-sampli głos lektora pokrótce streszcza przesłanie całej płyty (zagubienie emocjonalne w niesatysfakcjonujących relacjach ograniczonych do świata wirtualnego i social mediów). Łagodny wokal Wojtasa dobrze kontrastuje z dźwiękami syntetycznymi. Pojawiają się też dynamizujące dźwięki syntezatora perkusyjnego, całość niespiesznie narasta, by doprowadzić do kulminacji – najpierw w ósmej minucie wchodzi śliczne solo gitarowe, a później w dwunastej minucie dostajemy prawdopodobnie najładniejszą na całym albumie partię wokalną Wojtasa. Zamknięcie z adekwatnym perkusyjnym przytupem zawsze przynosi mi odrobinę rozczarowania, bo „Hunt” ze swoim bardzo sugestywnym klimatem, bogactwem melodii i nienarzucającą się dynamiką należy do tych utworów, które mogłyby trwać, jak to mawiał Piotr Kaczkowski, do końca świata. Ale przecież kiedyś musi się skończyć.

„Hunt” Amarok, pomijając Riverside i Lunatic Soul, to pierwsza od kilku lat płyta, która mnie szczerze zaintrygowała i zachwyciła. Naprawdę dawno nie słuchałem „premierowej” płyty niszowego artysty z taką przyjemnością. Trzymam kciuki, żeby to się nie tylko artystycznie, ale również komercyjnie fajnie rozwijało. O ile w tym pierwszym przypadku jestem raczej spokojny (podobno trwają pracę nad kolejnym albumem), to z tym komercyjnym rozwojem może być bardzo ciężko… ale to już nie jest wina Michała Wojtasa i jego ekipy.

Pierwsza trasa pożegnalna z europejską sztuką

Mimo wakacji nie próżnuję, a i tak jest to dopiero wstęp do pracowitej i intensywnej jesieni. Choć w szufladzie czeka już gotowy kryminał, nie tracę czasu i zabieram się do pracy nad nową powieścią, która przeniesie mnie w inne rejony literackie i tematyczne.

Od dawna noszę się z zamiarem wyjścia poza prozę gatunkową, a teraz gdy coraz odważniej w mojej wyobraźni rodzi się historia niemieszcząca się w ramach kryminału, czuję w sobie gotowość, aby spróbować czegoś nowego. Nie ukrywam, że dla mnie temat zawsze był ważniejszy od gatunku i to za tematem zawsze podążałem pisząc kolejne książki. Najbliższy rok poświęcę w większości pracy nad powieścią o śmierci kultury, a ściśle mówiąc o świecie nowoczesnej Europy, w której kultura będzie zakazana, a uprawianie jakiejkolwiek twórczości surowo karane (wizja mam nadzieję nie prorocza, wywiedziona z lęku o kulturę). Aby przygotować się do tej pracy zrobiłem niewielką trasę europejską skupioną na muzeach, wystawach i domach malarzy. Chcąc poczuć klimat i jeszcze bardziej zbliżyć się do świata sztuki odwiedziłem tym razem Den Bosch, gdzie podziwiałem obrazy Hieronima Boscha, Amsterdam i Antwerpię, gdzie miałem przyjemność zwiedzić domy odpowiednio Rembrandta i Rubensa, oraz Paryż, gdzie wstąpiłem do muzeum Pabla Picasso. Nie ukrywam, ze udało mi się połączyć pożyteczne z przyjemnym, bo oprócz kilku gigabajtów ciekawych materiałów i wielu przydatnych informacji i wrażeń wyniesionych z tych miejsc, czerpałem z tej trasy również wielką przyjemność. I w dużym stopniu o tę przyjemność właśnie chodziło. Łatwiej mi będzie wyobrazić sobie teraz świat bez tej przyjemności, jaką daje obcowanie ze sztuką. Łatwiej też będzie zlokalizować i określić emocje z tym związane.

20180807_123936 20180807_125230 20180809_19042020180809_153623 20180809_153744 20180807_164758 20180808_150014

 

Plany na przyszłość pokrótce opisałem, teraz zaległości. Kryminał pod tytułem „Niezależność”, naturalny następca „Przypadku”, jest już napisany. Postaram się, aby ukazał się na początku przyszłego roku. Nie śpieszyłem się przy pracy nad tą książką. Miałem świadomość, że rodzi się w mojej wyobraźni historia nieszablonowa i że stawiając na tempo kosztem jakości mogę ten kryminał zepsuć. W tej chwili myślę o tej obsuwie bez wyrzutów sumienia. Jestem pewny, że te kilka miesięcy nieprzewidzianych oryginalnie w planie pracy zaowocowało tym, że „Niezależność” mimo bardzo rozbudowanej fabuły spięła się w intrygującą, niebanalną całość. I pod względem tematycznym w pewnym sensie jest wprowadzeniem do pracy nad kolejną powieścią, bo jej akcja toczy się na przecięciu światów polityki, mediów i kultury właśnie.

Choć rozpoczynam teraz nowy rozdział literacki wchodząc na ścieżkę prozy pozagatunkowej, nie zamierzam rezygnować z pisania kryminałów. Mam już pomysły na intrygi w które świetnie wpisuje się Marcin Faron. Będą one musiały poczekać trochę na swoją kolej, ale najważniejsze, że już są i znając naturę pomysłów literackich, jeśli są dobre, będą się dobijać i przepychać w kolejce do realizacji.

Piętnaście lat dojrzewania z Peterem Gabrielem

 

20180528_201345

Muzycznie – nostalgicznie.

30 maja 2003 roku. Stadion Lecha w Poznaniu. Ciepły, wręcz duszny wieczór. Dwadzieścia tysięcy ludzi stłoczonych na płycie boiska łapie każdy dźwięk dobiegający z gigantycznych głośników i zadziera lekko głowy do góry, by widzieć co dzieje się na scenie. A tam, w otoczeniu kilku świetnych instrumentalistów, prym wiedzie pięćdziesiąciotrzyletni łysy mężczyzna z siwą kozią bródką. Ubrany jest w dziwaczną czarną kamizelkę. Z daleka wygląda jakby miał na sobie elegancki frak, z bliska jego strój przypomina futurystyczny kaftan postaci z filmu science-fiction. Ciepłe, gęste powietrze przecinają dźwięki. Czasem ciężkie, progresywnie połamane, czasem funkowe, innym razem zabarwione afrykańskim lub dalekowschodnim folklorem. Kamienie milowe popkultury. Niektóre z nich to światowego kalibru przeboje, inne ukazują bardzo artystyczne i wysublimowane spojrzenie twórcy na muzykę pop. Całość składa się na grubo ponad dwugodzinną ucztę na którą wielu Polaków czekało przysłowiowe „całe życie”.

Chciałbym napisać, że wydaje mi się jakby to było wczoraj, albo że zleciało „jak z bicza trzasł”, ale nie mogę. Mam bowiem wrażenie, że koncert ten odbył się w „innym świecie”, diametralnie innych czasach i że było to milion lat temu. Skąd to wrażenie? Rzut do oka do pożółkłych kalendarzy. Prezydentem RP był jeszcze Aleksander Kwaśniewski, premierem Leszek Miller, selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Paweł Janas, a grali w niej Jacek Krzynówek, Maciej Żurawski i Jerzy Dudek. Najpopularniejszym sportowcem był Adam Małysz, a największą i „najnowocześniejszą” halą koncertową… katowicki Spodek. Tamtej wiosny Polacy ekscytowali się pierwszym politycznym spektaklem medialnym śledząc wielogodzinne transmisje z przesłuchań komisji śledczej tak zwanej „Sprawy Rywina”. Nucili przebój radiowy „Żałuję” Eweliny Flinty, a do kina wybierali się na wchodzący właśnie na ekrany „Matrix Reaktywacja”. Tak, to było naprawdę dawno temu.

Dziś mija piętnaście lat od pierwszego na polskiej ziemi koncertu Petera Gabriela. Ten nieszablonowy muzyk i wybitny artysta popkultury, autor kilkunastu światowych przebojów, twórca kilku przełomowych dla muzyki popularnej albumów, założyciel i pierwszy wokalista zespołu Genesis zagrał na żywo 30 maja 2003 roku na stadionie poznańskiego Lecha. I był to niewątpliwie wielki wieczór, poprzedzony długim niecierpliwym oczekiwaniem, stopniowaniem napięcia i rosnącą z każdym tygodniem ekscytacją, począwszy od pewnego grudniowego dnia, gdy koncert ten na antenie radiowej trójki zapowiedział Piotr Kaczkowski.

Peter Gabriel wracał wówczas do aktywności. Wydany we wrześniu 2002 roku album „Up” był pierwszym regularnym albumem od wydanego dziesięć lat wcześniej „Us”, a trasa „Growing Up” pierwszą od spektakularnej „Secret World” z lat 1993/4. Na ten powrót czekało kilka milionów słuchaczy na całym świecie. I to był ten moment, kiedy Gabriel wracał jeszcze pełen energii, typowej dla siebie artystycznej arogancji, pomysłowy, błyskotliwy i w formie godnej Mistrza. Po raz kolejny udowodnił, że studyjne nowinki i muzyczne mody potrafi podporządkować sobie w taki sposób, by stworzyć muzykę świeżą, zaskakującą, brzmiącą nowocześnie, a przy tym utrzymaną w pewnym charakterystycznym dla siebie stylu i trudną do gatunkowego zaszufladkowania. Nowa muzyka miała stanowić kręgosłup repertuaru tamtej trasy. Peter obudował go obszernym przekrojem całej swojej solowej twórczości. Do Poznania przyjechał z pełnym setem, ale mocno okrojoną oprawą na której przyjęcie nie był wówczas przygotowany żaden polski obiekt koncertowy. Występ w naszym kraju miał przez to wyjątkowy smak. Tak wspominałem go w książce biograficznej „Świat realny, świat sekretny”:

„Gabrielowi musiało bardzo zależeć na tym, aby zagrać dla polskiej publiczności, gdyż wyjątkowo zgodził się na występ na otwartej przestrzeni (trasa była halowa) i zrezygnował z niemal wszystkich wizualnych dodatków, a nawet ze swojej ulubionej okrągłej sceny. Zmodyfikował też odrobinę set, ale to już za namową Piotra Kaczkowskiego, który celowo przekazał Peterowi listę z wynikami głosowania słuchaczy ‘minimaxa’ w tak zwanym ‘topie Gabriela’. W pierwszej piątce topu polskich fanów znalazły się: Don’t Give Up, Red Rain, Biko, Solsbury Hill i Mercy Street. Na koncertach pojawiały się trzy z nich. Gabriel uznał że to za mało, więc na dzień przed poznańskim występem, podczas wieczornej próby dźwięku w kilkadziesiąt minut przypomniał zespołowi jak wykonuje się Biko i 30 maja włączył go do repertuaru. Ze smaczków wizualnych pozostała tylko „skacząca kula”, choć i w tym przypadku Gabriel sporo ryzykował, bo na tradycyjnej prostokątnej scenie jeszcze nigdy nie skakał. ‘W Poznaniu wystąpię na scenie, która będzie miała inny kształt, więc niewykluczone że z niej spadnę’ – dowcipkował na konferencji prasowej. Nie dość, że nie spadł, to jeszcze dzięki zubożeniu ‘technologicznego teatru’ udowodnił, że siłą jego koncertów i tak ciągle przede wszystkim jest muzyka.”

Nowa powieść gotowa!

W miniony weekend postawiłem ostatnią kropkę nowej powieści! Trzynaście miesięcy zajęło mi wymyślenie historii i napisanie kryminału pod tytułem „Niezależność”. Nie był to łatwy proces, ale lubię trudności, bo dopiero gdy je przełamuję mam poczucie, że powstaje coś wartościowego. O czym jest nowa powieść? Marcin Faron – co zasugerowałem w epilogu „Przypadku” – wraca do pracy w mediach, ale za biurkiem nie posiedzi za długo, bo szybko z budynku redakcji pisma „Raport” wyrwą go nowe wyzwania i dramatyczne wydarzenia. Kręgosłupem powieści jest oczywiście intryga kryminalna, ale nie byłbym sobą, gdybym nie obudował go żywą tkanką dramatu obyczajowego i elementami political fiction. Skrywająca mroczną tajemnicę aktorka Weronika Linetty podzieli się swoimi rozterkami w obszernym i bardzo szczerym wywiadzie-rzece. Perspektywa jego opublikowania niepokoi wielu ludzi. Ministerstwo kultury musi zmierzyć się z Buntem Artystów Polskich, którzy głośno protestują przeciwko niszczącym środowisko artystyczne decyzjom ministra. Marcin Faron rozegra trudną batalię o prawdę i niezależność, zmagając się między innymi z próbującym zwerbować go do agencji medialnej Continuitas Piotrem Lenartem – szarą eminencją świata polskiej kultury i mediów. To tylko kilka wątków z tej rozbudowanej i różnorodnej intrygi, którą tym razem utkałem.

Tytuł jest tu nieprzypadkowy, bo „Niezależność” to kryminalno-społeczna opowieść właśnie o szeroko i różnorodnie rozumianej niezależności. Niezależności mediów, niezależności kultury, niezależności osobistej i zawodowej. Nigdy nie interesowało mnie samo literackie mordowanie. Odkąd zacząłem pisać powieści kryminalne zawsze chciałem, żeby obok historii o zbrodni i poszukiwaniu zabójcy przedstawić jakiś ciekawy kawałek rzeczywistości; aktualny problem, który nas w mniejszym lub większym stopniu dotyczy tu i teraz – w Polsce początku XXI wieku. W „Niezależności” tę „społeczną” sferę opowieści poświęciłem kulturze i jej przecięciu ze światem polityki. O kulturze pisałem już troszeczkę w „Plagiacie”. Tutaj wracam do tego tematu odważniej i z nieco innej perspektywy. Konflikt na linii ministerstwo kultury – artyści to fundament mojej opowieści po części zaczerpnięty z rzeczywistości. Reszta jest już stuprocentową fikcją. Staram się ją na każdym kroku maksymalnie uwiarygadniać, bo lubię, gdy opowieść sprawia wrażenie prawdziwej, by płynęła obok znanej nam codzienności tak blisko jak się tylko da. Nie ma bowiem dla mnie piękniejszych i bardziej chwytających za serce historii niż te, które choć nigdy się nie wydarzyły, są tak rzeczywiste, że bezdyskusyjnie mogłyby się wydarzyć. „Niezależność” to opowieść o walce o prawo do głoszenia prawdy, jakakolwiek by ona nie była. I jak to w kryminale, niektórzy za prawdę dotyczącą swojego życia będą musieli to życie oddać.

Praca nad tą powieścią trwała dłużej niż planowałem, ale czasem tak jest, że trzeba wybrać między szybko a dobrze. Stając przed takim dylematem zawsze wybieram to drugie, bo jakość jest najważniejsza. Podobnie jak „Plagiat” pisałem tę powieść dwukrotnie. Pierwszą wersję testową, by sprawdzić mielizny i wybrać najlepsze rozwiązania, a później już właściwą, którą szlifowałem i dopieszczałem od marca. Po ponad roku pracy wreszcie jest tak, jak pragnąłem by było.

Chciałbym, żeby „Niezależność” ukazała się w listopadzie. Po pierwsze dlatego, że to odpowiedni dystans od marcowej premiery „Przypadku”, a po drugie dlatego, że przełomowe wydarzenia nowej powieści wypadają właśnie w listopadzie. Sympatycznie by się zgrało. Czy tak się stanie, przekonamy się niebawem. Na razie stawiam ostatnią kropkę i łapię trochę oddechu. Trzeba odpocząć i zebrać siły do kolejnych wyzwań. Dwa fajne pomysły czekają na opracowanie. Jeden kryminalny, w sam raz dla Marcina Farona. Drugi zupełnie z innej beczki, który otworzy mi możliwość napisania powieści nie należącej do żadnego znanego gatunku. Ale o tym wszystkim za jakiś czas.

Sprawa Gorgonowej

Czas i klimat Świąt skradła mi książka „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” autorstwa Cezarego Łazarewicza (wyd. Czarne). Zanim kilka słów o książce, trochę o opisanej w niej historii, którą napisało życie… A czasami wydaje mi się, że sam diabeł, który zmaterializował się pewnej grudniowej nocy w letniej willi w niewielkiej wsi pod Lwowem.

To jedna z tych historii, które zaserwowały mi kiedyś kilka nieprzespanych nocy i o których pamiętam mimo upływu lat. Miałem szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy natknąłem się na film „Sprawa Gorgonowej” w reżyserii Janusza Majewskiego i w iście wirtuozerskiej obsadzie z Romanem Wilhelmim, Aleksandrem Bardinim, Andrzejem Łapickim, Mariuszem Dmochowskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Ewą Dałkowską w roli tytułowej. Film mroczny, bardzo sugestywny, magnetyzujący. Ponad dwie godziny mistrzowskiego dramatu sądowniczego z elementami kryminału, czy nawet thrillera. To był cios. Tym bardziej, że przedstawiona w filmie historia wydarzyła się naprawdę. Pewnie wszyscy znają szczegóły dramatycznych wydarzeń sprzed blisko dziewięćdziesięciu lat, ale dla porządku, w telegraficznym skrócie przypomnę o czym mowa.

Ostatnie dni grudnia. Wieś Brzuchowice niedaleko Lwowa. Dom Zarembów. To miały być ostatnie chwile spędzone w tym domu w takim składzie osobowym. Związek czterdziestoośmioletniego architekta Henryka Zaremby z trzydziestoletnią opiekunką Ritą Gorgonową dobiegał końca. Niebawem mieli zamieszkać osobno. Ona zostaje z malutką Romaną w willi, on z dwójką starszych dzieci z pierwszego związku – córką Elżbietą i synem Stanisławem – przenosi się do mieszkania we Lwowie. Przeprowadzka zaplanowana jest na pierwsze dni stycznia. Ale nowego życia nie rozpoczną zgodnie z planem. W nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku brutalnie zamordowana zostaje starsza córka Zaremby, siedemnastoletnia Elżbieta „Lusia” Zarembianka. Tej samej nocy rozpoczyna się śledztwo, które najpierw wyklucza możliwość wejścia mordercy z zewnątrz, a następnie kieruje podejrzenia na Ritę Gorgonową. Urodzona w Dalmacji bona miała zatłuc Lusię dżaganem zadając jej kilka śmiertelnych ciosów w głowę. Motywem zbrodni miała być zemsta za rozbicie jej związku z Zarembą. Wiosną postawiono ją przed sądem i ruszył jeden z najgłośniejszych i najsłynniejszych polskich procesów. Proces bardzo trudny, poszlakowy, podlany kotłującymi się emocjami tysięcy obserwatorów. Zainteresowanie sprawą było gigantyczne, a presja ze strony „ulicy” podobno mocno odczuwalna. Gorgonową skazano na śmierć, ale nad sprawą unosiła się aura niewyjaśnionej tajemnicy, której prokuratura do końca nie potrafiła rozwiać. O wyroku zadecydowały ostatecznie zeznania czternastoletniego Stasia Zaremby, który tamtej nocy widział postać wysokiej kobiety czającej się na werandzie i mimo ciemności twierdził, że rozpoznał w niej Ritę, oraz zakrwawiona chusteczka należąca do Gorgonowej, ukryta w piwnicy.

Po apelacji odbył się drugi proces. Znów zakończony wyrokiem skazującym, ale tym razem już tylko na osiem lat więzienia. Gorgonowa wyszła na wolność po sześciu latach, 3 września 1939 roku, na mocy amnestii spowodowanej wybuchem wojny. Odsiadując wyrok urodziła córkę Ewę (Zaremba jej nie uznał, choć oczywistym wydaje się, że to on był ojcem).

Choć wszystko zdawało się rozstrzygnięte, historia ta ciągnie za sobą cień niedomówień i mimo długiego drobiazgowego śledztwa, podwójnego procesu, dziesiątek przesłuchań i ekspertyz nadal nie na wszystkie pytania znaleziono odpowiedzi, a wina Gorgonowej według wielu stoi pod znakiem zapytania.

Książka Łazarewicza kompiluje prawdopodobnie całą dostępną aktualnie wiedzę na temat legendarnej już „Sprawy Gorgonowej”. Szczegółowo odtwarza wydarzania dramatycznej nocy, podaje genezę tragedii, relacjonuje śledztwo posiłkując się zarówno wyjątkami z archiwalnych raportów, jak i z memuarów uczestników rozprawy. Obszerne cytaty gorących reportaży zaczerpnięte z gazet oddają atmosferę niezdrowego podniecenia i nieprzeciętnego zainteresowania mediów. Jest tu też duch epoki, specyficzny klimat odległego nam dziś dwudziestolecia międzywojennego. Łazarewicz pisze bardzo sprawnie. Dynamiczny, obrazowy, reporterski język umiejętnie buduje napięcie godne najlepszego thrillera, ale z drugiej strony nieustannie przypomina, że mamy do czynienia z opowieścią non-fiction. Przypominają o tym również znakomite fotografie, na których widzimy legendarne postacie – chociażby adwokata Maurycego Axera, który wziął na siebie tę niemożliwą do wykonania misję i podjął się obrony Gorgonowej. Są kadry z procesów, z wizji lokalnej, a także prywatne zdjęcia, choćby pokoju zamordowanej albo ujęcie Rity w towarzystwie dzieci. Jeszcze szczęśliwych, jeszcze nawet nie przypuszczających jak dramatycznie potoczy się ich życie.

Minęło wiele lat od śmierci Lusi Zarembianki, od śledztwa i od procesu. Większość uczestników i świadków tych wydarzeń już nie żyje. Ale tajemnica tamtej grudniowej nocy nadal mąci spokój wielu ludzi. Łazarewicz nie kończy opowieści w roku 1939. I to jest kolejny atut książki. Historia doprowadzona jest niemalże do dnia dzisiejszego. Poznajemy losy dzieci Rity Gorgonowej, przede wszystkim córek: Romany (dziś Aldona, jedyna żyjąca osoba, która feralnej nocy była w willi w Brzuchowicach) i Ewy urodzonej już w trakcie odsiadywania przez Gorgonową wyroku. Dowiadujemy się jakie relacje łączyły obie córki Rity, a także dlaczego przez wiele lat z oskarżeniami o zabójstwo Zarembianki musiał walczyć ogrodnik Zaremby Kamiński (bezczelne kłamstwa mediów nie są wymysłem naszych czasów). Wreszcie Łazarewicz rzuca naprawdę solidny snop światła na powojenne losy Gorgonowej, a książkę kończy prawdopodobną hipotezą dotyczącą okoliczności jej śmierci. Nie będę zdradzał szczegółów, powiem tylko, że historia ta jest niemal tak mroczna, jak historia śmierci Lusi Zarembianki.

„Koronkowa robota” to bardzo dobrze napisana książka reporterska. Doskonale się ją czyta, ale pozostaje jeszcze kwestia czy definitywnie rozwiązuje ona tajemnicę morderstwa w Brzuchowicach. Albo chociaż rozstrzyga kwestię winy i niewinności Rity Gorgonowej. Biorąc pod uwagę to, że od wielu lat nie pojawiły się żadne nowe wątki, ani fakty związane ze sprawą, trzeba się liczyć z tym, że w kwestii oceny wyroku niewiele może się zmienić. Nie pomaga tu nawet rozwój technik kryminalistycznych, bo materiały dowodowe w większości uległy zniszczeniu lub przepadły. Nie ma niestety możliwości ponownego zbadania śladów krwi ani odcisków palców na przechowywanym do dziś dżaganie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś rozwiązanie tej sprawy byłoby dużo łatwiejsze, ale niestety prawda o tamtej tragicznej nocy nie doczekała odpowiednich metod śledczych.

Łazarewicz doprowadzając historię do czasów obecnych wspomina o tym, że córka i wnuczka skazanej podjęły w 2014 roku próbę zrehabilitowania matki/babci i dążą do ponownego otwarcia sprawy. Są przekonane o niewinności Rity. Z opowieści Łazarewicza, która sprawia wrażenie bardzo obiektywnej, ta niewinność nie wynika. Odnoszę wrażenie, że pod względem stawianych tez i batalii między dowodami winy, a argumentami obrony, książka jest wiernym odzwierciedleniem procesu. Ma te same zalety i wady. Twardych i jednoznacznych dowodów winy Gorgonowej nie ma. Wszystkie o potencjale rozstrzygającym mają jakąś skazę, słabość, niedociągnięcie. Natomiast mocnych poszlak świadczących o winie Gorgonowej jest tak wiele, że trudno choćby pomyśleć poważnie o tym, że zamordować Lusię Zarembiankę mógłby ktoś inny. Niby oczywistym wydaje się, że zabić musiała Gorgonowa, ale nie sposób jej tego jednoznacznie udowodnić; przedstawić taki dowód, który rozwiałby absolutnie wszelkie wątpliwości. Ale to tylko moje wrażenia. Przypuszczam, że w przypadku tej historii ilu będzie czytelników, tyle wrażeń, tez i sądów.

Sprawa Gorgonowej nadal porusza. Mord przeraża a meandry śledztwa i atmosfera wielomiesięcznej rozprawy fascynują. To historia zbrodni i procesu, które stały się niemalże symbolem dwudziestolecia międzywojennego, jednym z najciekawszych przypadków kryminalnych i sądowniczych w historii Polski. „Koronkowa robota” bardzo ciekawie i umiejętnie tę historię odświeża i przypomina. Rzecz absolutnie obowiązkowa również dla fanów prozy kryminalnej. A po lekturze polecam seans „Sprawy Gorgonowej” Janusza Majewskiego.

Premiera nieprzypadkowego kryminału!

No to jest! Moja trzecia powieść, kryminał „Przypadek” trafiła do sprzedaży. We wszystkich możliwych wersjach, począwszy od tradycyjnej, papierowej książki, przez wersję cyfrową na czytniki (mobi) aż po audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Do wyboru do koloru, co kto lubi :) poniżej kilka linków. Można tu, można też próbować gdzie indziej :)

https://www.ceneo.pl/59266717

audibook: https://www.storytel.pl/books/148383-Przypadek

http://www.empik.com/przypadek-nowakowski-maurycy,p1183232857,ksiazka-p

https://www.swiatksiazki.pl/przypadek-6372504-ksiazka.html

przypadek

„Przypadek” na ostatniej prostej

Moja trzecia powieść – „Przypadek” – przeszła właśnie proces redakcji. Teraz jeszcze korekta, a później już tylko skład, projekt okładki, druk, druk, druk i oby jeszcze trochę dodruku. Premiera wstępnie planowana jest na luty przyszłego roku nakładem wydawnictwa Filia Mroczna Strona. Nie lubię się powtarzać, więc „Przypadek” nieprzypadkowo nie jest plagiatem „Plagiatu”. Miałem trochę czasu, by nabrać dystansu i na chłodno ocenić, co w „Plagiacie” ładnie zagrało, a co zafałszowało. Postarałem się więc wyeliminować słabsze elementy, a kontynuować i rozwinąć to, co stanowiło o jakości poprzedniej powieści. „Przypadek” jest kryminałem dynamiczniejszym i pod względem tematycznym bardziej zwartym i konkretniejszym, chociaż tło znowu jest mocno rozbudowane. Marcin Faron tym razem spróbuje szczęścia jako pracownik działu public relations korporacji farmaceutycznej – co już samo w sobie będzie wyzwaniem – a kosa śmierci zatoczy kręgi nad głowami jego najbliższych współpracowników. Będzie trochę o brudach świata medycznego, o nieetycznych metodach działania, o lekach, które zamiast leczyć szkodzą, ale to nie one będą zabijać… nie w tym „Przypadku” Premiera, jak już pisałem planowana jest na luty. Niebawem więcej szczegółów, a na razie wracam do pracy, bo kolejna powieść rośnie szybko jak ciasto w piekarniku i trzeba pilnować, żeby nie wyszedł zakalec

„Cicha noc” – dobra tradycja polskiego dramatu obyczajowego podtrzymana

Dopóki będą powstawały tak udane filmy jak „Cicha noc”, dopóty moim ulubionym gatunkiem pozostanie polski dramat obyczajowy. Reżyserowi tego obrazu Piotrowi Domalewskiemu warto się przyglądać, bo udowodnił, że nie tylko dużo widzi, ale również potrafi swoje spostrzeżenia przekazać w sposób spójny, błyskotliwy i w sumie nawet dosyć subtelny. W pewnym sensie zaintrygował mnie nawet bardziej niż Wojciech Smarzowski (jak się domyślam jeden z jego mentorów, bo inspiracje „Weselem”, czy „Domem złym” są aż nadto widoczne) uzyskał bowiem zbliżony poziom intensywności, ale bez rzygania, wieszania, mordowania siekierą, odstrzelonych palców i odgryzionych penisów… Fakt, jest tu jedna mocno obita morda, jest wielki pożar i wódki też ostatecznie nie brakuje, ale proporcje brutalności i tragizmu emocjonalnego – wynikającego przede wszystkim ze świetnie zarysowanych licznych konfliktów międzyludzkich – są tu zachowane naprawdę bardzo rozsądnie. Nie posądziłbym Domalewskiego o efekciarskie pójście na łatwiznę. Nie musiał tego robić, bo miał bardzo ciekawą historię do przekazania i plejadę wiarygodnych (świetnie też zagranych!) bohaterów do przedstawienia. Umiejętnie dobrana obsada to kolejny wielki plus. Ogrodnik i Jakubik wiadomo, są w gazie i to dziś absolutna ekstraklasa, ale na świetnym poziomie są też role Agnieszki Suchory (nie widziałem jej w tak dużej roli chyba od czasu… kabaretu Olgi Lipińskiej) i Adama Cywki (niewiele gra na dużym ekranie, ale jak już się pojawi to trudno go nie docenić).

Polska, ze swoimi niby trywialnymi problemami, niezmiennie jest studnią bez dna, jeśli chodzi o inspiracje. „Cicha noc” choć jest dosyć kameralną opowieścią (jeden dom, jedna rodzina, akcja zamknięta w jednej dobie) to w pewnym sensie jest to film o Polsce właśnie. O tym rozdarciu między pilnowaniem tego co było, a chęcią otwarcia się na nowe. O tym jak wielki skok staje się udziałem Polaków urodzonych pod koniec XX wieku i jak silnie oddziałuje to na relacje rodzinne. Jak przegniłe bywają fundamenty tradycji i jak ciężko wyplenić złe nawyki. Trudny temat, bolesny, ale przekazany naprawdę zręcznie, wiarygodnie i wciągająco. A Domalewskiego zapisuję do notesu, bo ciekawy jestem jak się rozwinie. Start ma bardzo obiecujący.

Krok naprzód

20170407_134648

Każda długa historia ma rozdziały. Moja pisarska droga również podzielona jest na etapy. Jeden z nich właśnie dobiega końca. Ubiegły rok poświęciłem głównie na domykanie operacji „Biografia Riverside” i promocję drugiej powieści, kryminału „Plagiat”, a od lata również na pracę nad trzecią powieścią. Był to niewątpliwie czas przejściowy, choć na szczęście obfitujący w wiele radosnych wydarzeń. Do najprzyjemniejszych należały okraszona zwycięstwem wizyta na Festiwalu Kryminalnym w Pile i premiera książki „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” w warszawskim Empiku Junior, gdzie miałem przyjemność towarzyszyć muzykom zespołu Riverside promującym swój nowy album. Rok 2016 zamknąłem więc całkiem obiecującym bilansem: nominacją do nagrody Warto i główną nagrodą w Pile, zakończoną sukcesem premierą biografii „Sen w wysokiej rozdzielczości” i last but not least – nową powieścią. Dlaczego więc był to okres przejściowy? Dlatego, że wciąż szukałem swojego miejsca w literackim świecie. Miałem poczucie, że trzeba wykonać kolejny krok naprzód. Gdy zakończyłem pracę nad następcą „Plagiatu”, kryminałem „Przypadek” rozpocząłem rozmowy z nowymi wydawcami. Poszło szybciej niż myślałem. W lutym związałem się umową z wydawnictwem Filia, które wyda moje dwie następne powieści – napisany już „Przypadek” i jego kontynuację. Rozpoczynam zatem nowy rozdział swoje pisarskiej drogi mając świadomość, że wreszcie mam u boku partnera wydawniczego na którego mogę liczyć i któremu mogę zaufać. Krok naprzód zatem wykonany! Niebawem napiszę szerzej o mojej kolejnej powieści i podam datę premierę. Z tego co wiem, będzie to data tegoroczna. Jesienna.