Wspomnienie Piotra Grudzińskiego

 

Z Grudniem

Ciągle mam tę irracjonalną nadzieję, że lada chwila obudzę się i odetchnę z ulgą, bo wszystko to, co wydarzyło się od niedzielnego poranka okaże się tylko koszmarnym snem… niestety ten koszmar na jawie trwa i powoli staje się nową rzeczywistością, rzeczywistością, w której nie ma już nami Piotra Grudzińskiego. Pogodzenie się z tym faktem zajmie wiele czasu… jeśli kiedykolwiek uda się z tym tak do końca pogodzić.

Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawialiśmy, przeprowadzaliśmy ostatni długi wywiad do książki o Riverside. Dzień i dwa dni później widzieliśmy się w studiu Serakos, gdzie chłopaki pracowali nad nowym albumem. Grudzień siedział metr ode mnie, spokojnie „rzeźbił” na gitarze… Później gdy robiłem już wywiad z producentem Robertem Srzednickim jeszcze na chwilkę wszedł aby się pożegnać, położył palec na ustach, sygnalizując że będzie cicho, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, uścisnął rękę Robertowi i mi, szepnął „lecę”…

Grudzień urzekł mnie swoją erudycją, był fantastycznym rozmówcą, bardzo inteligentnym i piekielnie wrażliwym, przemiłym facetem. Cechował się rzadko spotykaną w środowiskach artystycznych skromnością. Jego postrzeganie drogi muzycznej, historii Riverside i planowanie przyszłości określała przede wszystkim wielka pokora. Miał świadomość tego jak wiele udało mu się osiągnąć wraz z zespołem ale twardo stąpał po ziemi. Krzywił się, gdy musiał używać w swoim kontekście słowa „kariera”. Względem tego, co robił potrafił być bardziej surowy, niż najbardziej krytyczny recenzent. I to nie była kokieteria, ani fałszywa skromność, którą artyści czasami próbują wyłudzić komplement. Grudzień był świadom granic własnych możliwości muzycznych (dzięki temu potrafił je przesuwać, rozwijając się). Choć był samoukiem wypracował bardzo dobrą technikę, ale to nie ją stawiał na piedestale. Tam gdzie kończyła się technika, wkładał gigantyczne pokłady emocji, które dookreśliły jego styl. Dzięki temu jednym, dwoma, trzema prostymi trąceniami strun potrafił poruszyć do głębi serca. Był prawdziwym mistrzem granych z pasją melodyjnych solówek.

Z Grudniem (2011)

Interesował się życiem bardzo szeroko, gitara nie przesłaniała mu całego świata. Dbał o rodzinę, w życiu zespołowym pielęgnował przyjaźń, lojalność, cenił kolektywność, lubił być częścią zgranej ekipy. Nasze rozmowy bardzo często wylewały się poza kwestie muzyczne i historię Riverside. W czasach gdy większość rozmów przypomina wzajemne przekrzykiwanie się, dyskusje z Grudniem były szczególnie przyjemne. Nie tylko miał wiele ciekawych spostrzeżeń, którymi jasno się dzielił ale też potrafił wysłuchać, przemyśleć i celnie ustosunkować się do słów rozmówcy. Coraz rzadziej spotykam się z taką interakcją. Lubiłem z nim rozmawiać. Te rozmowy mobilizowały do wysiłku intelektualnego, wzbogacały. Wielokrotnie wzruszył mnie szczerością, opowieściami o pierwszej gitarze, o trudnym do przecenienia wsparciu rodziców, o przyjaźniach i przede wszystkim o własnych zmaganiach, bo aby móc spełnić muzyczne marzenia, musiał stoczyć batalię z własną wrażliwością, sceniczną tremą.

Nie będę ukrywał, że śmierć Grudnia wyrąbała we mnie emocjonalny krater. Każda śmierć jest w pewnym sensie „końcem świata” i w ostatnią niedzielę jakiś świat niewątpliwie się skończył. Na razie potwornie boli, ale prawdziwą skalę tej straty ocenić będzie można dopiero za jakiś czas, gdy opadnie kurz pierwszej rozpaczy, gdy obeschną pierwsze łzy… boję się tego co zobaczę, z czego zdam sobie sprawę za kilkanaście dni, za kilka tygodni, miesięcy. Boję się, że pejzaż bez Grudnia będzie niemniej trudny do ogarnięcia i zaakceptowania, niż wiadomość, którą odebrałem w niedzielę rano.

Przepraszam jeśli mój wpis nabrał wymiaru zbyt osobistego ale sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że uznałem iż taki ton tym razem będzie na miejscu. Wiem, że tysiące ludzi na całym świecie od niedzieli czuję się podobnie… Muzyka zespołu Riverside towarzyszy mi nieprzerwanie od 2004 roku, to ścieżka dźwiękowa ostatniej dekady mojego życia, była przy mnie zawsze i wszędzie. Zmieniały się miejsca pobytu, zmieniały się zajęcia, samopoczucia, zmieniali się towarzysze, ale muzyka Riverside z tą charakterystyczną, płynącą z głębi „serducha” gitarą Grudnia była częścią „niezmienną” mojej drogi. Pierwszy duży artykuł biograficzny poświęcony zespołowi napisałem wiosną 2006 roku. Ciągle aktualizowany pełni do dziś rolę internetowej biografii na oficjalnej stronie zespołu. Gdy dwa lata temu rozpocząłem pracę nad książką o Riverside jeszcze mocniej zbliżyłem się do chłopaków. Taka współpraca wymaga dużego wzajemnego zaufania i szczerości. Nie dziwię się więc, że czuję stratę nie tylko bardzo lubianego muzyka, ulubionego gitarzysty, ale też po prostu bliskiego człowieka.

Nie lubię mówić „żegnaj”. Wierzę w Boga, moja wiara jest wiarą „organiczną”, poza-religijną. Nie próbuję tego rozgryzać, żyję ze świadomością, że Bóg i to „co po naszym ziemskim życiu?” jest dla człowieka niepoznawalne. Wierzę zatem, że mogę powiedzieć „do zobaczenia” w tym „Niepoznawalnym”, co czeka nas wszystkich „po tamtej stronie”. Tam będziemy kontynuować nasze rozmowy. A tymczasem dziękuję Ci Grudzień za miliony pięknych gitarowych dźwięków, za te wszystkie lata muzycznej przygody, którą mogłem obserwować, za batalię którą stoczyłeś aby spełniać muzyczne marzenia, spełniając przy okazji też moje, jako słuchacza, za otwartość, za długie godziny rozmów, za każde ciepłe słowo na temat moich książek (nawet nie wiesz, jak były dla mnie ważne i jak mnie budowały…) i wreszcie za to, że byłeś taki jaki byłeś i że mogłem Cię poznać!

 

 

Nominacja do „Warto 2016″!

WARTO

Znalazłem się w gronie kandydatów do otrzymania nagrody „Warto 2016″ w kategorii „literatura” przyznawanej najzdolniejszym młodym twórcom związanym z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem. Sama nominacja to wielki zaszczyt, a o tym, czy uda się „wygrać” coś więcej przekonamy się 17 marca na gali we wrocławskim Eterze. Od 29 lutego będzie można głosować na swoich kandydatów. Nie ukrywam, że liczę na głosy ;)

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19647710,warto-2016-nominacje-w-kategorii-literatura.html

 

RIVERSIDE. Love, Fear and the Time Machine (recenzja)

 

Love fear okładka

Kompresja bezstratna

Droga większości najbardziej utalentowanych grup progresywnych nie ogranicza się tylko do eksploracji wypracowanego stylu, ale wiąże się też z nieustanną ewolucją kompozytorsko – wykonawczą. Riverside mimo licznych powiązań stylistycznych i inspiracji, właściwie od samego początku cechował się własnym pomysłem na muzykę. Pomysłem charakterystycznym, ale też bardzo „plastycznym”, podatnym na zmiany. Gdy ukazał się album „Second Life Syndrome” trudno było nie zauważyć, że Riverside doprowadził do perfekcji swój oryginalny, „startowy” pomysł na spójne połączenie skrajnych stylistyk neoprogresywnej i progmetalowej. Gdyby charakter zespołu nie był progresywny, a styl nastawiony na ewolucję, byłby to ostatni udany album w dorobku Riverside (albo i ostatni w ogóle). Cztery lata później ukazała się płyta „Anno Domini High Definition” i wówczas nie dało się nie zauważyć, że grupa po raz drugi nagrywając materiał wybitnie udany, znów dotarła do ściany – że dynamiczniej, szybciej i ciężej w obrębie tego stylu już się nie da. Warto zwrócić uwagę, że w obu przypadkach obie te szczytowe płyty poprzedzały albumy w pewnym sensie nakreślające nowe kierunki, przygotowujące do dzieła głównego („Out of Myself” i „Rapid Eye Movement”). Dwa i pół roku temu „Shrine of New Generation Slaves” ukazał nową drogę. Ruszył proces muzycznej kompresji. Zespół, który dotychczas najszerszą i najbarwniejszą paletę możliwości ukazywał w kilkunastominutowych kompozycjach, rozpoczął rewolucję konstrukcyjną, której cel stanowiło przekazanie wszystkich swoich atutów w krótszych formach. „SoNGS” był trzecim po „Out of Myself” i „Rapid Eye Movement” albumem badającym grunt, przygotowującym do dzieła głównego. „Love, Fear and the Time Machine” jest krokiem naprzód w stosunku do „SoNGS”, rozwija i precyzuje rozpoczęty na poprzedniej płycie proces przenoszenia rozmachu i gęstości nowoczesnej progresji z formy suity, do sześcio – ośmiominutowej kompozycji. To „uproszczenie”, które przyniosła w pewnym stopniu „SoNGS”, a teraz już w pełnej krasie prezentuje „Love, Fear and the Time Machine”, można określić mianem „kompresji bezstratnej”. „Kompresji” – bo utwory są krótsze, dźwięków w sumie mniej – ale „bezstratnej”, bo muzyce żadna krzywda się nie stała. Wręcz przeciwnie. Riverside który zawsze imponował „porządkiem” zarówno w obrębie kompozycji, jak i w konstrukcji całych albumów, nigdy wcześniej nie był tak dobrze poukładany instrumentalnie, tak konkretny, tak „trafny”. Na tej płycie nie ma chyba jednego zbędnego dźwięku.

Na „Love, Fear and the Time Machine” znajduje się dziesięć kompozycji, całość trwa dokładnie godzinę (szósta płyta, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut muzyki). Po raz pierwszy na regularnym albumie Riverside znajduje się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy żadna z nich nie trwa powyżej dziesięciu minut. Tym razem optymalny czas dla kompozycji to około sześciu – siedmiu minut i w tych „dystansach” grupa serwuje różne formy konstrukcyjne. Są tu oczywiście formy piosenkowe, gdzie atutem są nośne refreny, jak choćby otwierający „Lost (Why I Should Be Frightened By a Hat?)”, przebojowy „Discard Your Fear”, czy mega-przebojowy „#Addicted”, ale są też formy nieco inaczej zbudowane, a przy tym niewiele dłuższe. Dużo o nowym pomyśle stylistycznym Riverside mówią dwa utwory: „Caterpillar and the Barbed Wire” i „Saturate Me” (tracki nr cztery i pięć, kto wie, czy wraz z trzecim „#Addicted” nie jest to najlepszy fragment albumu). W obu mamy zarówno błyskotliwe fragmenty „piosenkowe”, jak i doskonałe partie instrumentalne. Szczególnie interesujący jest ten pierwszy numer: zbudowany wokół mięsistego basowego riffu, z jednej strony zawiera wiele klasycznych elementów rozpoznawalnego stylu Riverside, ale też zaskakuje kilkoma ciekawymi nowinkami (nietypowe dla grupy rozegranie refrenów). Utwór wieńczy wyborny dwuminutowy instrumental, w którym kwartet mocno rozwija skrzydła (monumentalna partia Łapaja na tle „krzyczącej” gitary Grudzińskiego i wyeksponowanej, łamiącej rytm sekcji). W pełnym kontrastów „Saturate Me” jest odwrotnie: utwór otwiera partia instrumentalna, która przypadnie do gustu tym, którzy wolą Riverside w zadziorniejszej, bardziej demonicznej formie (porykuje tu Hammond, gitary biczują ciętymi riffami). Wraz z pojawiającym się wokalem Dudy numer łagodnieje, robi się przestrzennie. W siedmiu minutach grupa eksponuje tu wiele swoich największych atutów – bogactwo melodyczne zarówno w liniach wokalnych, jak i w krótkich partiach solowo-instrumentalnych, tendencje do gwałtownych zmian dynamiki (od elementów hard/progmetalowych aż po niuanse niemalże ambientowe).

Album sprawia wrażenie, jakby składał się z dwóch części. Pierwsza połowa (pięć numerów, do „Saturate Me” włącznie) jest dynamiczniejsza, cięższa. Na szóstym tracku umieszczono mroczny, leniwy „Afloat” sprawiający wrażenie punktu granicznego, bufora między pierwszą, a drugą częścią płyty. Ten numer przerywa ciąg dynamiczniejszych utworów. Album od tego momentu powoli będzie się wyciszał, choć siódmy „Discard Your Fear” jest numerem jeszcze dosyć energetycznym, a w ósmym „Towards the Blue Horizon” znajdują się fragmenty również bardzo drapieżne. Przy tym drugim numerze warto się na chwilę zatrzymać, bo to najdłuższa tutaj kompozycja i przede wszystkim nieszablonowo skonstruowana. Otwiera ją żwawa partia gitary akustycznej i delikatny śpiew Dudy, ale nie jest to typowa riversajdowa ballada, do jakich przyzwyczaił nas zespół. Całość rozwija się, dołącza piano Łapaja i ostrożna perkusja Piotra Kozieradzkiego. W czwartej minucie utwór zupełnie zmienia charakter. Znika początkowa akustyczna sielanka, a wraz z zaborczą partią gitary Grudzińskiego i posępnymi akordami klawiatur, utwór przenosi się w rejony niemalże progmetalowe. Prawdziwie burzliwy jest ten fragment instrumentalny, ale tak jak po burzy nagle potrafi wyjrzeć słońce, tak i tu kompozycja niezauważalnie wraca do balladowej sielanki, by… na koniec znów postraszyć histeryczną zagrywką gitary Grudzińskiego i mrocznymi akordami klawiatur Łapaja. Istny rollercoster. Album wieńczą dwie ballady ostatecznie zwalniające tempo i wyciszające album. „Time Travellers” to najlepsza akustyczna ballada Riverside od czasów… hmmm… no właśnie. Powiedziałbym, że takiego cudeńka nie było od „The Time I Was Daydreaming”, a kto wie, może nawet od „In Two Minds”. Na „dobranoc” dostajemy balladę „z prądem”, której charakter może pełnić rolę wizytówki nastroju całego albumu. Określiłbym go mianem „smutnego optymizmu”, mocno podlanego nostalgią. Album wieńczą zatem dwie ballady, ale jakże inne – zasadniczo różniące się od siebie, jak również od poprzednich ballad w dorobku Riverside.

Nie ma na tym albumie żadnego „długasa”, żadnej klasycznej progresywnej suity, żadnego następcy „Second Life Syndrome”, czy „Left Out”, a mimo to album jest kompletny. Pamiętam opowieści Mariusza Dudy o tym, jak powstawał poprzedni album „SoNGS”. Płyta była już prawie gotowa, zespół miał wchodzić do studia, ale w repertuarze czegoś brakowało. Mariusz widział, że w kulminacyjnym momencie albumu jest jakaś wyraźna luka, dlatego w ostatnich dniach przed nagraniami powstał dwunastominutowy „Escalator Shrine”, który ostatecznie stał się szczytowym fragmentem płyty. Jasne jest więc, że jeszcze wówczas nie udało się udźwignąć całego albumu krótszymi numerami. Tym razem, jak widać, nie było już tego problemu. Zespół potrafił zawrzeć wszystko, co najciekawsze w kompozycjach sześcio – siedmiominutowych, nie wytrącając sobie przy tym żadnych najważniejszych atutów.

Cieszyć może też łatwo zauważalna dojrzałość wykonawcza. Bo skoro tym razem album miał być w większym stopniu podporządkowany „kompozycji”, to nie mogło tu zabraknąć wzmożonej dyscypliny instrumentalnej. Czasy nadpobudliwych szaleństw instrumentalnych z okresu „ADHD” minęły. Hammondy – znak rozpoznawczy Michała Łapaja – są tu złapane na krótką smycz. Michał nie gra tylu solówek co zwykle, a jego partie są wyważone, często nieco wycofane, mniej narzucające się, głęboko siedzące w ramach kompozycji. Inaczej gra też Piotr Kozieradzki, którego „przejścia” można policzyć na palcach jednej ręki. Jego styl gry został wyraźnie „przystrzyżony”, z korzyścią dla przejrzystości tych utworów. Takie „odchudzenie” partii poszczególnych instrumentów nie zaszkodziło kompozycjom – i tak są gęste i dużo się w nich dzieje – a świadczy o bardzo rozsądnej dojrzałości, jaka ujawniła się już poniekąd na „SoNGS”, a tu widać ją już chyba w pełnej krasie.

W związku z ukróceniem klawiszowych szaleństw Łapaja, album jawi się jako bardziej gitarowy. Odnoszę wrażenie, że Piotr Grudziński przygotowując partie gitar wyraźnie zmniejszył oczka w sicie, przez które przepuszcza swoje pomysły. I choć rola gitar również została nieco „skompresowana”, to nadal ten sam wszechstronny „Grudzień” potrafiący, jak mało kto, połączyć melodykę z dynamiką. W jego stylu gry pojawiły się nowe odcienie brzmieniowo – emocjonalne, bo wśród zabarwień neoprogresywnych, progmetalowych i hardrockowych, do których zdążył nas już przyzwyczaić, znalazły się też tym razem ostrożne wpływy post-rockowe. Paleta barw Piotra Grudzińskiego robi się coraz bogatsza, co w zestawieniu z również bardzo szeroką skalą możliwości Łapaja sprawia, że Riverside jawi się dziś jako zespół posiadający gigantyczne możliwości melodyczno – harmoniczne (patrz fragment instrumentalny „Caterpillar and the Barbed Wire”!).

Warto też zwrócić uwagę na nowe odcienie w palecie barw emocjonalnych muzyki Riverside. Wiadomo, że zespół od zawsze miał ambicję, aby łączyć różne, skrajne „żywioły” i stany emocjonalne. Hasło: „szept i krzyk, smutek i radość” towarzyszyło Riverside już w czasach trylogii. Długo był kłopot z delikatniejszym szkicowaniem stanów pośrednich, wymagających lekkiego niedopowiedzenia, i z „radością”, która sprawiała wrażenie stanu dla Riverside co najmniej trudno uchwytnego. Na „SoNGS” pojawił się „Feel Like Falling” przełamujący lekko tę barierę, na „Love, Fear and the Time Machine” jest „#Addicted”, numer brzmiący, jakby do worka stylistycznego Riverside ktoś dorzucił dwie solidne garstki stylu The Cure (szarpliwy riff basowy, dynamika) i stylu A-ha (linie wokalne w refrenach). Dużo tu światła, nieco lżejszego i właśnie niemalże radosnego grania. Przyjemną lekkość ma w sobie też ostatni „Found (The Unexpected Flaw of Searching) ” – choć cechuje go nostalgia spod znaku Pink Floyd, jest tu jaśniej, optymistyczniej.

Mariusz Duda, który tym razem podpisał się jako autor nie tylko tekstów, ale w ogóle wszystkich kompozycji, serwuje kilka bardzo mocnych, charakterystycznych i niebanalnych basowych riffów, często pełniących rolę punktu startowego i fundamentu utworów. Tak jest choćby w motorycznym „#Addicted”, gęstym „Caterpillar and the Barbed Wire”, czy znanym już „Discard Your Fear”. Wokale Dudy w przeważającej większości są łagodne, celowo odciążają zwykle dosyć gęstą sferę instrumentalną (najwyraźniej słychać to w drugiej części „Saturate Me”, gdzie na dynamicznej i gęstej „ścianie” dźwięku Duda podaje lekką, wieńczącą dzieło melodię).

Sferę konceptualno – tekstową określiłbym właśnie tak, jak określiłem charakter ballady „Found”, czyli jasne, w pewnym sensie dosyć optymistyczne spojrzenie na nostalgię. Nostalgię za latami minionymi. Kierunkuje nas tu głównie tekst ballady „Time Travellers”, w której Duda śpiewa: Wróćmy w świat / sprzed trzydziestu lat / I uwierzmy, że to był nasz czas. Celem podróży tej „Maszyny czasu” są więc lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie jest to jednak tęsknota za komuną i PRL-em, ale nostalgia za swoistą prostotą i logiką ówczesnych relacji, za tą wolną przestrzenią dla wyobraźni, której jeszcze wówczas nie zawłaszczyły sobie cuda nowoczesnej techniki i komunikacji, za czasami, kiedy dzieciaki nie miały smartfonów i playstation, ale potrafiły się świetnie bawić na byle trzepaku. Ta dosyć jasna, nieprzytłaczająca nostalgia za przeszłością, za okresem beztroskiego dzieciństwa określa część tekstów, choćby otwierający „Lost”, czy „Towards the Blue Horizon”. W „Saturate Me” i „#Addicted”, numerach stosownie dynamiczniejszych, pojawia się z kolei temat zagubienia człowieka w teraźniejszości, w czasach ponowoczesnego chaosu, co logicznie kontrastuje z nostalgią za poukładanym światem dzieciństwa. Jak zwykle u Dudy sporo tu błyskotliwych zwrotów („I-crowd patterns” pasowałby do nieformalnej „trylogii tłumu”, której album miał być częścią) i spostrzeżeń podanych nie-nachalną, sugestywną poetyką.

Czy to najlepszy album w dorobku Riverside? Pod względem realizacji założeń konceptualnych, konsekwencji rozwoju stylistycznego i jakości samego materiału jest to niewątpliwie jedno ze szczytowych dokonań grupy. Riverside stając się zespołem dojrzałym i konkretnym, nie utracił nic ze swojego entuzjazmu, rozmachu, błyskotliwości, wrażliwości na detale, rockowej mocy, progresywnej inteligencji i precyzji. Kompresja bezstratna. I tak naprawdę nie ma co wracać trzy dekady, do lat osiemdziesiątych. Czasy Riverside są na pewno tu i teraz, bo niewielu artystów na muzycznej scenie świata tak dobrze dziś rozumie problemy i rozterki współczesnego człowieka, jak panowie z Rzekibrzegu.

 

Donoszę, że jestem

Wczorajszą, blisko 6-godzinną rozmowę z Grudniem zwieńczyliśmy małym „lokowaniem” produktu. Piotrek, jak się okazało, ma w swojej domowej bibliotece moją powieść „Okrągły przekręt”. Miło jest leżeć na półce (ceniącego dobrą literaturę) jednego z najlepszych polskich gitarzystów, tuż obok „Bezcennego” Zygmunt Miłoszewskiego i „Nielegelnych” Vincenta Severskiego. Zacna biblioteczka

Własna twarz Phila Collinsa

Po nieudanej kanadyjskiej wycieczce, Phil w kwietniu 1979 roku wrócił do domu w Shalford samotnie. Działania Genesis zostały zawieszone, więc nie miał żadnych naglących obowiązków. Jednak ostatnią rzeczą na jaką miał wówczas ochotę była bezczynność. Duży, opuszczony przez bliskich dom stał się naturalnie miejscem pracy. Jeden z pokojów perkusista przerobił na małe, amatorskie studio nagraniowe, w którym zainstalował swoje instrumenty – perkusje, keyboard i automat perkusyjny – a także ośmiościeżkowy magnetofon w celu rejestracji muzycznych pomysłów. To tam przelewał smutek i rozczarowanie na taśmy, komponując tym samym swoje pierwsze w pełni autorskie piosenki. Miałem ośmiościeżkowy magnetofon, który umieściłem w głównej sypialni – wspominał. – Zacząłem sypiać w innym pokoju. Jak tylko nauczyłem się obsługiwać maszynę zacząłem nagrywać. Miałem duże pianino, syntezator Prophet 5, piano Fender Rhodes i oryginalny automat perkusyjny Rolanda.