Piętnaście lat dojrzewania z Peterem Gabrielem

 

20180528_201345

Muzycznie – nostalgicznie.

30 maja 2003 roku. Stadion Lecha w Poznaniu. Ciepły, wręcz duszny wieczór. Dwadzieścia tysięcy ludzi stłoczonych na płycie boiska łapie każdy dźwięk dobiegający z gigantycznych głośników i zadziera lekko głowy do góry, by widzieć co dzieje się na scenie. A tam, w otoczeniu kilku świetnych instrumentalistów, prym wiedzie pięćdziesiąciotrzyletni łysy mężczyzna z siwą kozią bródką. Ubrany jest w dziwaczną czarną kamizelkę. Z daleka wygląda jakby miał na sobie elegancki frak, z bliska jego strój przypomina futurystyczny kaftan postaci z filmu science-fiction. Ciepłe, gęste powietrze przecinają dźwięki. Czasem ciężkie, progresywnie połamane, czasem funkowe, innym razem zabarwione afrykańskim lub dalekowschodnim folklorem. Kamienie milowe popkultury. Niektóre z nich to światowego kalibru przeboje, inne ukazują bardzo artystyczne i wysublimowane spojrzenie twórcy na muzykę pop. Całość składa się na grubo ponad dwugodzinną ucztę na którą wielu Polaków czekało przysłowiowe „całe życie”.

Chciałbym napisać, że wydaje mi się jakby to było wczoraj, albo że zleciało „jak z bicza trzasł”, ale nie mogę. Mam bowiem wrażenie, że koncert ten odbył się w „innym świecie”, diametralnie innych czasach i że było to milion lat temu. Skąd to wrażenie? Rzut do oka do pożółkłych kalendarzy. Prezydentem RP był jeszcze Aleksander Kwaśniewski, premierem Leszek Miller, selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Paweł Janas, a grali w niej Jacek Krzynówek, Maciej Żurawski i Jerzy Dudek. Najpopularniejszym sportowcem był Adam Małysz, a największą i „najnowocześniejszą” halą koncertową… katowicki Spodek. Tamtej wiosny Polacy ekscytowali się pierwszym politycznym spektaklem medialnym śledząc wielogodzinne transmisje z przesłuchań komisji śledczej tak zwanej „Sprawy Rywina”. Nucili przebój radiowy „Żałuję” Eweliny Flinty, a do kina wybierali się na wchodzący właśnie na ekrany „Matrix Reaktywacja”. Tak, to było naprawdę dawno temu.

Dziś mija piętnaście lat od pierwszego na polskiej ziemi koncertu Petera Gabriela. Ten nieszablonowy muzyk i wybitny artysta popkultury, autor kilkunastu światowych przebojów, twórca kilku przełomowych dla muzyki popularnej albumów, założyciel i pierwszy wokalista zespołu Genesis zagrał na żywo 30 maja 2003 roku na stadionie poznańskiego Lecha. I był to niewątpliwie wielki wieczór, poprzedzony długim niecierpliwym oczekiwaniem, stopniowaniem napięcia i rosnącą z każdym tygodniem ekscytacją, począwszy od pewnego grudniowego dnia, gdy koncert ten na antenie radiowej trójki zapowiedział Piotr Kaczkowski.

Peter Gabriel wracał wówczas do aktywności. Wydany we wrześniu 2002 roku album „Up” był pierwszym regularnym albumem od wydanego dziesięć lat wcześniej „Us”, a trasa „Growing Up” pierwszą od spektakularnej „Secret World” z lat 1993/4. Na ten powrót czekało kilka milionów słuchaczy na całym świecie. I to był ten moment, kiedy Gabriel wracał jeszcze pełen energii, typowej dla siebie artystycznej arogancji, pomysłowy, błyskotliwy i w formie godnej Mistrza. Po raz kolejny udowodnił, że studyjne nowinki i muzyczne mody potrafi podporządkować sobie w taki sposób, by stworzyć muzykę świeżą, zaskakującą, brzmiącą nowocześnie, a przy tym utrzymaną w pewnym charakterystycznym dla siebie stylu i trudną do gatunkowego zaszufladkowania. Nowa muzyka miała stanowić kręgosłup repertuaru tamtej trasy. Peter obudował go obszernym przekrojem całej swojej solowej twórczości. Do Poznania przyjechał z pełnym setem, ale mocno okrojoną oprawą na której przyjęcie nie był wówczas przygotowany żaden polski obiekt koncertowy. Występ w naszym kraju miał przez to wyjątkowy smak. Tak wspominałem go w książce biograficznej „Świat realny, świat sekretny”:

„Gabrielowi musiało bardzo zależeć na tym, aby zagrać dla polskiej publiczności, gdyż wyjątkowo zgodził się na występ na otwartej przestrzeni (trasa była halowa) i zrezygnował z niemal wszystkich wizualnych dodatków, a nawet ze swojej ulubionej okrągłej sceny. Zmodyfikował też odrobinę set, ale to już za namową Piotra Kaczkowskiego, który celowo przekazał Peterowi listę z wynikami głosowania słuchaczy ‘minimaxa’ w tak zwanym ‘topie Gabriela’. W pierwszej piątce topu polskich fanów znalazły się: Don’t Give Up, Red Rain, Biko, Solsbury Hill i Mercy Street. Na koncertach pojawiały się trzy z nich. Gabriel uznał że to za mało, więc na dzień przed poznańskim występem, podczas wieczornej próby dźwięku w kilkadziesiąt minut przypomniał zespołowi jak wykonuje się Biko i 30 maja włączył go do repertuaru. Ze smaczków wizualnych pozostała tylko „skacząca kula”, choć i w tym przypadku Gabriel sporo ryzykował, bo na tradycyjnej prostokątnej scenie jeszcze nigdy nie skakał. ‘W Poznaniu wystąpię na scenie, która będzie miała inny kształt, więc niewykluczone że z niej spadnę’ – dowcipkował na konferencji prasowej. Nie dość, że nie spadł, to jeszcze dzięki zubożeniu ‘technologicznego teatru’ udowodnił, że siłą jego koncertów i tak ciągle przede wszystkim jest muzyka.”

Nowa powieść gotowa!

W miniony weekend postawiłem ostatnią kropkę nowej powieści! Trzynaście miesięcy zajęło mi wymyślenie historii i napisanie kryminału pod tytułem „Niezależność”. Nie był to łatwy proces, ale lubię trudności, bo dopiero gdy je przełamuję mam poczucie, że powstaje coś wartościowego. O czym jest nowa powieść? Marcin Faron – co zasugerowałem w epilogu „Przypadku” – wraca do pracy w mediach, ale za biurkiem nie posiedzi za długo, bo szybko z budynku redakcji pisma „Raport” wyrwą go nowe wyzwania i dramatyczne wydarzenia. Kręgosłupem powieści jest oczywiście intryga kryminalna, ale nie byłbym sobą, gdybym nie obudował go żywą tkanką dramatu obyczajowego i elementami political fiction. Skrywająca mroczną tajemnicę aktorka Weronika Linetty podzieli się swoimi rozterkami w obszernym i bardzo szczerym wywiadzie-rzece. Perspektywa jego opublikowania niepokoi wielu ludzi. Ministerstwo kultury musi zmierzyć się z Buntem Artystów Polskich, którzy głośno protestują przeciwko niszczącym środowisko artystyczne decyzjom ministra. Marcin Faron rozegra trudną batalię o prawdę i niezależność, zmagając się między innymi z próbującym zwerbować go do agencji medialnej Continuitas Piotrem Lenartem – szarą eminencją świata polskiej kultury i mediów. To tylko kilka wątków z tej rozbudowanej i różnorodnej intrygi, którą tym razem utkałem.

Tytuł jest tu nieprzypadkowy, bo „Niezależność” to kryminalno-społeczna opowieść właśnie o szeroko i różnorodnie rozumianej niezależności. Niezależności mediów, niezależności kultury, niezależności osobistej i zawodowej. Nigdy nie interesowało mnie samo literackie mordowanie. Odkąd zacząłem pisać powieści kryminalne zawsze chciałem, żeby obok historii o zbrodni i poszukiwaniu zabójcy przedstawić jakiś ciekawy kawałek rzeczywistości; aktualny problem, który nas w mniejszym lub większym stopniu dotyczy tu i teraz – w Polsce początku XXI wieku. W „Niezależności” tę „społeczną” sferę opowieści poświęciłem kulturze i jej przecięciu ze światem polityki. O kulturze pisałem już troszeczkę w „Plagiacie”. Tutaj wracam do tego tematu odważniej i z nieco innej perspektywy. Konflikt na linii ministerstwo kultury – artyści to fundament mojej opowieści po części zaczerpnięty z rzeczywistości. Reszta jest już stuprocentową fikcją. Staram się ją na każdym kroku maksymalnie uwiarygadniać, bo lubię, gdy opowieść sprawia wrażenie prawdziwej, by płynęła obok znanej nam codzienności tak blisko jak się tylko da. Nie ma bowiem dla mnie piękniejszych i bardziej chwytających za serce historii niż te, które choć nigdy się nie wydarzyły, są tak rzeczywiste, że bezdyskusyjnie mogłyby się wydarzyć. „Niezależność” to opowieść o walce o prawo do głoszenia prawdy, jakakolwiek by ona nie była. I jak to w kryminale, niektórzy za prawdę dotyczącą swojego życia będą musieli to życie oddać.

Praca nad tą powieścią trwała dłużej niż planowałem, ale czasem tak jest, że trzeba wybrać między szybko a dobrze. Stając przed takim dylematem zawsze wybieram to drugie, bo jakość jest najważniejsza. Podobnie jak „Plagiat” pisałem tę powieść dwukrotnie. Pierwszą wersję testową, by sprawdzić mielizny i wybrać najlepsze rozwiązania, a później już właściwą, którą szlifowałem i dopieszczałem od marca. Po ponad roku pracy wreszcie jest tak, jak pragnąłem by było.

Chciałbym, żeby „Niezależność” ukazała się w listopadzie. Po pierwsze dlatego, że to odpowiedni dystans od marcowej premiery „Przypadku”, a po drugie dlatego, że przełomowe wydarzenia nowej powieści wypadają właśnie w listopadzie. Sympatycznie by się zgrało. Czy tak się stanie, przekonamy się niebawem. Na razie stawiam ostatnią kropkę i łapię trochę oddechu. Trzeba odpocząć i zebrać siły do kolejnych wyzwań. Dwa fajne pomysły czekają na opracowanie. Jeden kryminalny, w sam raz dla Marcina Farona. Drugi zupełnie z innej beczki, który otworzy mi możliwość napisania powieści nie należącej do żadnego znanego gatunku. Ale o tym wszystkim za jakiś czas.

Sprawa Gorgonowej

Czas i klimat Świąt skradła mi książka „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” autorstwa Cezarego Łazarewicza (wyd. Czarne). Zanim kilka słów o książce, trochę o opisanej w niej historii, którą napisało życie… A czasami wydaje mi się, że sam diabeł, który zmaterializował się pewnej grudniowej nocy w letniej willi w niewielkiej wsi pod Lwowem.

To jedna z tych historii, które zaserwowały mi kiedyś kilka nieprzespanych nocy i o których pamiętam mimo upływu lat. Miałem szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy natknąłem się na film „Sprawa Gorgonowej” w reżyserii Janusza Majewskiego i w iście wirtuozerskiej obsadzie z Romanem Wilhelmim, Aleksandrem Bardinim, Andrzejem Łapickim, Mariuszem Dmochowskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Ewą Dałkowską w roli tytułowej. Film mroczny, bardzo sugestywny, magnetyzujący. Ponad dwie godziny mistrzowskiego dramatu sądowniczego z elementami kryminału, czy nawet thrillera. To był cios. Tym bardziej, że przedstawiona w filmie historia wydarzyła się naprawdę. Pewnie wszyscy znają szczegóły dramatycznych wydarzeń sprzed blisko dziewięćdziesięciu lat, ale dla porządku, w telegraficznym skrócie przypomnę o czym mowa.

Ostatnie dni grudnia. Wieś Brzuchowice niedaleko Lwowa. Dom Zarembów. To miały być ostatnie chwile spędzone w tym domu w takim składzie osobowym. Związek czterdziestoośmioletniego architekta Henryka Zaremby z trzydziestoletnią opiekunką Ritą Gorgonową dobiegał końca. Niebawem mieli zamieszkać osobno. Ona zostaje z malutką Romaną w willi, on z dwójką starszych dzieci z pierwszego związku – córką Elżbietą i synem Stanisławem – przenosi się do mieszkania we Lwowie. Przeprowadzka zaplanowana jest na pierwsze dni stycznia. Ale nowego życia nie rozpoczną zgodnie z planem. W nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku brutalnie zamordowana zostaje starsza córka Zaremby, siedemnastoletnia Elżbieta „Lusia” Zarembianka. Tej samej nocy rozpoczyna się śledztwo, które najpierw wyklucza możliwość wejścia mordercy z zewnątrz, a następnie kieruje podejrzenia na Ritę Gorgonową. Urodzona w Dalmacji bona miała zatłuc Lusię dżaganem zadając jej kilka śmiertelnych ciosów w głowę. Motywem zbrodni miała być zemsta za rozbicie jej związku z Zarembą. Wiosną postawiono ją przed sądem i ruszył jeden z najgłośniejszych i najsłynniejszych polskich procesów. Proces bardzo trudny, poszlakowy, podlany kotłującymi się emocjami tysięcy obserwatorów. Zainteresowanie sprawą było gigantyczne, a presja ze strony „ulicy” podobno mocno odczuwalna. Gorgonową skazano na śmierć, ale nad sprawą unosiła się aura niewyjaśnionej tajemnicy, której prokuratura do końca nie potrafiła rozwiać. O wyroku zadecydowały ostatecznie zeznania czternastoletniego Stasia Zaremby, który tamtej nocy widział postać wysokiej kobiety czającej się na werandzie i mimo ciemności twierdził, że rozpoznał w niej Ritę, oraz zakrwawiona chusteczka należąca do Gorgonowej, ukryta w piwnicy.

Po apelacji odbył się drugi proces. Znów zakończony wyrokiem skazującym, ale tym razem już tylko na osiem lat więzienia. Gorgonowa wyszła na wolność po sześciu latach, 3 września 1939 roku, na mocy amnestii spowodowanej wybuchem wojny. Odsiadując wyrok urodziła córkę Ewę (Zaremba jej nie uznał, choć oczywistym wydaje się, że to on był ojcem).

Choć wszystko zdawało się rozstrzygnięte, historia ta ciągnie za sobą cień niedomówień i mimo długiego drobiazgowego śledztwa, podwójnego procesu, dziesiątek przesłuchań i ekspertyz nadal nie na wszystkie pytania znaleziono odpowiedzi, a wina Gorgonowej według wielu stoi pod znakiem zapytania.

Książka Łazarewicza kompiluje prawdopodobnie całą dostępną aktualnie wiedzę na temat legendarnej już „Sprawy Gorgonowej”. Szczegółowo odtwarza wydarzania dramatycznej nocy, podaje genezę tragedii, relacjonuje śledztwo posiłkując się zarówno wyjątkami z archiwalnych raportów, jak i z memuarów uczestników rozprawy. Obszerne cytaty gorących reportaży zaczerpnięte z gazet oddają atmosferę niezdrowego podniecenia i nieprzeciętnego zainteresowania mediów. Jest tu też duch epoki, specyficzny klimat odległego nam dziś dwudziestolecia międzywojennego. Łazarewicz pisze bardzo sprawnie. Dynamiczny, obrazowy, reporterski język umiejętnie buduje napięcie godne najlepszego thrillera, ale z drugiej strony nieustannie przypomina, że mamy do czynienia z opowieścią non-fiction. Przypominają o tym również znakomite fotografie, na których widzimy legendarne postacie – chociażby adwokata Maurycego Axera, który wziął na siebie tę niemożliwą do wykonania misję i podjął się obrony Gorgonowej. Są kadry z procesów, z wizji lokalnej, a także prywatne zdjęcia, choćby pokoju zamordowanej albo ujęcie Rity w towarzystwie dzieci. Jeszcze szczęśliwych, jeszcze nawet nie przypuszczających jak dramatycznie potoczy się ich życie.

Minęło wiele lat od śmierci Lusi Zarembianki, od śledztwa i od procesu. Większość uczestników i świadków tych wydarzeń już nie żyje. Ale tajemnica tamtej grudniowej nocy nadal mąci spokój wielu ludzi. Łazarewicz nie kończy opowieści w roku 1939. I to jest kolejny atut książki. Historia doprowadzona jest niemalże do dnia dzisiejszego. Poznajemy losy dzieci Rity Gorgonowej, przede wszystkim córek: Romany (dziś Aldona, jedyna żyjąca osoba, która feralnej nocy była w willi w Brzuchowicach) i Ewy urodzonej już w trakcie odsiadywania przez Gorgonową wyroku. Dowiadujemy się jakie relacje łączyły obie córki Rity, a także dlaczego przez wiele lat z oskarżeniami o zabójstwo Zarembianki musiał walczyć ogrodnik Zaremby Kamiński (bezczelne kłamstwa mediów nie są wymysłem naszych czasów). Wreszcie Łazarewicz rzuca naprawdę solidny snop światła na powojenne losy Gorgonowej, a książkę kończy prawdopodobną hipotezą dotyczącą okoliczności jej śmierci. Nie będę zdradzał szczegółów, powiem tylko, że historia ta jest niemal tak mroczna, jak historia śmierci Lusi Zarembianki.

„Koronkowa robota” to bardzo dobrze napisana książka reporterska. Doskonale się ją czyta, ale pozostaje jeszcze kwestia czy definitywnie rozwiązuje ona tajemnicę morderstwa w Brzuchowicach. Albo chociaż rozstrzyga kwestię winy i niewinności Rity Gorgonowej. Biorąc pod uwagę to, że od wielu lat nie pojawiły się żadne nowe wątki, ani fakty związane ze sprawą, trzeba się liczyć z tym, że w kwestii oceny wyroku niewiele może się zmienić. Nie pomaga tu nawet rozwój technik kryminalistycznych, bo materiały dowodowe w większości uległy zniszczeniu lub przepadły. Nie ma niestety możliwości ponownego zbadania śladów krwi ani odcisków palców na przechowywanym do dziś dżaganie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś rozwiązanie tej sprawy byłoby dużo łatwiejsze, ale niestety prawda o tamtej tragicznej nocy nie doczekała odpowiednich metod śledczych.

Łazarewicz doprowadzając historię do czasów obecnych wspomina o tym, że córka i wnuczka skazanej podjęły w 2014 roku próbę zrehabilitowania matki/babci i dążą do ponownego otwarcia sprawy. Są przekonane o niewinności Rity. Z opowieści Łazarewicza, która sprawia wrażenie bardzo obiektywnej, ta niewinność nie wynika. Odnoszę wrażenie, że pod względem stawianych tez i batalii między dowodami winy, a argumentami obrony, książka jest wiernym odzwierciedleniem procesu. Ma te same zalety i wady. Twardych i jednoznacznych dowodów winy Gorgonowej nie ma. Wszystkie o potencjale rozstrzygającym mają jakąś skazę, słabość, niedociągnięcie. Natomiast mocnych poszlak świadczących o winie Gorgonowej jest tak wiele, że trudno choćby pomyśleć poważnie o tym, że zamordować Lusię Zarembiankę mógłby ktoś inny. Niby oczywistym wydaje się, że zabić musiała Gorgonowa, ale nie sposób jej tego jednoznacznie udowodnić; przedstawić taki dowód, który rozwiałby absolutnie wszelkie wątpliwości. Ale to tylko moje wrażenia. Przypuszczam, że w przypadku tej historii ilu będzie czytelników, tyle wrażeń, tez i sądów.

Sprawa Gorgonowej nadal porusza. Mord przeraża a meandry śledztwa i atmosfera wielomiesięcznej rozprawy fascynują. To historia zbrodni i procesu, które stały się niemalże symbolem dwudziestolecia międzywojennego, jednym z najciekawszych przypadków kryminalnych i sądowniczych w historii Polski. „Koronkowa robota” bardzo ciekawie i umiejętnie tę historię odświeża i przypomina. Rzecz absolutnie obowiązkowa również dla fanów prozy kryminalnej. A po lekturze polecam seans „Sprawy Gorgonowej” Janusza Majewskiego.

Premiera nieprzypadkowego kryminału!

No to jest! Moja trzecia powieść, kryminał „Przypadek” trafiła do sprzedaży. We wszystkich możliwych wersjach, począwszy od tradycyjnej, papierowej książki, przez wersję cyfrową na czytniki (mobi) aż po audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Do wyboru do koloru, co kto lubi :) poniżej kilka linków. Można tu, można też próbować gdzie indziej :)

https://www.ceneo.pl/59266717

audibook: https://www.storytel.pl/books/148383-Przypadek

http://www.empik.com/przypadek-nowakowski-maurycy,p1183232857,ksiazka-p

https://www.swiatksiazki.pl/przypadek-6372504-ksiazka.html

przypadek

„Przypadek” na ostatniej prostej

Moja trzecia powieść – „Przypadek” – przeszła właśnie proces redakcji. Teraz jeszcze korekta, a później już tylko skład, projekt okładki, druk, druk, druk i oby jeszcze trochę dodruku. Premiera wstępnie planowana jest na luty przyszłego roku nakładem wydawnictwa Filia Mroczna Strona. Nie lubię się powtarzać, więc „Przypadek” nieprzypadkowo nie jest plagiatem „Plagiatu”. Miałem trochę czasu, by nabrać dystansu i na chłodno ocenić, co w „Plagiacie” ładnie zagrało, a co zafałszowało. Postarałem się więc wyeliminować słabsze elementy, a kontynuować i rozwinąć to, co stanowiło o jakości poprzedniej powieści. „Przypadek” jest kryminałem dynamiczniejszym i pod względem tematycznym bardziej zwartym i konkretniejszym, chociaż tło znowu jest mocno rozbudowane. Marcin Faron tym razem spróbuje szczęścia jako pracownik działu public relations korporacji farmaceutycznej – co już samo w sobie będzie wyzwaniem – a kosa śmierci zatoczy kręgi nad głowami jego najbliższych współpracowników. Będzie trochę o brudach świata medycznego, o nieetycznych metodach działania, o lekach, które zamiast leczyć szkodzą, ale to nie one będą zabijać… nie w tym „Przypadku” Premiera, jak już pisałem planowana jest na luty. Niebawem więcej szczegółów, a na razie wracam do pracy, bo kolejna powieść rośnie szybko jak ciasto w piekarniku i trzeba pilnować, żeby nie wyszedł zakalec

„Cicha noc” – dobra tradycja polskiego dramatu obyczajowego podtrzymana

Dopóki będą powstawały tak udane filmy jak „Cicha noc”, dopóty moim ulubionym gatunkiem pozostanie polski dramat obyczajowy. Reżyserowi tego obrazu Piotrowi Domalewskiemu warto się przyglądać, bo udowodnił, że nie tylko dużo widzi, ale również potrafi swoje spostrzeżenia przekazać w sposób spójny, błyskotliwy i w sumie nawet dosyć subtelny. W pewnym sensie zaintrygował mnie nawet bardziej niż Wojciech Smarzowski (jak się domyślam jeden z jego mentorów, bo inspiracje „Weselem”, czy „Domem złym” są aż nadto widoczne) uzyskał bowiem zbliżony poziom intensywności, ale bez rzygania, wieszania, mordowania siekierą, odstrzelonych palców i odgryzionych penisów… Fakt, jest tu jedna mocno obita morda, jest wielki pożar i wódki też ostatecznie nie brakuje, ale proporcje brutalności i tragizmu emocjonalnego – wynikającego przede wszystkim ze świetnie zarysowanych licznych konfliktów międzyludzkich – są tu zachowane naprawdę bardzo rozsądnie. Nie posądziłbym Domalewskiego o efekciarskie pójście na łatwiznę. Nie musiał tego robić, bo miał bardzo ciekawą historię do przekazania i plejadę wiarygodnych (świetnie też zagranych!) bohaterów do przedstawienia. Umiejętnie dobrana obsada to kolejny wielki plus. Ogrodnik i Jakubik wiadomo, są w gazie i to dziś absolutna ekstraklasa, ale na świetnym poziomie są też role Agnieszki Suchory (nie widziałem jej w tak dużej roli chyba od czasu… kabaretu Olgi Lipińskiej) i Adama Cywki (niewiele gra na dużym ekranie, ale jak już się pojawi to trudno go nie docenić).

Polska, ze swoimi niby trywialnymi problemami, niezmiennie jest studnią bez dna, jeśli chodzi o inspiracje. „Cicha noc” choć jest dosyć kameralną opowieścią (jeden dom, jedna rodzina, akcja zamknięta w jednej dobie) to w pewnym sensie jest to film o Polsce właśnie. O tym rozdarciu między pilnowaniem tego co było, a chęcią otwarcia się na nowe. O tym jak wielki skok staje się udziałem Polaków urodzonych pod koniec XX wieku i jak silnie oddziałuje to na relacje rodzinne. Jak przegniłe bywają fundamenty tradycji i jak ciężko wyplenić złe nawyki. Trudny temat, bolesny, ale przekazany naprawdę zręcznie, wiarygodnie i wciągająco. A Domalewskiego zapisuję do notesu, bo ciekawy jestem jak się rozwinie. Start ma bardzo obiecujący.

Wspomnienie Piotra Grudzińskiego

 

Z Grudniem

Ciągle mam tę irracjonalną nadzieję, że lada chwila obudzę się i odetchnę z ulgą, bo wszystko to, co wydarzyło się od niedzielnego poranka okaże się tylko koszmarnym snem… niestety ten koszmar na jawie trwa i powoli staje się nową rzeczywistością, rzeczywistością, w której nie ma już nami Piotra Grudzińskiego. Pogodzenie się z tym faktem zajmie wiele czasu… jeśli kiedykolwiek uda się z tym tak do końca pogodzić.

Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawialiśmy, przeprowadzaliśmy ostatni długi wywiad do książki o Riverside. Dzień i dwa dni później widzieliśmy się w studiu Serakos, gdzie chłopaki pracowali nad nowym albumem. Grudzień siedział metr ode mnie, spokojnie „rzeźbił” na gitarze… Później gdy robiłem już wywiad z producentem Robertem Srzednickim jeszcze na chwilkę wszedł aby się pożegnać, położył palec na ustach, sygnalizując że będzie cicho, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, uścisnął rękę Robertowi i mi, szepnął „lecę”…

Grudzień urzekł mnie swoją erudycją, był fantastycznym rozmówcą, bardzo inteligentnym i piekielnie wrażliwym, przemiłym facetem. Cechował się rzadko spotykaną w środowiskach artystycznych skromnością. Jego postrzeganie drogi muzycznej, historii Riverside i planowanie przyszłości określała przede wszystkim wielka pokora. Miał świadomość tego jak wiele udało mu się osiągnąć wraz z zespołem ale twardo stąpał po ziemi. Krzywił się, gdy musiał używać w swoim kontekście słowa „kariera”. Względem tego, co robił potrafił być bardziej surowy, niż najbardziej krytyczny recenzent. I to nie była kokieteria, ani fałszywa skromność, którą artyści czasami próbują wyłudzić komplement. Grudzień był świadom granic własnych możliwości muzycznych (dzięki temu potrafił je przesuwać, rozwijając się). Choć był samoukiem wypracował bardzo dobrą technikę, ale to nie ją stawiał na piedestale. Tam gdzie kończyła się technika, wkładał gigantyczne pokłady emocji, które dookreśliły jego styl. Dzięki temu jednym, dwoma, trzema prostymi trąceniami strun potrafił poruszyć do głębi serca. Był prawdziwym mistrzem granych z pasją melodyjnych solówek.

Z Grudniem (2011)

Interesował się życiem bardzo szeroko, gitara nie przesłaniała mu całego świata. Dbał o rodzinę, w życiu zespołowym pielęgnował przyjaźń, lojalność, cenił kolektywność, lubił być częścią zgranej ekipy. Nasze rozmowy bardzo często wylewały się poza kwestie muzyczne i historię Riverside. W czasach gdy większość rozmów przypomina wzajemne przekrzykiwanie się, dyskusje z Grudniem były szczególnie przyjemne. Nie tylko miał wiele ciekawych spostrzeżeń, którymi jasno się dzielił ale też potrafił wysłuchać, przemyśleć i celnie ustosunkować się do słów rozmówcy. Coraz rzadziej spotykam się z taką interakcją. Lubiłem z nim rozmawiać. Te rozmowy mobilizowały do wysiłku intelektualnego, wzbogacały. Wielokrotnie wzruszył mnie szczerością, opowieściami o pierwszej gitarze, o trudnym do przecenienia wsparciu rodziców, o przyjaźniach i przede wszystkim o własnych zmaganiach, bo aby móc spełnić muzyczne marzenia, musiał stoczyć batalię z własną wrażliwością, sceniczną tremą.

Nie będę ukrywał, że śmierć Grudnia wyrąbała we mnie emocjonalny krater. Każda śmierć jest w pewnym sensie „końcem świata” i w ostatnią niedzielę jakiś świat niewątpliwie się skończył. Na razie potwornie boli, ale prawdziwą skalę tej straty ocenić będzie można dopiero za jakiś czas, gdy opadnie kurz pierwszej rozpaczy, gdy obeschną pierwsze łzy… boję się tego co zobaczę, z czego zdam sobie sprawę za kilkanaście dni, za kilka tygodni, miesięcy. Boję się, że pejzaż bez Grudnia będzie niemniej trudny do ogarnięcia i zaakceptowania, niż wiadomość, którą odebrałem w niedzielę rano.

Przepraszam jeśli mój wpis nabrał wymiaru zbyt osobistego ale sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że uznałem iż taki ton tym razem będzie na miejscu. Wiem, że tysiące ludzi na całym świecie od niedzieli czuję się podobnie… Muzyka zespołu Riverside towarzyszy mi nieprzerwanie od 2004 roku, to ścieżka dźwiękowa ostatniej dekady mojego życia, była przy mnie zawsze i wszędzie. Zmieniały się miejsca pobytu, zmieniały się zajęcia, samopoczucia, zmieniali się towarzysze, ale muzyka Riverside z tą charakterystyczną, płynącą z głębi „serducha” gitarą Grudnia była częścią „niezmienną” mojej drogi. Pierwszy duży artykuł biograficzny poświęcony zespołowi napisałem wiosną 2006 roku. Ciągle aktualizowany pełni do dziś rolę internetowej biografii na oficjalnej stronie zespołu. Gdy dwa lata temu rozpocząłem pracę nad książką o Riverside jeszcze mocniej zbliżyłem się do chłopaków. Taka współpraca wymaga dużego wzajemnego zaufania i szczerości. Nie dziwię się więc, że czuję stratę nie tylko bardzo lubianego muzyka, ulubionego gitarzysty, ale też po prostu bliskiego człowieka.

Nie lubię mówić „żegnaj”. Wierzę w Boga, moja wiara jest wiarą „organiczną”, poza-religijną. Nie próbuję tego rozgryzać, żyję ze świadomością, że Bóg i to „co po naszym ziemskim życiu?” jest dla człowieka niepoznawalne. Wierzę zatem, że mogę powiedzieć „do zobaczenia” w tym „Niepoznawalnym”, co czeka nas wszystkich „po tamtej stronie”. Tam będziemy kontynuować nasze rozmowy. A tymczasem dziękuję Ci Grudzień za miliony pięknych gitarowych dźwięków, za te wszystkie lata muzycznej przygody, którą mogłem obserwować, za batalię którą stoczyłeś aby spełniać muzyczne marzenia, spełniając przy okazji też moje, jako słuchacza, za otwartość, za długie godziny rozmów, za każde ciepłe słowo na temat moich książek (nawet nie wiesz, jak były dla mnie ważne i jak mnie budowały…) i wreszcie za to, że byłeś taki jaki byłeś i że mogłem Cię poznać!

 

 

Nominacja do „Warto 2016″!

WARTO

Znalazłem się w gronie kandydatów do otrzymania nagrody „Warto 2016″ w kategorii „literatura” przyznawanej najzdolniejszym młodym twórcom związanym z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem. Sama nominacja to wielki zaszczyt, a o tym, czy uda się „wygrać” coś więcej przekonamy się 17 marca na gali we wrocławskim Eterze. Od 29 lutego będzie można głosować na swoich kandydatów. Nie ukrywam, że liczę na głosy ;)

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19647710,warto-2016-nominacje-w-kategorii-literatura.html