Sprawa Gorgonowej

Czas i klimat Świąt skradła mi książka „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” autorstwa Cezarego Łazarewicza (wyd. Czarne). Zanim kilka słów o książce, trochę o opisanej w niej historii, którą napisało życie… A czasami wydaje mi się, że sam diabeł, który zmaterializował się pewnej grudniowej nocy w letniej willi w niewielkiej wsi pod Lwowem.

To jedna z tych historii, które zaserwowały mi kiedyś kilka nieprzespanych nocy i o których pamiętam mimo upływu lat. Miałem szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy natknąłem się na film „Sprawa Gorgonowej” w reżyserii Janusza Majewskiego i w iście wirtuozerskiej obsadzie z Romanem Wilhelmim, Aleksandrem Bardinim, Andrzejem Łapickim, Mariuszem Dmochowskim, Wojciechem Pszoniakiem oraz Ewą Dałkowską w roli tytułowej. Film mroczny, bardzo sugestywny, magnetyzujący. Ponad dwie godziny mistrzowskiego dramatu sądowniczego z elementami kryminału, czy nawet thrillera. To był cios. Tym bardziej, że przedstawiona w filmie historia wydarzyła się naprawdę. Pewnie wszyscy znają szczegóły dramatycznych wydarzeń sprzed blisko dziewięćdziesięciu lat, ale dla porządku, w telegraficznym skrócie przypomnę o czym mowa.

Ostatnie dni grudnia. Wieś Brzuchowice niedaleko Lwowa. Dom Zarembów. To miały być ostatnie chwile spędzone w tym domu w takim składzie osobowym. Związek czterdziestoośmioletniego architekta Henryka Zaremby z trzydziestoletnią opiekunką Ritą Gorgonową dobiegał końca. Niebawem mieli zamieszkać osobno. Ona zostaje z malutką Romaną w willi, on z dwójką starszych dzieci z pierwszego związku – córką Elżbietą i synem Stanisławem – przenosi się do mieszkania we Lwowie. Przeprowadzka zaplanowana jest na pierwsze dni stycznia. Ale nowego życia nie rozpoczną zgodnie z planem. W nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku brutalnie zamordowana zostaje starsza córka Zaremby, siedemnastoletnia Elżbieta „Lusia” Zarembianka. Tej samej nocy rozpoczyna się śledztwo, które najpierw wyklucza możliwość wejścia mordercy z zewnątrz, a następnie kieruje podejrzenia na Ritę Gorgonową. Urodzona w Dalmacji bona miała zatłuc Lusię dżaganem zadając jej kilka śmiertelnych ciosów w głowę. Motywem zbrodni miała być zemsta za rozbicie jej związku z Zarembą. Wiosną postawiono ją przed sądem i ruszył jeden z najgłośniejszych i najsłynniejszych polskich procesów. Proces bardzo trudny, poszlakowy, podlany kotłującymi się emocjami tysięcy obserwatorów. Zainteresowanie sprawą było gigantyczne, a presja ze strony „ulicy” podobno mocno odczuwalna. Gorgonową skazano na śmierć, ale nad sprawą unosiła się aura niewyjaśnionej tajemnicy, której prokuratura do końca nie potrafiła rozwiać. O wyroku zadecydowały ostatecznie zeznania czternastoletniego Stasia Zaremby, który tamtej nocy widział postać wysokiej kobiety czającej się na werandzie i mimo ciemności twierdził, że rozpoznał w niej Ritę, oraz zakrwawiona chusteczka należąca do Gorgonowej, ukryta w piwnicy.

Po apelacji odbył się drugi proces. Znów zakończony wyrokiem skazującym, ale tym razem już tylko na osiem lat więzienia. Gorgonowa wyszła na wolność po sześciu latach, 3 września 1939 roku, na mocy amnestii spowodowanej wybuchem wojny. Odsiadując wyrok urodziła córkę Ewę (Zaremba jej nie uznał, choć oczywistym wydaje się, że to on był ojcem).

Choć wszystko zdawało się rozstrzygnięte, historia ta ciągnie za sobą cień niedomówień i mimo długiego drobiazgowego śledztwa, podwójnego procesu, dziesiątek przesłuchań i ekspertyz nadal nie na wszystkie pytania znaleziono odpowiedzi, a wina Gorgonowej według wielu stoi pod znakiem zapytania.

Książka Łazarewicza kompiluje prawdopodobnie całą dostępną aktualnie wiedzę na temat legendarnej już „Sprawy Gorgonowej”. Szczegółowo odtwarza wydarzania dramatycznej nocy, podaje genezę tragedii, relacjonuje śledztwo posiłkując się zarówno wyjątkami z archiwalnych raportów, jak i z memuarów uczestników rozprawy. Obszerne cytaty gorących reportaży zaczerpnięte z gazet oddają atmosferę niezdrowego podniecenia i nieprzeciętnego zainteresowania mediów. Jest tu też duch epoki, specyficzny klimat odległego nam dziś dwudziestolecia międzywojennego. Łazarewicz pisze bardzo sprawnie. Dynamiczny, obrazowy, reporterski język umiejętnie buduje napięcie godne najlepszego thrillera, ale z drugiej strony nieustannie przypomina, że mamy do czynienia z opowieścią non-fiction. Przypominają o tym również znakomite fotografie, na których widzimy legendarne postacie – chociażby adwokata Maurycego Axera, który wziął na siebie tę niemożliwą do wykonania misję i podjął się obrony Gorgonowej. Są kadry z procesów, z wizji lokalnej, a także prywatne zdjęcia, choćby pokoju zamordowanej albo ujęcie Rity w towarzystwie dzieci. Jeszcze szczęśliwych, jeszcze nawet nie przypuszczających jak dramatycznie potoczy się ich życie.

Minęło wiele lat od śmierci Lusi Zarembianki, od śledztwa i od procesu. Większość uczestników i świadków tych wydarzeń już nie żyje. Ale tajemnica tamtej grudniowej nocy nadal mąci spokój wielu ludzi. Łazarewicz nie kończy opowieści w roku 1939. I to jest kolejny atut książki. Historia doprowadzona jest niemalże do dnia dzisiejszego. Poznajemy losy dzieci Rity Gorgonowej, przede wszystkim córek: Romany (dziś Aldona, jedyna żyjąca osoba, która feralnej nocy była w willi w Brzuchowicach) i Ewy urodzonej już w trakcie odsiadywania przez Gorgonową wyroku. Dowiadujemy się jakie relacje łączyły obie córki Rity, a także dlaczego przez wiele lat z oskarżeniami o zabójstwo Zarembianki musiał walczyć ogrodnik Zaremby Kamiński (bezczelne kłamstwa mediów nie są wymysłem naszych czasów). Wreszcie Łazarewicz rzuca naprawdę solidny snop światła na powojenne losy Gorgonowej, a książkę kończy prawdopodobną hipotezą dotyczącą okoliczności jej śmierci. Nie będę zdradzał szczegółów, powiem tylko, że historia ta jest niemal tak mroczna, jak historia śmierci Lusi Zarembianki.

„Koronkowa robota” to bardzo dobrze napisana książka reporterska. Doskonale się ją czyta, ale pozostaje jeszcze kwestia czy definitywnie rozwiązuje ona tajemnicę morderstwa w Brzuchowicach. Albo chociaż rozstrzyga kwestię winy i niewinności Rity Gorgonowej. Biorąc pod uwagę to, że od wielu lat nie pojawiły się żadne nowe wątki, ani fakty związane ze sprawą, trzeba się liczyć z tym, że w kwestii oceny wyroku niewiele może się zmienić. Nie pomaga tu nawet rozwój technik kryminalistycznych, bo materiały dowodowe w większości uległy zniszczeniu lub przepadły. Nie ma niestety możliwości ponownego zbadania śladów krwi ani odcisków palców na przechowywanym do dziś dżaganie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dziś rozwiązanie tej sprawy byłoby dużo łatwiejsze, ale niestety prawda o tamtej tragicznej nocy nie doczekała odpowiednich metod śledczych.

Łazarewicz doprowadzając historię do czasów obecnych wspomina o tym, że córka i wnuczka skazanej podjęły w 2014 roku próbę zrehabilitowania matki/babci i dążą do ponownego otwarcia sprawy. Są przekonane o niewinności Rity. Z opowieści Łazarewicza, która sprawia wrażenie bardzo obiektywnej, ta niewinność nie wynika. Odnoszę wrażenie, że pod względem stawianych tez i batalii między dowodami winy, a argumentami obrony, książka jest wiernym odzwierciedleniem procesu. Ma te same zalety i wady. Twardych i jednoznacznych dowodów winy Gorgonowej nie ma. Wszystkie o potencjale rozstrzygającym mają jakąś skazę, słabość, niedociągnięcie. Natomiast mocnych poszlak świadczących o winie Gorgonowej jest tak wiele, że trudno choćby pomyśleć poważnie o tym, że zamordować Lusię Zarembiankę mógłby ktoś inny. Niby oczywistym wydaje się, że zabić musiała Gorgonowa, ale nie sposób jej tego jednoznacznie udowodnić; przedstawić taki dowód, który rozwiałby absolutnie wszelkie wątpliwości. Ale to tylko moje wrażenia. Przypuszczam, że w przypadku tej historii ilu będzie czytelników, tyle wrażeń, tez i sądów.

Sprawa Gorgonowej nadal porusza. Mord przeraża a meandry śledztwa i atmosfera wielomiesięcznej rozprawy fascynują. To historia zbrodni i procesu, które stały się niemalże symbolem dwudziestolecia międzywojennego, jednym z najciekawszych przypadków kryminalnych i sądowniczych w historii Polski. „Koronkowa robota” bardzo ciekawie i umiejętnie tę historię odświeża i przypomina. Rzecz absolutnie obowiązkowa również dla fanów prozy kryminalnej. A po lekturze polecam seans „Sprawy Gorgonowej” Janusza Majewskiego.

Premiera nieprzypadkowego kryminału!

No to jest! Moja trzecia powieść, kryminał „Przypadek” trafiła do sprzedaży. We wszystkich możliwych wersjach, począwszy od tradycyjnej, papierowej książki, przez wersję cyfrową na czytniki (mobi) aż po audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Do wyboru do koloru, co kto lubi :) poniżej kilka linków. Można tu, można też próbować gdzie indziej :)

https://www.ceneo.pl/59266717

audibook: https://www.storytel.pl/books/148383-Przypadek

http://www.empik.com/przypadek-nowakowski-maurycy,p1183232857,ksiazka-p

https://www.swiatksiazki.pl/przypadek-6372504-ksiazka.html

przypadek

„Przypadek” na ostatniej prostej

Moja trzecia powieść – „Przypadek” – przeszła właśnie proces redakcji. Teraz jeszcze korekta, a później już tylko skład, projekt okładki, druk, druk, druk i oby jeszcze trochę dodruku. Premiera wstępnie planowana jest na luty przyszłego roku nakładem wydawnictwa Filia Mroczna Strona. Nie lubię się powtarzać, więc „Przypadek” nieprzypadkowo nie jest plagiatem „Plagiatu”. Miałem trochę czasu, by nabrać dystansu i na chłodno ocenić, co w „Plagiacie” ładnie zagrało, a co zafałszowało. Postarałem się więc wyeliminować słabsze elementy, a kontynuować i rozwinąć to, co stanowiło o jakości poprzedniej powieści. „Przypadek” jest kryminałem dynamiczniejszym i pod względem tematycznym bardziej zwartym i konkretniejszym, chociaż tło znowu jest mocno rozbudowane. Marcin Faron tym razem spróbuje szczęścia jako pracownik działu public relations korporacji farmaceutycznej – co już samo w sobie będzie wyzwaniem – a kosa śmierci zatoczy kręgi nad głowami jego najbliższych współpracowników. Będzie trochę o brudach świata medycznego, o nieetycznych metodach działania, o lekach, które zamiast leczyć szkodzą, ale to nie one będą zabijać… nie w tym „Przypadku” Premiera, jak już pisałem planowana jest na luty. Niebawem więcej szczegółów, a na razie wracam do pracy, bo kolejna powieść rośnie szybko jak ciasto w piekarniku i trzeba pilnować, żeby nie wyszedł zakalec

„Cicha noc” – dobra tradycja polskiego dramatu obyczajowego podtrzymana

Dopóki będą powstawały tak udane filmy jak „Cicha noc”, dopóty moim ulubionym gatunkiem pozostanie polski dramat obyczajowy. Reżyserowi tego obrazu Piotrowi Domalewskiemu warto się przyglądać, bo udowodnił, że nie tylko dużo widzi, ale również potrafi swoje spostrzeżenia przekazać w sposób spójny, błyskotliwy i w sumie nawet dosyć subtelny. W pewnym sensie zaintrygował mnie nawet bardziej niż Wojciech Smarzowski (jak się domyślam jeden z jego mentorów, bo inspiracje „Weselem”, czy „Domem złym” są aż nadto widoczne) uzyskał bowiem zbliżony poziom intensywności, ale bez rzygania, wieszania, mordowania siekierą, odstrzelonych palców i odgryzionych penisów… Fakt, jest tu jedna mocno obita morda, jest wielki pożar i wódki też ostatecznie nie brakuje, ale proporcje brutalności i tragizmu emocjonalnego – wynikającego przede wszystkim ze świetnie zarysowanych licznych konfliktów międzyludzkich – są tu zachowane naprawdę bardzo rozsądnie. Nie posądziłbym Domalewskiego o efekciarskie pójście na łatwiznę. Nie musiał tego robić, bo miał bardzo ciekawą historię do przekazania i plejadę wiarygodnych (świetnie też zagranych!) bohaterów do przedstawienia. Umiejętnie dobrana obsada to kolejny wielki plus. Ogrodnik i Jakubik wiadomo, są w gazie i to dziś absolutna ekstraklasa, ale na świetnym poziomie są też role Agnieszki Suchory (nie widziałem jej w tak dużej roli chyba od czasu… kabaretu Olgi Lipińskiej) i Adama Cywki (niewiele gra na dużym ekranie, ale jak już się pojawi to trudno go nie docenić).

Polska, ze swoimi niby trywialnymi problemami, niezmiennie jest studnią bez dna, jeśli chodzi o inspiracje. „Cicha noc” choć jest dosyć kameralną opowieścią (jeden dom, jedna rodzina, akcja zamknięta w jednej dobie) to w pewnym sensie jest to film o Polsce właśnie. O tym rozdarciu między pilnowaniem tego co było, a chęcią otwarcia się na nowe. O tym jak wielki skok staje się udziałem Polaków urodzonych pod koniec XX wieku i jak silnie oddziałuje to na relacje rodzinne. Jak przegniłe bywają fundamenty tradycji i jak ciężko wyplenić złe nawyki. Trudny temat, bolesny, ale przekazany naprawdę zręcznie, wiarygodnie i wciągająco. A Domalewskiego zapisuję do notesu, bo ciekawy jestem jak się rozwinie. Start ma bardzo obiecujący.

Wspomnienie Piotra Grudzińskiego

 

Z Grudniem

Ciągle mam tę irracjonalną nadzieję, że lada chwila obudzę się i odetchnę z ulgą, bo wszystko to, co wydarzyło się od niedzielnego poranka okaże się tylko koszmarnym snem… niestety ten koszmar na jawie trwa i powoli staje się nową rzeczywistością, rzeczywistością, w której nie ma już nami Piotra Grudzińskiego. Pogodzenie się z tym faktem zajmie wiele czasu… jeśli kiedykolwiek uda się z tym tak do końca pogodzić.

Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawialiśmy, przeprowadzaliśmy ostatni długi wywiad do książki o Riverside. Dzień i dwa dni później widzieliśmy się w studiu Serakos, gdzie chłopaki pracowali nad nowym albumem. Grudzień siedział metr ode mnie, spokojnie „rzeźbił” na gitarze… Później gdy robiłem już wywiad z producentem Robertem Srzednickim jeszcze na chwilkę wszedł aby się pożegnać, położył palec na ustach, sygnalizując że będzie cicho, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, uścisnął rękę Robertowi i mi, szepnął „lecę”…

Grudzień urzekł mnie swoją erudycją, był fantastycznym rozmówcą, bardzo inteligentnym i piekielnie wrażliwym, przemiłym facetem. Cechował się rzadko spotykaną w środowiskach artystycznych skromnością. Jego postrzeganie drogi muzycznej, historii Riverside i planowanie przyszłości określała przede wszystkim wielka pokora. Miał świadomość tego jak wiele udało mu się osiągnąć wraz z zespołem ale twardo stąpał po ziemi. Krzywił się, gdy musiał używać w swoim kontekście słowa „kariera”. Względem tego, co robił potrafił być bardziej surowy, niż najbardziej krytyczny recenzent. I to nie była kokieteria, ani fałszywa skromność, którą artyści czasami próbują wyłudzić komplement. Grudzień był świadom granic własnych możliwości muzycznych (dzięki temu potrafił je przesuwać, rozwijając się). Choć był samoukiem wypracował bardzo dobrą technikę, ale to nie ją stawiał na piedestale. Tam gdzie kończyła się technika, wkładał gigantyczne pokłady emocji, które dookreśliły jego styl. Dzięki temu jednym, dwoma, trzema prostymi trąceniami strun potrafił poruszyć do głębi serca. Był prawdziwym mistrzem granych z pasją melodyjnych solówek.

Z Grudniem (2011)

Interesował się życiem bardzo szeroko, gitara nie przesłaniała mu całego świata. Dbał o rodzinę, w życiu zespołowym pielęgnował przyjaźń, lojalność, cenił kolektywność, lubił być częścią zgranej ekipy. Nasze rozmowy bardzo często wylewały się poza kwestie muzyczne i historię Riverside. W czasach gdy większość rozmów przypomina wzajemne przekrzykiwanie się, dyskusje z Grudniem były szczególnie przyjemne. Nie tylko miał wiele ciekawych spostrzeżeń, którymi jasno się dzielił ale też potrafił wysłuchać, przemyśleć i celnie ustosunkować się do słów rozmówcy. Coraz rzadziej spotykam się z taką interakcją. Lubiłem z nim rozmawiać. Te rozmowy mobilizowały do wysiłku intelektualnego, wzbogacały. Wielokrotnie wzruszył mnie szczerością, opowieściami o pierwszej gitarze, o trudnym do przecenienia wsparciu rodziców, o przyjaźniach i przede wszystkim o własnych zmaganiach, bo aby móc spełnić muzyczne marzenia, musiał stoczyć batalię z własną wrażliwością, sceniczną tremą.

Nie będę ukrywał, że śmierć Grudnia wyrąbała we mnie emocjonalny krater. Każda śmierć jest w pewnym sensie „końcem świata” i w ostatnią niedzielę jakiś świat niewątpliwie się skończył. Na razie potwornie boli, ale prawdziwą skalę tej straty ocenić będzie można dopiero za jakiś czas, gdy opadnie kurz pierwszej rozpaczy, gdy obeschną pierwsze łzy… boję się tego co zobaczę, z czego zdam sobie sprawę za kilkanaście dni, za kilka tygodni, miesięcy. Boję się, że pejzaż bez Grudnia będzie niemniej trudny do ogarnięcia i zaakceptowania, niż wiadomość, którą odebrałem w niedzielę rano.

Przepraszam jeśli mój wpis nabrał wymiaru zbyt osobistego ale sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że uznałem iż taki ton tym razem będzie na miejscu. Wiem, że tysiące ludzi na całym świecie od niedzieli czuję się podobnie… Muzyka zespołu Riverside towarzyszy mi nieprzerwanie od 2004 roku, to ścieżka dźwiękowa ostatniej dekady mojego życia, była przy mnie zawsze i wszędzie. Zmieniały się miejsca pobytu, zmieniały się zajęcia, samopoczucia, zmieniali się towarzysze, ale muzyka Riverside z tą charakterystyczną, płynącą z głębi „serducha” gitarą Grudnia była częścią „niezmienną” mojej drogi. Pierwszy duży artykuł biograficzny poświęcony zespołowi napisałem wiosną 2006 roku. Ciągle aktualizowany pełni do dziś rolę internetowej biografii na oficjalnej stronie zespołu. Gdy dwa lata temu rozpocząłem pracę nad książką o Riverside jeszcze mocniej zbliżyłem się do chłopaków. Taka współpraca wymaga dużego wzajemnego zaufania i szczerości. Nie dziwię się więc, że czuję stratę nie tylko bardzo lubianego muzyka, ulubionego gitarzysty, ale też po prostu bliskiego człowieka.

Nie lubię mówić „żegnaj”. Wierzę w Boga, moja wiara jest wiarą „organiczną”, poza-religijną. Nie próbuję tego rozgryzać, żyję ze świadomością, że Bóg i to „co po naszym ziemskim życiu?” jest dla człowieka niepoznawalne. Wierzę zatem, że mogę powiedzieć „do zobaczenia” w tym „Niepoznawalnym”, co czeka nas wszystkich „po tamtej stronie”. Tam będziemy kontynuować nasze rozmowy. A tymczasem dziękuję Ci Grudzień za miliony pięknych gitarowych dźwięków, za te wszystkie lata muzycznej przygody, którą mogłem obserwować, za batalię którą stoczyłeś aby spełniać muzyczne marzenia, spełniając przy okazji też moje, jako słuchacza, za otwartość, za długie godziny rozmów, za każde ciepłe słowo na temat moich książek (nawet nie wiesz, jak były dla mnie ważne i jak mnie budowały…) i wreszcie za to, że byłeś taki jaki byłeś i że mogłem Cię poznać!

 

 

Nominacja do „Warto 2016″!

WARTO

Znalazłem się w gronie kandydatów do otrzymania nagrody „Warto 2016″ w kategorii „literatura” przyznawanej najzdolniejszym młodym twórcom związanym z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem. Sama nominacja to wielki zaszczyt, a o tym, czy uda się „wygrać” coś więcej przekonamy się 17 marca na gali we wrocławskim Eterze. Od 29 lutego będzie można głosować na swoich kandydatów. Nie ukrywam, że liczę na głosy ;)

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19647710,warto-2016-nominacje-w-kategorii-literatura.html

 

RIVERSIDE. Love, Fear and the Time Machine (recenzja)

 

Love fear okładka

Kompresja bezstratna

Droga większości najbardziej utalentowanych grup progresywnych nie ogranicza się tylko do eksploracji wypracowanego stylu, ale wiąże się też z nieustanną ewolucją kompozytorsko – wykonawczą. Riverside mimo licznych powiązań stylistycznych i inspiracji, właściwie od samego początku cechował się własnym pomysłem na muzykę. Pomysłem charakterystycznym, ale też bardzo „plastycznym”, podatnym na zmiany. Gdy ukazał się album „Second Life Syndrome” trudno było nie zauważyć, że Riverside doprowadził do perfekcji swój oryginalny, „startowy” pomysł na spójne połączenie skrajnych stylistyk neoprogresywnej i progmetalowej. Gdyby charakter zespołu nie był progresywny, a styl nastawiony na ewolucję, byłby to ostatni udany album w dorobku Riverside (albo i ostatni w ogóle). Cztery lata później ukazała się płyta „Anno Domini High Definition” i wówczas nie dało się nie zauważyć, że grupa po raz drugi nagrywając materiał wybitnie udany, znów dotarła do ściany – że dynamiczniej, szybciej i ciężej w obrębie tego stylu już się nie da. Warto zwrócić uwagę, że w obu przypadkach obie te szczytowe płyty poprzedzały albumy w pewnym sensie nakreślające nowe kierunki, przygotowujące do dzieła głównego („Out of Myself” i „Rapid Eye Movement”). Dwa i pół roku temu „Shrine of New Generation Slaves” ukazał nową drogę. Ruszył proces muzycznej kompresji. Zespół, który dotychczas najszerszą i najbarwniejszą paletę możliwości ukazywał w kilkunastominutowych kompozycjach, rozpoczął rewolucję konstrukcyjną, której cel stanowiło przekazanie wszystkich swoich atutów w krótszych formach. „SoNGS” był trzecim po „Out of Myself” i „Rapid Eye Movement” albumem badającym grunt, przygotowującym do dzieła głównego. „Love, Fear and the Time Machine” jest krokiem naprzód w stosunku do „SoNGS”, rozwija i precyzuje rozpoczęty na poprzedniej płycie proces przenoszenia rozmachu i gęstości nowoczesnej progresji z formy suity, do sześcio – ośmiominutowej kompozycji. To „uproszczenie”, które przyniosła w pewnym stopniu „SoNGS”, a teraz już w pełnej krasie prezentuje „Love, Fear and the Time Machine”, można określić mianem „kompresji bezstratnej”. „Kompresji” – bo utwory są krótsze, dźwięków w sumie mniej – ale „bezstratnej”, bo muzyce żadna krzywda się nie stała. Wręcz przeciwnie. Riverside który zawsze imponował „porządkiem” zarówno w obrębie kompozycji, jak i w konstrukcji całych albumów, nigdy wcześniej nie był tak dobrze poukładany instrumentalnie, tak konkretny, tak „trafny”. Na tej płycie nie ma chyba jednego zbędnego dźwięku.

Na „Love, Fear and the Time Machine” znajduje się dziesięć kompozycji, całość trwa dokładnie godzinę (szósta płyta, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut muzyki). Po raz pierwszy na regularnym albumie Riverside znajduje się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy żadna z nich nie trwa powyżej dziesięciu minut. Tym razem optymalny czas dla kompozycji to około sześciu – siedmiu minut i w tych „dystansach” grupa serwuje różne formy konstrukcyjne. Są tu oczywiście formy piosenkowe, gdzie atutem są nośne refreny, jak choćby otwierający „Lost (Why I Should Be Frightened By a Hat?)”, przebojowy „Discard Your Fear”, czy mega-przebojowy „#Addicted”, ale są też formy nieco inaczej zbudowane, a przy tym niewiele dłuższe. Dużo o nowym pomyśle stylistycznym Riverside mówią dwa utwory: „Caterpillar and the Barbed Wire” i „Saturate Me” (tracki nr cztery i pięć, kto wie, czy wraz z trzecim „#Addicted” nie jest to najlepszy fragment albumu). W obu mamy zarówno błyskotliwe fragmenty „piosenkowe”, jak i doskonałe partie instrumentalne. Szczególnie interesujący jest ten pierwszy numer: zbudowany wokół mięsistego basowego riffu, z jednej strony zawiera wiele klasycznych elementów rozpoznawalnego stylu Riverside, ale też zaskakuje kilkoma ciekawymi nowinkami (nietypowe dla grupy rozegranie refrenów). Utwór wieńczy wyborny dwuminutowy instrumental, w którym kwartet mocno rozwija skrzydła (monumentalna partia Łapaja na tle „krzyczącej” gitary Grudzińskiego i wyeksponowanej, łamiącej rytm sekcji). W pełnym kontrastów „Saturate Me” jest odwrotnie: utwór otwiera partia instrumentalna, która przypadnie do gustu tym, którzy wolą Riverside w zadziorniejszej, bardziej demonicznej formie (porykuje tu Hammond, gitary biczują ciętymi riffami). Wraz z pojawiającym się wokalem Dudy numer łagodnieje, robi się przestrzennie. W siedmiu minutach grupa eksponuje tu wiele swoich największych atutów – bogactwo melodyczne zarówno w liniach wokalnych, jak i w krótkich partiach solowo-instrumentalnych, tendencje do gwałtownych zmian dynamiki (od elementów hard/progmetalowych aż po niuanse niemalże ambientowe).

Album sprawia wrażenie, jakby składał się z dwóch części. Pierwsza połowa (pięć numerów, do „Saturate Me” włącznie) jest dynamiczniejsza, cięższa. Na szóstym tracku umieszczono mroczny, leniwy „Afloat” sprawiający wrażenie punktu granicznego, bufora między pierwszą, a drugą częścią płyty. Ten numer przerywa ciąg dynamiczniejszych utworów. Album od tego momentu powoli będzie się wyciszał, choć siódmy „Discard Your Fear” jest numerem jeszcze dosyć energetycznym, a w ósmym „Towards the Blue Horizon” znajdują się fragmenty również bardzo drapieżne. Przy tym drugim numerze warto się na chwilę zatrzymać, bo to najdłuższa tutaj kompozycja i przede wszystkim nieszablonowo skonstruowana. Otwiera ją żwawa partia gitary akustycznej i delikatny śpiew Dudy, ale nie jest to typowa riversajdowa ballada, do jakich przyzwyczaił nas zespół. Całość rozwija się, dołącza piano Łapaja i ostrożna perkusja Piotra Kozieradzkiego. W czwartej minucie utwór zupełnie zmienia charakter. Znika początkowa akustyczna sielanka, a wraz z zaborczą partią gitary Grudzińskiego i posępnymi akordami klawiatur, utwór przenosi się w rejony niemalże progmetalowe. Prawdziwie burzliwy jest ten fragment instrumentalny, ale tak jak po burzy nagle potrafi wyjrzeć słońce, tak i tu kompozycja niezauważalnie wraca do balladowej sielanki, by… na koniec znów postraszyć histeryczną zagrywką gitary Grudzińskiego i mrocznymi akordami klawiatur Łapaja. Istny rollercoster. Album wieńczą dwie ballady ostatecznie zwalniające tempo i wyciszające album. „Time Travellers” to najlepsza akustyczna ballada Riverside od czasów… hmmm… no właśnie. Powiedziałbym, że takiego cudeńka nie było od „The Time I Was Daydreaming”, a kto wie, może nawet od „In Two Minds”. Na „dobranoc” dostajemy balladę „z prądem”, której charakter może pełnić rolę wizytówki nastroju całego albumu. Określiłbym go mianem „smutnego optymizmu”, mocno podlanego nostalgią. Album wieńczą zatem dwie ballady, ale jakże inne – zasadniczo różniące się od siebie, jak również od poprzednich ballad w dorobku Riverside.

Nie ma na tym albumie żadnego „długasa”, żadnej klasycznej progresywnej suity, żadnego następcy „Second Life Syndrome”, czy „Left Out”, a mimo to album jest kompletny. Pamiętam opowieści Mariusza Dudy o tym, jak powstawał poprzedni album „SoNGS”. Płyta była już prawie gotowa, zespół miał wchodzić do studia, ale w repertuarze czegoś brakowało. Mariusz widział, że w kulminacyjnym momencie albumu jest jakaś wyraźna luka, dlatego w ostatnich dniach przed nagraniami powstał dwunastominutowy „Escalator Shrine”, który ostatecznie stał się szczytowym fragmentem płyty. Jasne jest więc, że jeszcze wówczas nie udało się udźwignąć całego albumu krótszymi numerami. Tym razem, jak widać, nie było już tego problemu. Zespół potrafił zawrzeć wszystko, co najciekawsze w kompozycjach sześcio – siedmiominutowych, nie wytrącając sobie przy tym żadnych najważniejszych atutów.

Cieszyć może też łatwo zauważalna dojrzałość wykonawcza. Bo skoro tym razem album miał być w większym stopniu podporządkowany „kompozycji”, to nie mogło tu zabraknąć wzmożonej dyscypliny instrumentalnej. Czasy nadpobudliwych szaleństw instrumentalnych z okresu „ADHD” minęły. Hammondy – znak rozpoznawczy Michała Łapaja – są tu złapane na krótką smycz. Michał nie gra tylu solówek co zwykle, a jego partie są wyważone, często nieco wycofane, mniej narzucające się, głęboko siedzące w ramach kompozycji. Inaczej gra też Piotr Kozieradzki, którego „przejścia” można policzyć na palcach jednej ręki. Jego styl gry został wyraźnie „przystrzyżony”, z korzyścią dla przejrzystości tych utworów. Takie „odchudzenie” partii poszczególnych instrumentów nie zaszkodziło kompozycjom – i tak są gęste i dużo się w nich dzieje – a świadczy o bardzo rozsądnej dojrzałości, jaka ujawniła się już poniekąd na „SoNGS”, a tu widać ją już chyba w pełnej krasie.

W związku z ukróceniem klawiszowych szaleństw Łapaja, album jawi się jako bardziej gitarowy. Odnoszę wrażenie, że Piotr Grudziński przygotowując partie gitar wyraźnie zmniejszył oczka w sicie, przez które przepuszcza swoje pomysły. I choć rola gitar również została nieco „skompresowana”, to nadal ten sam wszechstronny „Grudzień” potrafiący, jak mało kto, połączyć melodykę z dynamiką. W jego stylu gry pojawiły się nowe odcienie brzmieniowo – emocjonalne, bo wśród zabarwień neoprogresywnych, progmetalowych i hardrockowych, do których zdążył nas już przyzwyczaić, znalazły się też tym razem ostrożne wpływy post-rockowe. Paleta barw Piotra Grudzińskiego robi się coraz bogatsza, co w zestawieniu z również bardzo szeroką skalą możliwości Łapaja sprawia, że Riverside jawi się dziś jako zespół posiadający gigantyczne możliwości melodyczno – harmoniczne (patrz fragment instrumentalny „Caterpillar and the Barbed Wire”!).

Warto też zwrócić uwagę na nowe odcienie w palecie barw emocjonalnych muzyki Riverside. Wiadomo, że zespół od zawsze miał ambicję, aby łączyć różne, skrajne „żywioły” i stany emocjonalne. Hasło: „szept i krzyk, smutek i radość” towarzyszyło Riverside już w czasach trylogii. Długo był kłopot z delikatniejszym szkicowaniem stanów pośrednich, wymagających lekkiego niedopowiedzenia, i z „radością”, która sprawiała wrażenie stanu dla Riverside co najmniej trudno uchwytnego. Na „SoNGS” pojawił się „Feel Like Falling” przełamujący lekko tę barierę, na „Love, Fear and the Time Machine” jest „#Addicted”, numer brzmiący, jakby do worka stylistycznego Riverside ktoś dorzucił dwie solidne garstki stylu The Cure (szarpliwy riff basowy, dynamika) i stylu A-ha (linie wokalne w refrenach). Dużo tu światła, nieco lżejszego i właśnie niemalże radosnego grania. Przyjemną lekkość ma w sobie też ostatni „Found (The Unexpected Flaw of Searching) ” – choć cechuje go nostalgia spod znaku Pink Floyd, jest tu jaśniej, optymistyczniej.

Mariusz Duda, który tym razem podpisał się jako autor nie tylko tekstów, ale w ogóle wszystkich kompozycji, serwuje kilka bardzo mocnych, charakterystycznych i niebanalnych basowych riffów, często pełniących rolę punktu startowego i fundamentu utworów. Tak jest choćby w motorycznym „#Addicted”, gęstym „Caterpillar and the Barbed Wire”, czy znanym już „Discard Your Fear”. Wokale Dudy w przeważającej większości są łagodne, celowo odciążają zwykle dosyć gęstą sferę instrumentalną (najwyraźniej słychać to w drugiej części „Saturate Me”, gdzie na dynamicznej i gęstej „ścianie” dźwięku Duda podaje lekką, wieńczącą dzieło melodię).

Sferę konceptualno – tekstową określiłbym właśnie tak, jak określiłem charakter ballady „Found”, czyli jasne, w pewnym sensie dosyć optymistyczne spojrzenie na nostalgię. Nostalgię za latami minionymi. Kierunkuje nas tu głównie tekst ballady „Time Travellers”, w której Duda śpiewa: Wróćmy w świat / sprzed trzydziestu lat / I uwierzmy, że to był nasz czas. Celem podróży tej „Maszyny czasu” są więc lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie jest to jednak tęsknota za komuną i PRL-em, ale nostalgia za swoistą prostotą i logiką ówczesnych relacji, za tą wolną przestrzenią dla wyobraźni, której jeszcze wówczas nie zawłaszczyły sobie cuda nowoczesnej techniki i komunikacji, za czasami, kiedy dzieciaki nie miały smartfonów i playstation, ale potrafiły się świetnie bawić na byle trzepaku. Ta dosyć jasna, nieprzytłaczająca nostalgia za przeszłością, za okresem beztroskiego dzieciństwa określa część tekstów, choćby otwierający „Lost”, czy „Towards the Blue Horizon”. W „Saturate Me” i „#Addicted”, numerach stosownie dynamiczniejszych, pojawia się z kolei temat zagubienia człowieka w teraźniejszości, w czasach ponowoczesnego chaosu, co logicznie kontrastuje z nostalgią za poukładanym światem dzieciństwa. Jak zwykle u Dudy sporo tu błyskotliwych zwrotów („I-crowd patterns” pasowałby do nieformalnej „trylogii tłumu”, której album miał być częścią) i spostrzeżeń podanych nie-nachalną, sugestywną poetyką.

Czy to najlepszy album w dorobku Riverside? Pod względem realizacji założeń konceptualnych, konsekwencji rozwoju stylistycznego i jakości samego materiału jest to niewątpliwie jedno ze szczytowych dokonań grupy. Riverside stając się zespołem dojrzałym i konkretnym, nie utracił nic ze swojego entuzjazmu, rozmachu, błyskotliwości, wrażliwości na detale, rockowej mocy, progresywnej inteligencji i precyzji. Kompresja bezstratna. I tak naprawdę nie ma co wracać trzy dekady, do lat osiemdziesiątych. Czasy Riverside są na pewno tu i teraz, bo niewielu artystów na muzycznej scenie świata tak dobrze dziś rozumie problemy i rozterki współczesnego człowieka, jak panowie z Rzekibrzegu.

 

Donoszę, że jestem

Wczorajszą, blisko 6-godzinną rozmowę z Grudniem zwieńczyliśmy małym „lokowaniem” produktu. Piotrek, jak się okazało, ma w swojej domowej bibliotece moją powieść „Okrągły przekręt”. Miło jest leżeć na półce (ceniącego dobrą literaturę) jednego z najlepszych polskich gitarzystów, tuż obok „Bezcennego” Zygmunt Miłoszewskiego i „Nielegelnych” Vincenta Severskiego. Zacna biblioteczka