IN CONTINUUM – Acceleration Theory (recenzja)

in continuum

Dave Kerzner na zgliszczach rozwiązanego w ubiegłym roku Sound of Contact zbudował nowy projekt i wydał album „Acceleration Theory”. To pierwsza premiera, która trafiła w nowym roku do mojego odtwarzacza. Słuchałem, próbowałem, kosztowałem. W całości i fragmentami. Podchodziłem na różne sposoby i mam mieszane uczucia. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale też momentów, które by mnie szczerze zachwyciły odnotowałem niewiele.

Nad In Continuum unosi się duch Genesis, a ja już od lat dostrzegam jakąś niekompatybilność między stylem Genesis, a podejściem amerykańskim. I choć muzykę Genesis kocham miłością dozgonną, a Kerzner zapewnia, że to jest jedna z jego głównych inspiracji, to odnoszę wrażenie, że jednak zupełnie inaczej odczuwamy istotę fenomenu twórczości legendarnych Brytyjczyków. Amerykańskie spojrzenie na styl Genesis jest dla mnie trochę powierzchowne, jakby uwzględniało pewne elementy kompozycyjne, ale nie docierało do sedna sprawy. Może to kwestia kultury muzycznej, może emocjonalności, a może jednego i drugiego. „Acceleration Theory” to jedna z takich płyt, do których niby trudno się przyczepić, niby ciężko coś konkretnego zarzucić, niby wszystko jest dobre, solidne, produkcyjnie i wykonawczo wręcz nieskazitelne, ale niestety brak na niej wielkich uniesień, zachwycających perełek i prawdziwego kunsztu kompozytorskiego.

Konkrety. Obok Kerznera – twórcy, klawiszowca i wokalisty – występują wokalista Gabriel Agudo, perkusista Marco Minnemann, gitarzyści Matt Dorsey i Randy McStine, oraz cała plejada znakomitych gości: Steve Hackett, Steve Rothery, John Wesley, Nick D’Virgillio, Jon Davison, Leticia Wolf. Dostajemy dwanaście utworów, ponad godzinę muzyki. Jest tu jeden jedenastominutowy długas, a reszta to utwory 4-6 minutowe, czyli stosunkowo krótkie jak na tę stylistykę, ale w większości płynnie przechodzące jeden w drugi, przez co tworzące jednolity blok muzyczny. To przestrzenna, oparta na keyboardach progresja zmieszana z prostszymi schematami rockowymi. Brzmi to masywnie, jest gęsto i ciasno od dźwięków, wszystko ma budować nieco „kosmiczne” wrażenie, bo mamy do czynienia z konceptem science fiction i jest to swoisty film muzyczny włożony w ramy prog-rockowego albumu. Dominujące klawisze Kerznera serwują masywne, klasycyzujące akordy uzupełniane drobnymi motywami melodycznymi nieco schowanych gitar, a Marco Minnemann bombarduje tak jak zdążył już przyzwyczaić czyli aktywnie i dosyć gęsto, dzięki czemu perkusja staje się drugim obok keyboardów najaktywniejszym instrumentem w miksie. Mamy tu sporo dobrych solówek gitarowych, może nie wybitnie charakterystycznych, ale jednak opartych na niezłych melodiach, a niekoniecznie na fajerwerkach technicznych, co już jest atutem.

Czego mi w tej muzyce brakuje? Zróżnicowania. Mam wrażenie, że większość tego materiału jest utrzymana w bardzo podobnej dynamice i melodyce. Nie dostrzegam tu klucza, który sprawiłby, że poszczególne części tego albumu zbudowałyby napięcie, a inne je rozładowały. Nie ma tu utworu, który wziąłby na siebie ciężar kumulacji, czy puenty albumu. Nie ma chwili na oddech, nie ma numeru, który pokazałby inne atuty zespołu, a całość jest przez to nużąco jednolita. W sumie nie ma więc opowieści, która w zamierzeniu miała być. W takiej jednolitości mogą zagubić się naprawdę świetne fragmenty, a dobrego grania instrumentalnego jest tu sporo (choćby końcówki „Two Moons Setting with the Sun” i „Scavengers”). Zespół pędzi w swoich kosmiczno-progresywnych kombinacjach przez pierwszych pięć kompozycji, schodząc nieco z dynamiki dopiero w szóstym „Be the Light”, niezłej balladzie, opartej na ładnym motywie gitary i prostym chwytliwym zaśpiewie.

Najdłuższy i moim zdaniem najlepszy na płycie „Hands of Time” przynosi wreszcie trochę urozmaicenia. Odróżnia się od innych kompozycji i sam w sobie jest ciekawie zróżnicowany. Po spokojnym, nieco space rockowym początku, mamy nagły atak metalowych fraz gitar. Przez dłuższą chwilę jest ciężko, bardziej porkiupajnowo niż genesisowo. I ten skok w takiej kombinacji robi wrażenie. Kolejne zwrotki oparte są na intrygujących, łagodniejszych motywach stanowiących wyciszenie i zbudowanie atmosfery przed kolejnymi kulminacjami. Znakomite są fragmenty (4:58-5:29 i później jeszcze 6:11-6:50 oraz 8:45-11) oparte na błyskotliwym, niepokojącym motywie basowym i kontrastującej z nim linii wokalnej, które będą wracały trzykrotnie i złożą się ostatecznie na naprawdę mocny kręgosłup całej kompozycji. Przez wyeksponowanie gitar robi się tu surowiej, ostrzej i konkretniej. Zespół ciekawie i zręcznie bawi się tu wreszcie różnorodnym brzmieniem i zmienną dynamiką.

Mocnym punktem jest też „AlienA”. To elektroniczna wycieczka w rejony muzyki klubowej z kobiecym gościnnym wokalem Leticii Wolf. Tu w największym stopniu słychać atuty Kerznera znane już z pierwszej płyty Sound of Contact – klarowne przestrzenne brzmienie, konkretna partia bębnów i nostalgiczno-kosmiczna linia wokalna w naprawdę mile chwytliwym refrenie. W tle przyjemne wokalizy i ten drugi, męski, uroczo gabrielowski wokal uzupełniający Leticię Wolf. Przyjemna piosenka.

Reasumując. Nie jest to zła płyta. To solidna rzecz i znać tu rękę kilku naprawdę wybitnych instrumentalistów, ale pod względem kompozycyjnym umiejscowiłbym to zdecydowanie bliżej RPWL niż Genesis. Są momenty, ale „czegoś” (zróżnicowania dynamiki i lepszej konstrukcji) mi tu brakuje. Takie mocne 6/10.

Jak na pierwszą dekadę stycznia to i tak nieźle. Może to zwiastun dobrego muzycznego roku…

Nowy rok, karta już zapisana

Najlepszego w nowym roku!
Spieszę z krótkim raportem z literackiego „pola bitwy”.

Nowa powieść. Jak już pisałem nie zaczynam nowego roku z pustą kartą. Konspekt nowej powieści mam niemalże gotowy. Do tego stopnia „niemalże”, że zacząłem już pisać, co znaczy, że spraw niedoprecyzowanych jest tak niewiele i są one tak małoistotne, że można pozwolić im wyniknąć spontanicznie już w trakcie powstawania powieści. Twardy kręgosłup fabularny jest wymyślony, świat przedstawiony zaprojektowany, postacie zbudowane, czas przełożyć suchy plan konspektu na literaturę. Jestem podekscytowany, bo wkraczam na nowe dla siebie tereny zarówno językowe jak i fabularne, wymykam się z ram gatunku w którym dotychczas funkcjonowałem. Nowe często jest rozwojowe. „Rozdarcie” będzie powieścią w której spotkają się elementy różnych gatunków. Charakter historii wymaga ode mnie sięgnięcia do stylistyki science fiction i nawiązania do utopii literackiej, ale akcenty kryminalne i political fiction również będą bardzo silne. Nie ukrywam, że jest to powieść, która rodzi się z rozczarowania i niepokoju, i choć nie są to stany na co dzień przyjemne, stanowią bardzo dobre paliwo twórcze.

Premiera nowego kryminału. Wiosną powinien ukazać się napisany w ubiegłym roku kryminał „Niezależność”. Będzie to kolejna część nieformalnego cyklu z dziennikarzem Marcinem Faronem w roli głównej. Po piłkarskim „Okrągłym przekręcie”, kulturalno-wrocławskim „Plagiacie” i medyczno-korporacyjnym „Przypadku”, Faron wreszcie trafia do odpowiedniej redakcji, gdzie będzie mógł rozwinąć skrzydła i robić to, co potrafi najlepiej – prowadzić śledztwa dziennikarskie. Tym razem zagadka przeniesie go na granicę światów medialnego, politycznego i kulturalnego. Na tym skrzyżowaniu rozegra się dramat i zawiąże supeł wielkiej tajemnicy. Bodaj największej i najtrudniejszej w niedługiej ale bogatej już historii Farona. To początek nowego rozdania, pierwsza jego misja w barwach redakcji „Raportu”. Nie ostatnia, ale o tym za chwilę.

Publicystyka. Opinie na temat płyt, książek, koncertów i filmów oraz różne muzyczne wspominki – oczywiście wszystko to będzie, jeśli czas pozwoli nawet w większym natężeniu niż miało to miejsce wcześniej, ale 2019 to też rok dwóch znaczących dla mnie rocznic, które chciałbym choćby skromnie zaakcentować. W marcu minie pięćdziesiąt lat od pełnowymiarowego debiutu Genesis i jest to świetna okazja, by raz jeszcze przejść drogą tej wspaniałej muzycznej historii. Przydałoby się pogrzebać w źródłach i wydobyć jakieś smaczki i ciekawostki, by przypomnieć sobie fenomen tej długowiecznej, wyjątkowo pomysłowej grupy. Druga rocznica, również marcowa, to 75 urodziny Waldemara Łysiaka. Bardzo cenię tego autora. To jego powieści lata temu jako pierwsze przemówiły do mnie ze świata literackiego i ten rok też będzie dobrym okresem, aby do niektórych dzieł Łysiaka wrócić i może coś ciekawego o nich napisać. Choćby o debiutanckiej „Kolebce”, która ukazała się w 1974 roku. 45 lat temu. No proszę, kolejna ładna duża rocznica. Nie ma przypadków

Plany dalsze. Przez najbliższe miesiące priorytet mieć będzie praca nad powieścią „Rozdarcie”, ale powinienem znaleźć też trochę czasu na rozpisanie szczegółowego konspektu nowych kryminałów. To że „Rozdarciem” wychodzę poza gatunek nie znaczy, że rezygnuję z prozy gatunkowej. Od pewnego czasu chodzi mi pogłowie pewien pomysł, który wymagałby dwutorowego zbudowania intrygi – jednej dużej, rozpisanej na trzy książki oraz trzech mniejszych, których rozwiązania wieńczyłyby kolejne tomy. Chciałbym uniknąć określenia trylogia, ale chyba się nie da niech więc będzie: myślę o dziennikarsko śledczej trylogii kryminalnej z Marcinem Faronem w roli głównej. Jest już pomysł na dużą intrygę klamrową i fabułę pierwszej części cyklu oraz wstępny zarys drugiej. Niebawem siądę do szczegółowego konspektu. Dobre pomysły już mają to do siebie, że nie lubią czekać. A ja z kolei nie lubię z dobrymi pomysłami walczyć. Trzeba z nimi współpracować.

Konspekty, założenia i plany to jedno, teraz trzeba uruchomić tryb „konsekwentna regularna praca” Zapowiada się pracowity rok!

Kieślowski. Zbliżenie

kieslowski-zblizenie

Odkąd sięgam pamięcią Krzysztof Kieślowski kojarzył mi się z czymś bardzo ważnym i bardzo bliskim, z jakąś wielką tajemnicą dotyczącą ludzkiej psychiki, emocjonalności i z trudną historią Polski lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Byłem jeszcze dzieckiem, a już mnie to kino i to spojrzenie na człowieka magnetyzowało. Jeszcze niewiele rozumiałem, a już pewne rzeczy odbierałem intuicyjnie, emocjonalnie. Z wiekiem, gdy świadomość rosła, rosła też fascynacja filmami Kieślowskiego, a poczucie, że jest to bardzo ważne i bardzo mi bliskie przeistoczyło się w pewność.

Przyznaję, że to obciążone może nawet depresyjną melancholią bardzo drobiazgowe spojrzenie na człowieka i jego przestrzeń emocjonalną oraz skrupulatne analizowanie ludzkich losów przez pryzmat przeznaczenia i przypadku, to cechy które próbuję przemycać (zachowując oczywiście odpowiednie proporcje) do swojego świata literackiego. Pod tym względem Krzysztof Kieślowski zawsze będzie da mnie jednym z mistrzów.

Kieślowski jest mi bliższy niż twórcy wywodzący się ze świata kryminału, ale nie znałem zbyt dobrze jego historii. Z tym większym apetytem przystąpiłem do lektury niedawno wydanej biografii „Kieślowski. Zbliżenie” autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Ponad sześćsetstronicowy tom obiecywał wyczerpującą, kompletną biografię i słowa dotrzymał. To bardzo dobra książka, uczciwie prowadząca czytelnika od lat dzieciństwa i meandrów relacji rodzinnych Kieślowskiego, przez okres edukacji, mozolnej wspinaczki po szczebelkach trudnej, zawiłej kariery w peerelowskiej Polsce, działalność „dokumentalną”, przejście w fabułę, przez wzloty i upadki, błyskotliwe pomysły i okresy wątpliwości, krótką ale niebywale intensywną karierę międzynarodową aż po chorobę i śmierć. Wszystkie wątki zdają się być wyczerpane. Autorka umiejętnie je komponuje. Poznajemy genezy kolejnych ważnych wydarzeń, ich szczegóły i skutki.

W tej książce wszystko jest na miejscu, nic nie dzieje się przypadkiem, nie jest wyrwane z kontekstu. Szczegółowo i dosyć szeroko opisany żywot Kieślowskiego mamy tu bardzo logicznie poprowadzony. Surmiak-Domańska musiała przeprowadzić rozległy research (pisze w nocie odautorskiej o trzyletniej pracy i o setce osób z którymi przeprowadzała wywiady, a lista pozycji w bibliografii liczy ponad trzysta pozycji) ale też imponuje zrozumieniem często już obcych nam mechanizmów określających relacje władzy z artystami w latach komuny (ileż tam się trzeba było nakombinować, żeby móc pokazać kawałek prawdy nie podpadając władzy z jednej strony i nie narażając się środowiskom buntowniczym z drugiej). Szerokie tło polityczno-społeczne jest wielkim atutem tej książki, bo biografię reżysera otrzymujemy na niezwykle istotnym w tym przypadku zmieniającym się tle politycznym. Co za tym idzie historia Kieślowskiego to kawał historii Polski drugiej połowy XX wieku. Bardzo dobrze się to czyta. Autorka pisze dynamicznym reporterskim językiem i trzyma naprawdę bardzo wysoki poziom obiektywizmu.

Wielki artysta wymaga wielkiej biografii, a najwięksi będą mieli takich biografii wiele. Nie wiem czy „Zbliżenie” to jest już ta definitywna biografia, która wyczerpuje temat Kieślowskiego. Wiem na pewno, że warto po tę biografię sięgnąć. Dla fanów mistrza i kina ogólnie to lektura obowiązkowa, ale poleciłbym ją również tym, którzy interesują się najnowszą historią i nie mierzą jej tylko datami wybuchów wojen, rotacjami na stołkach ministerialnych, ale widzą ją też przez pryzmat sztuki i życiowych zmagań wybitnych artystów. „Zbliżenie” to rzecz którą przeczytałem jednym tchem, nie tracąc zainteresowania ani na moment i którą z dumą postawię na półce z przekonaniem, że będę do niej wracał.

Kurs Maszyny do pisania

kurs

Mam wrażenie, że z rozwojem czasami jest jak z tankowaniem samochodu. Co jakiś czas pojawia się „potencjał”, jak pusty bak, który trzeba wypełnić. Sposoby są na to różne, każda taka sytuacja jest wyjątkowa, więc nie ma zapewne jednej sprawdzonej metody postępowania. Zwykle samodzielnie „tankowałem bak”, rozwijałem się „na własną rękę”, uczyłem metodą prób i błędów własnych, ale tym razem poczułem potrzebę otrzymania impulsu zewnętrznego, chęć skonfrontowania się z kimś kto może wiedzieć więcej albo mieć inną wizję pisania. I tak też zrobiłem. Skorzystałem z możliwości zrobienia kursu prozatorskiego w szkole Maszyna do pisania. Cztery intensywne trzygodzinne spotkania wypełnione ćwiczeniami warsztatowymi i ciekawymi rozmowami o tekstach pod okiem pisarza, krytyka literackiego i wydawcy Jacka Bieruta przyniosły oczekiwany efekt. Ruszyło. Perspektywa się poszerzyła. Moje przygotowania do pisania nowej powieści, która będzie dla mnie najbardziej wymagającą pracą ze wszystkich dotychczasowych, weszły na wyższy poziom. Celowo załączam do wpisu fragment wywiadu, w którym twierdzę, że szkoły nie uczą pisarstwa (przynajmniej te z systemu szkolnictwa, który mnie obowiązywał). Zdanie to podtrzymuję, ale nie znaczy to, że nie warto czasami wrócić do „szkolnej ławy” aby „zatankować bak” nowego potencjału. Choćby dla odmiany w tej zwykle samotnej pisarskiej drodze.

RIVERSIDE – Wasteland Tour 2018

20181013_215455

Ruszyli. Z nową muzyką, nową produkcją i nowym nastawieniem. Post-apokaliptyczny świat premierowej muzyki Riverside zyskał najlepszą w historii zespołu oprawę koncertową. Pierwsze koncerty „Wasteland Tour” za nami. A to dopiero początek. W nowym rozdziale rzekobrzeżnej historii zapisano dopiero kilka słów, ale już warto się im przyjrzeć. Publiczność w Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu miała już okazję usłyszeć nową muzykę Riverside w wersji live anno domini 2018.

Gdańskiego koncertu nie widziałem – doszły mnie tylko słuchy, że rządził się on prawami typowymi dla koncertów inaugurujących trasę – ale wieczory w Poznaniu i Wrocławiu zrobiły na mnie spore wrażenie. W Tamie sold out. Klub na tysiąc osób wypełniony po brzegi. Dzień później w A2 ponad półtora tysiąca ludzi. Publiczność była w dobrej interakcji od początku. Wyciszona dwudziestominutowym intro złożonym z muzycznych sampli z „Wasteland” (partie skrzypiec Michała Jelonka) połączonych z odgłosami budzącymi skojarzenia ze światem „postapo” (złowrogie krakanie ptaków, szum wichru) witała zespół entuzjastycznie, po czym w skupieniu słuchała muzyki aktywując się w odpowiednich momentach (gardła potrzebne są już w pierwszym utworze). Riverside w składzie Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki, Michał Łapaj i Maciej Meller zaczyna set od mocnego dziesięciominutowego fragmentu najnowszej płyty. Na pierwszy rzut idzie prowadzony motorycznym, metalowym riffem „Acid Rain”, a po nim dynamiczny, pełen zwrotów akcji „Vale of Tears”. Z ramp atakują najaktywniejsze i najbardziej różnorodne w historii riversajdowych tras światła. W tle sceny wzrok przyciągają dwa niewielkie ekrany, na których wyświetlane są sugestywne wizualizacje dopasowane do charakteru kolejnych kompozycji. Czerwone agresywne snopy świateł lustrują publiczność w zadziornym „Reality Dream I” (powrót do stałego setu po dwunastu latach!), później dostojny i mocarny zarazem „Lament” z nowego albumu i znów skok do „Out Of Myself” w postaci numeru tytułowego. Dwadzieścia jeden minut i aż pięć utworów. Takiego tempa i dynamiki na koncertach Riverside jeszcze nie było. Zespół postawił tym razem na krótsze, intensywniejsze numery dynamizując set i brzmi to naprawdę interesująco. Z długich kompozycji są tylko „Left Out” i premierowe „The Struggle for Survival” oraz „Wasteland”. Grupa może tu instrumentalnie rozwinąć skrzydła, prezentując bardzo różne walory własnego stylu. W misternie tkanym „Left Out” końcówka wybucha hammondowo-hardrockową mocą, „The Struggle for Survival” to surowe, połamane bardziej gitarowe granie w duchu przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a „Wasteland” czaruje folkowymi smaczkami i narastającą dramaturgią.
Nowy materiał dobrze prezentuje się w wersji live. Mroczne, kojące ballady dają chwilę wytchnienia, a kompozycje dynamiczne i bardziej rozbudowane umiejętnie budują kręgosłup setu. Doskonale w roli motorów napędowych repertuaru sprawdziły się rzeczy z „Out Of Myself”. Najstarsze utwory Riverside zadziwiająco dobrze komponują się z premierowym materiałem. Brzmią surowo, zadziornie i bardzo przejmująco. Po piętnastu latach okazuje się, że ich klimat i brzmienie pasują „jak znalazł” do wizji świata post-apokaliptycznego. Nic dziwnego, że debiut, obok „Wasteland”, jest najliczniej reprezentowaną płytą, mając w secie trzech reprezentantów. Nic też dziwnego w tym, że do łask wrócił dawno nie grany „Forgotten Land”, w którym wizje „postapo” są nader wyraźne. Odrestaurowana końcówka tego utworu brzmi teraz bardzo ostro.

20181013_2155070

Set zamyka bis złożony z trzech piosenek. Finałową część zaczyna duet Duda – Łapaj wykonując ascetyczną, wzruszającą balladę na fortepian i głos „The Night Before”. Wykonany już przez kwartet „Panic Room” nawiązuje do dynamiki podstawowej części setu i jest najmocniejszym fragmentem bisów. Na „dobranoc” dostajemy jeszcze singlową balladę „River Down Below” (graną wyjątkowo w pięciu – Matteo Bassoli na basie) która znów nieco wycisza atmosferę. Mimo spokojnego finiszu, atmosfera pod koniec koncertów jest najgorętsza. Publiczność poznańska i wrocławska opuszczała kluby w dobrych nastrojach, zadowolona zarówno z dawki jak i jakości muzyki zaprezentowanej przez Riverside.

16 szesnaście utworów, 110 minut grania, bardzo dobre tempo. „Wasteland” dostajemy niemal w całości (na pierwszym koncercie była całość, ale po gdańsku wypadł „The Day After”) a oprócz tego mamy bogaty przegląd niemal całego dorobku grupy (tylko „SoNGS” nie ma reprezentanta w secie). Utwory ze starszych płyt dobrane są według klimatu, tak by pasowały do premierowych dźwięków. Warstwa muzyczna podkreślona jest odważnie i ze smakiem użytymi światłami i wizualizacjami. Riverside niewątpliwie wchodzi kolejny szczebelek wyżej w hierarchii atrakcji koncertowych. Produkcja i frekwencja w dużych miastach świadczą, że zespół jest prawdopodobnie o krok od przejścia z poziomu dużych klubów do małych hal.

Wielkim finałem polskiej części trasy będzie niedzielny koncert w warszawskiej hali Koło, jeden z nielicznych na który są jeszcze dostępne bilety. Gdyby ktoś się jeszcze wahał – Riverside „Wasteland Tour 2018” naprawdę warto zobaczyć!

20181014_212814

Set Poznań i Wrocław:

Acid Rain / Vale of Tears / Reality Dream I / Lament / Out of Myself / Second Life Syndrome (pierwsza część, bez intra) / Left out / Guardian Angel / Lost / The Struggle for Survival / Forgotten Land / Loose Heart / Wasteland // The Night Before (bis) / Panic Room (bis) / River Down Below (bis)

„Wasteland” – 8
„Love, Fear and the Time machine” – 1
„Memories In My Head” – 1
„Anno Domini High Definition” – 1
„Rapid Eye Movement” – 1
„Second Life Syndrome” – 1
„Out of Myself” – 3

GENESIS – Selling England by the Pound (45 lat)

sebtp

Czterdzieści pięć lat temu ukazała się „Selling England by the Pound” – płyta prawdopodobnie najbliższa zaprezentowania pełnego potencjału klasycznego składu Genesis. Wystarczy spojrzeć na skład zespołu, by zdać sobie sprawę, że potencjał ten był naprawdę olbrzymi. Tony Banks, Peter Gabriel, Mike Rutherford, Steve Hackett i Phil Collins – przy każdym instrumencie muzyk o ponad przeciętnych umiejętnościach technicznych, każdy z nich z wybitną wyobraźnią, coraz większą i odważniejszą pomysłowością, każdy z nich ledwie po dwudziestce, a już ze sporym bagażem doświadczeń. Rok 1973 był dla nich idealny na nagranie doskonałego albumu. Po pierwsze klimat dla progrocka wciąż jeszcze był dobry. Po drugie, skład ze stosunkowo nowymi nabytkami – Hackettem i Collinsem – zdążył się już zgrać i przegryźć, ba, zdążył nawet nagrać bardzo dobry, przełomowy „Foxtrot”, album który przeniósł Genesis z uniwersytecko-artystowskiej niszy, do pierwszej ligi progresywnego rocka. Po trzecie, przeładowani pomysłami i ambicjami twórczy muzycy, nie zdążyli się jeszcze sobą zmęczyć i wciąż naiwnie wierzyli, że pięć wielkich muzycznych umysłów zmieści się w jednym studiu i na jednym pięćdziesięciominutowym krążku. To był zespół wielkich indywidualności, dlatego czas tego składu był policzony i to raczej w miesiącach niż długich latach. W 1971 roku skład się ustabilizował, w 1972 roku przyszło przełamanie i wielki skok jakościowy, a już w 1974 nastąpiło zmęczenie materiału. „Selling England by the Pound” jest owocem pracy zgranego i jeszcze nie najgorzej dogadującego się kwintetu z roku 1973. Jak pokazała przyszłość jedynego roku, w którym zespół w tym składzie mógł nagrać swoje szczytowe dzieło.

Wiosną 1973 roku genesimani ograniczyli aktywność koncertową i przeznaczyli kilka miesięcy na napisanie nowego materiału. Po sukcesie „Foxtrot” chcieli się dobrze przygotować do następnego kroku. Zaszyli się w niewielkim pustym, starym domu w Chessington. Zmienili nieco metodę komponowania materiału, po raz pierwszy w tak dużych dawkach próbowali jammować i tworzyć wspólnie. Jeden z naszych przyjaciół znał właściciela tego domu, przenieśliśmy się tam i zajęliśmy na jakiś czas największe pomieszczenie – wspominał Collins. – To był bardzo dobry i twórczy okres, napisaliśmy tam sporo materiału. Inaczej pamięta to Mike Rutherford, najwidoczniej przygnieciony nieco presją oczekiwań. Z okien domu widać było gigantyczny dąb uginający się po gęstymi liśćmi i pamiętam że długimi godzinami wpatrywałem się w niego myśląc, że ten widok dobrze obrazuje moje samopoczucie – mówił. – Nasz ówczesny problem polegał na tym, że jam sessions najczęściej do niczego nie prowadziły. Potrafiliśmy tak grać wspólnie przez całe popołudnie bez żadnych rezultatów.

Nie było jednak tak źle, jak mówił Mike. Faktem jest, że sporo fragmentów muzycy skomponowali indywidualnie („Firth of Fifth” to prawie w całości dzieło Banksa, pierwsza część „Dancing With the Moonlit Knight” to z kolei solowa praca Gabriela) ale wspólne improwizacje zaowocowały choćby porywającą częścią instrumentalną „The Cinema Show” i ostatecznym wykrystalizowaniem się „I Know What I Like”. Bez jam sessions nie powstałby na pewno też „The Battle of Epping Forest”, którego podstawa została wymyślona przed sesją, ale później z kolejnymi jammami dodawano do tego rozbudowanego utworu kolejne warstwy i elementy.

Po raz pierwszy bardzo aktywny twórczo był wówczas Steve Hackett. W grupie czuł się coraz pewniej, poza tym rzucając się w wir aktywnej pracy próbował uciekać od problemów osobistych – rozpadającego się wówczas pierwszego małżeństwa. Bessa w życiu prywatnym często przynosi hossę w życiu zawodowym. Steve dołączył zatem jako czwarty aktywny kompozytor po Gabrielu, Banksie i Rutherfordzie. Tylko Collins jeszcze nie zasypywał kolegów pomysłami, najlepiej czując się za perkusją w spontanicznym graniu i jako aranżer.

Zespół narzekał nieco na proces powstawania tego albumu. Podobno praca szła sprawnie tylko na początku, a później przyszło znużenie. Być może jam sessions rzeczywiście nie były jeszcze wówczas tak efektywne. Być może w pewnym momencie zabrakło zespołowi świeżości, być może natłok płodnych kompozytorów i nadmiar pomysłów przytłoczył ekipę. Ale faktem jest, że sesje 1973 roku przyniosły sporo znakomitej, oryginalnej i bardzo stylowej muzyki opatrzonej błyskotliwymi, inteligentnie napisanymi tekstami. To muzyka rockowa o bardzo wysokim stopniu artyzmu, a literackie nawiązania do twórczości TS Elliotta (prześcigali się w tym Banks i Gabriel, zdeklarowani fani jego twórczości) nie tylko dodają poetyckiego smaczku, ale również sprawiają, że „Selling England by the Pound” nosi znamiona dzieła intertekstualnego.

Pisząc w 2011 roku biografię Petera Gabriela („Świat sekretny, świat realny”) uważnie przyjrzałem się zawartości tego krążka i dosyć szczegółowo go opisałem. Punktem wyjścia tamtego eseju była Ameryka, która z jednej strony pojawiła się w życiu zespołu, jako cel i wielki rynek do zdobycia, ale także jago ekspansywna potęga gospodarcza mająca coraz większy wpływ na to, co działo się wówczas w Wielkiej Brytanii.

Na początku lat siedemdziesiątych ani Ameryka nie zachłysnęła się Genesis, ani Genesis nie zachłysnęli się Ameryką. Przynajmniej chwilowo, tuż po wzajemnym zapoznaniu, między grupą, a nowym rynkiem zapanowały relacje może nie chłodne, ale raczej letnie niż gorące. Chłopcy Tony’ego Stratton Smitha – w odróżnieniu od zespołów pokroju Led Zeppelin, Deep Purple czy Pink Floyd – nie zdobyli szturmem Stanów Zjednoczonych, ale też należy pamiętać, że proponowali jednak trudniejszą i mniej zrozumiałą dla Amerykanów muzykę. Potężny zaoceaniczny rynek zbytu nie zawrócił im w głowach i gdy spory odsetek obserwatorów sceny rockowej przewidywał, że Genesis w 1973 roku nagra album bardziej „amerykański”, zespół – jakby na przekór – przygotował płytę do bólu angielską, tak pod względem muzycznym, jak i literackim. Wątek amerykańskiej komercjalizacji wróżonej grupie Peter sprytnie wykorzystał jako jedną z treści określających piąte dzieło. Anglia się amerykanizowała, ale muzyka zespołu nie zamierzała wyrzekać się swojej awangardowej brytyjskości. Obawiałem się ostrej krytyki ze strony angielskiej publiczności i mediów za wychylenie się w stronę rynku USA – przyznawał Gabriel, dodając – po części właśnie dlatego chciałem, aby zatytułować album „Selling England by the Pound”.

Tytuł ten pochodzi oczywiście z przedwyborczego manifestu socjalistycznej partii pracy, ale też znakomicie oddaje klimat i nastroje zmierzchu ideałów hipisowskich. Naiwny romantyzm końca lat sześćdziesiątych wyparowywał z serc ludzi, pamiętających nadzieje związane z rewolucją. To, co jeszcze cztery – pięć lat wcześniej wydawało się możliwe do osiągnięcia dzięki pospolitemu ruszeniu młodzieży na całym świecie, w 1973 roku jawiło się już niczym wyblakłe, niespełnione marzenie. Konflikty zbrojne trwały w najlepsze, ludzie nadal musieli uprawiać „wojnę”, nie „miłość”, a woodstockowa młodzież po wkroczeniu w wiek dorosły, wolała jednak „mieć”, niż „być”, upodabniając się do własnych rodziców, z którymi jeszcze kilka lat wcześniej tak zaciekle walczyła. Proza życia i proza rynku pokonały hipisowskie ideały. Wynikające z tego rozczarowanie i zaniepokojenie o losy Anglii, Peter Gabriel przemycił w sprytnie zawoalowanych aluzjach i gierkach słownych.

Genesis nigdy nie mieli ambicji, by stać się „głosem pokolenia”, dlatego też zwykle unikali wygłaszania opinii politycznych czy jednoznacznych deklaracji światopoglądowych. Gabriel bardziej bezpośrednie podejście zaprezentował dopiero w czasie kariery solowej, a jako członek zespołu należał do najlepszych specjalistów ubierania poglądów i przemyśleń w szaty symbolicznych opowieści wielofunkcyjnych. Tak jest właśnie w przypadku utworu „Dancing With The Moonlit Knight” (Tańcząc z księżycowym rycerzem). Ta (na pierwszy rzut oka) barwna muzyczna bajka, to w istocie lament nad kondycją ojczyzny. Czy możesz mi powiedzieć, gdzie leży mój kraj? – dopytuje ustami Gabriela Unifaun swoją wielką miłość. Uzyskuje odpowiedź: On leży we mnie! od Królowej Być Może (parodii Królowej Majowej, zwiastunki dobrego sezonu) – skomercjalizowanej bohaterki reklam okazyjnych towarów z przeceny. Unifaun uwierzył i pohandlował z nią (własnymi ideałami?). Symbolika globalnej wyprzedaży brytyjskiego dorobku i tradycji, przewija się między wierszami także kolejnych zwrotek. Old Father Thames, czyli legendarny duch odmętów Tamizy… utonął, a brytyjski naród przeżuwa własne sny i marzenia niczym mdłego hamburgera w sieci barów szybkiej obsługi. To problemy pierwszej połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, ale tekst i klimat utworu składają się na intrygującą mozaikę wyjętą z reguł kalendarza.

W „Dancing With The Moonlit Knight” nie ma nawet okruchów typowego rockowego buntu danej chwili, to raczej baśń ułożona z kamyczków ówczesnej codzienności, wtopionych w tło historyczne, a każdy poruszony wątek może być zarówno faktem kolokwialnie zwanym „autentycznym”, jak również wyciągiem z gabrielowej szufladki science fiction. Doskonałym przykładem tej dwuznaczności i ponadczasowości jest zestawienie historycznych rycerzy Okrągłego Stołu z legendy o królu Arturze, z popularnymi w latach siedemdziesiątych znaczkami „Green Shields” (Zielona Tarcza). Bajka zderza się tu z prozą życia. Podobną mozaikę Peter zbudował w „The Battle of Epping Forest” (Bitwa pod lasem Epping), zabawniej opowiastce o wojnie gangów, znów przedstawionej w formie bardziej retro niż modern. Historyjka ma swoje korzenie w rzeczywistości, gdyż wokalista wpadł na pomysł tekstu po lekturze artykułu opisującego potyczki łobuzerskich band londyńskiego East Endu. Prawdopodobnie chciał napisać liryk mocno dokumentalny, wiadomo bowiem, że intensywnie poszukiwał dalszych informacji na ten temat. Nie znalazł, więc popuścił wodzę fantazji i z autentycznych korzeni wyrosła zabawna, pełna intrygujących gier słownych, rymów i zaskakujących konstrukcji bajeczka. Dałem się nieco ponieść emocjom, pisząc tekst „The Battle of Epping Forest” – przyznawał później. – Świetnie się przy tym bawiłem, ale momentami słowa nie współgrają z muzyką. Obstawałem przy tym, abym to ja pisał wszystkie teksty. Wychodziłem z założenia, że robię to najlepiej z zespołu, co chyba faktycznie było prawdą. Mój główny problem stanowiło tempo pracy. Bywałem niewiarygodnie wolny. I to niestety przełożyło się na zgodność muzyki z tekstem. Bo gdy ja byłem jeszcze w lesie ze słowami, reszta zespołu przygotowała już wszystkie partie muzyczne i później trudno nam było to połączyć, bo podkłady nie miały moich linii wokalnych ani tekstu.

Skomplikowanej warstwie tekstowej stworzonej przez Gabriela, nie ustępuje w niczym przygotowana kolektywnie przez cały zespół oryginalna konstrukcja muzyczna. „Bitwa pod lasem Epping” to jeden z tych utworów, które najodważniej prezentują esencję genesisowych zainteresowań dźwiękowych, tak odległych od grup z bluesowymi podstawami. Szalejące metrum; nachalne, natarczywie dominujące klawiatury Banksa; to chowający się, to eksponujący gitarową melodyjkę Hackett, do tego nieustanne zmiany nastroju i brzmień (partie akustyczne), a nad tym wszystkim aktorsko śpiewający Gabriel – co by nie powiedzieć, można mieć pewność, że Genesis niespecjalnie zależało na masowej amerykańskiej publiczności. Z taką muzyką na duży sukces po drugiej stronie Atlantyku nie mieli większych szans, nawet w latach siedemdziesiątych.

Peter nie ukrywał, że w tej przekorze upatrywał metody: Miałem ochotę na to, aby skoncentrować się na naszej angielskości. Muzyka amerykańska stanowiła wówczas oczko w głowie krytyków, a ja myślałem, że dobrze byłoby odpowiedzieć na tę modę czymś naszym, oryginalnym, własnym. Oczywiście mieliśmy swoje amerykańskie wzorce obok elementów angielskich i europejskich. Pomysł polegał na tym, żeby przekonać się, które stare elementy brytyjskie można na nowo uruchomić i przenieść na grunt nowoczesnego świata. Na przykład „The Battle of Epping Forest”, jest próbą przeszczepienia angielskiej wojny gangów z XX wieku w nastrój pejzaży Williama Hogartha.

O tym, że był to świetny pomysł, przekonywał pierwszy singlowy sukcesik, odniesiony z również bardzo angielską, ale jednak dalece prostszą piosenką „I Know What I Like”. Tu Gabriel ponownie mógł zbudować literacki światek, oparty o wiktoriańskie wyobrażenia i dziecięce wspomnienia z rodzinnej farmy. Wizytując jedną z londyńskich galerii, natknął się na obraz zatytułowany „The Dream” (Sen) autorstwa Betty Swanwick. Gdy spostrzegł na nim ławeczkę z wylegującym się, drzemiącym wieśniakiem być może przypomniał sobie swoją pierwszą piosenkę, jaką napisał w wieku dwunastu lat – „Sammy The Slug” (Sammy leniuszek). A być może urzekł go klimat obrazka, jakby korespondujący z okładką „Nursery Cryme”? Tak czy inaczej, napisał na podstawie „The Dream” tekst „I Know What I Like”, a później doprowadził do tego, że obraz Swanwick ozdobił okładkę płyty. Genesis, mimo że potrafili pisać proste piosenki i już wcześniej wychodziło im to bardzo sprawnie, zwykle wzbraniali się przed korzystaniem z wyświechtanych form zwrotkowo ‑ refrenowych, w obawie przed utraceniem oryginalności. Gdyby nie rozsądne przełamanie, „I Know What I Like” pewnie nie trafiłby na ten album. Przełamanie wyszło ze strony Hacketta i Gabriela, którzy mieli największy udział w powstaniu tej przebojowej kompozycji. Hackett zaoferował wiodący riff gitary, a Peter poparł gitarzystę, przeczuwając, że chwilowe uproszczenie konwencji nie zaszkodzi zespołowi. Czułem na sobie odpowiedzialność, aby skierować zespół w stronę większej przystępności – tłumaczył później. – Zawsze staraliśmy się unikać pisania hitów, co było chyba dosyć głupim założeniem. Wtedy mieliśmy wielkie ambicje robienia wszystkiego inaczej niż reszta, unikania powieleń kogokolwiek, niemal za wszelką cenę. Tony grał linię melodyczną „I Know What I Like” i mimo że nie uważałem jej za wspaniałą, wiedziałem, że ludzie ją polubią. Zwrotki są dobre. Nie mam też niechęci do refrenu, ale uważam, że to było jednak trochę pójście na łatwiznę.

Być może, ale żeby zaistnieć na liście przebojów, czasami trzeba pójść na łatwiznę. Singiel dotarł do 21 miejsca brytyjskiego zestawienia i na pewno przysporzył grupie więcej przyjaciół niż wrogów, bo piosenka – choć prostsza – nie wyłamywała się z awangardowo brytyjskiego stylu Genesis. Ot, po prostu prezentowała go w nieco przystępniejszej formie.

Prawdopodobnie najlepszym i najbardziej reprezentatywnym utworem dla stylu Genesis jest „Firth of Fifth”. Dziesięciominutowy, rozbudowany, ale bardzo klarowny utwór zbudowany na melodycznych i harmonicznych pomysłach autorstwa Banksa. Z resztą, to właśnie jego porywająca partia otwiera tę kompozycję, w brawurowy sposób eksponując esencję melodycznego potencjału zawartego w kompozycji. Instrumentalna uwertura to długi pasaż na fortepian solo, będący, kto wie, czy nie najlepszą chwilą Tony’ego Banksa ze wszystkich nagranych – pisał Edward Macan w „Rocking the Classics”. – Banks wykazuje tutaj prawdziwy talent w grze osiemnastowieczną techniką zwaną fortspinnung, czyli przeciągania muzycznego pomysłu opartego na figuracji przedstawionej w kilku pierwszych taktach. (…) Według mnie „Firth of Fifth” to najpiękniejsze dziewięć i pół minuty muzyki jakie Genesis kiedykolwiek stworzyło. Utwór ten egzemplifikuje niemalże wszystkie najważniejsze aspekty Gabrielowego stylu zespołu, jest znakomicie ustawiony strukturalnie, a ponadto jawi się jako jedno z najwspanialszych osiągnięć grupy w każdej dziedzinie, no, może z wyjątkiem tekstu.

Trudno dziwić się zachwytom Macana, który poświęcił „Firth of Fifth” długi esej rozbierając kompozycję na czynniki pierwsze. Jego wnikliwa analiza, im bardziej szczegółowa, im głębiej zaglądająca w zakamarki umysłu Banksa i warsztatu Genesis, tym mocniej dowodząca nieprzeciętnej jakości tej muzyki. W drobiazgowo przemyślanym i poprowadzonym utworze, pełnym pięknych melodii, niebanalnych harmonii i nieszablonowych rozwiązań rytmicznych błyszczy cały skład. O wirtuozerskich partiach Banksa już było, ale przecież jednym z najjaśniejszych momentów całego albumu jest solo gitarowe Hacketta, będące przepiękną wariacją tematu melodycznego wymyślonego przez klawiszowca. To moje najbardziej znane solo z płyt Genesis – mówił gitarzysta w rozmowie z Piotrem Kaczkowskim. – Chyba dlatego, że najbardziej melodyjne. Co za ironia losu, że napisał je Tony Banks. W zamyśle utwór pisany był na fortepian, ale melodia grana była już na flecie, fortepianie i gitarze elektrycznej. To po prostu wspaniała melodia. To jak ją zagrałem na gitarze lata temu, z tyloma nagiętymi nutami, naprawdę ze wszystkimi które dały się nagiąć, stworzyło klimat może hinduski, w każdym razie mniej europejski, co w dzisiejszej terminologii plasowałoby ten utwór w przegródce „muzyka świata”.

Imponują w tym utworze melodycy Banks i Hackett, ale brawurowy jest również kręgosłup rytmiczny utworu. Duet Collins-Rutherford po mistrzowsku przeprowadza zespół przez niełatwe zmienne metrum tej złożonej kompozycji, pięknie dynamizując urokliwe melodie fortepianu, gitary i fletu.

„Selling England by The Pound” nagrano w studio Islands w sierpniu 1973 roku pod okiem producenta Johna Burnsa. Album, oprócz tego, że zawiera jeden z najlepszych materiałów stworzonych przez Genesis w całej historii, jest też inteligentnie skonstruowany. Cztery długie kompozycje, niczym dania główne i cztery krótsze, prostsze formy, niczym przystawki – złożyły się na delikates w całości smakowity. Brytyjską, artrockową arogancję Genesis doceniła rodzima publiczność, ochoczo kupując longplej, fundując tym samym grupie długi, przeszło półroczny, pobyt na liście bestsellerów. Szczytem możliwości wydawnictwa okazało się miejsce trzecie, co stanowiło największy sukces Genesis z Peterem Gabrielem w składzie. Po dziś dzień album ten uchodzi za jedno z największych dzieł w katalogu rocka progresywnego, imponuje i uwodzi kolejne pokolenia poszukiwaczy muzycznych skarbów, a „I Know What I Like” i instrumentalna część „Firth of Fifth” do ostatniej trasy w 2007 roku miały pewne miejsce w secie koncertowym.

PHIL COLLINS – Plays Well With Others (2018)

plays-well

Phil Collins naprawdę pięknie potrafił grać z innymi artystami. Funkcja bardzo aktywnego i wszechstronnego perkusisty sesyjnego była dla niego równie naturalna, a może nawet naturalniejsza, niż rola gwiazdy muzyki pop. Pielęgnował tę sferę działalności. Zwykł mawiać, że jego największym sukcesem jest trasa koncertowa jaką zagrał z Erikiem Claptonem. Wcielił się wówczas w szeregowego członka ekipy zasiadając za zestawem perkusyjnym i był z tego bardzo dumny. Ani „numery jeden” list przebojów, ani multiplatynowe płyty, ani nawet zdobyty Oscar nie zmieniły tego stanu rzeczy. Collins kochał grać i być może właśnie dzięki tej miłości był tak dobry, tak oryginalny i tak chętnie zapraszany przez innych artystów. Uwielbiałem te wszystkie okazje ku temu, by po prostu zagrać na perkusji i czasami zarobić jakieś pieniądze, a czasami nie – wspominał. – Bo fakt jest taki, że nie robiłem tego wszystkiego dla pieniędzy, ale dla samej frajdy grania.

Prawdopodobnie nie sposób zliczyć wszystkich sesji w których uczestniczył gościnnie. Zaczął jeszcze w 1970 roku zaproszony do studia na nagrania płyty „All Things Must Pass” Georga Harrisona, a później następne „fuchy” zaczęły się piętrzyć i mnożyć. Tego trendu nie zmieniły ani długie trasy Genesis, ani gigantyczny sukces komercyjny. Wręcz przeciwnie. Gdy Collins stał się mega gwiazdą zaproszenia do współpracy stały się jeszcze częstsze, a Phil mimo przeładowanego kalendarza rzadko odmawiał. Przez czterdzieści lat intensywnej działalności zagrał na dziesiątkach płyt, maczając palce przy setkach utworów. 28 września ukazał się boks, który próbuje nam nieco przybliżyć dorobek Collinsa – sesyjnego perkusisty i producenta. I choć jest to wydawnictwo, które tematu z oczywistych względów nie wyczerpuje, to naprawdę warto się z nim zapoznać. A dla fanów Phila to rzecz zdecydowanie obowiązkowa.

„Plays Well With Others” to czteropłytowy boks w rozmiarze i formacie tradycyjnego kompaktu. Zawiera 59 utworów składających się na bardzo bogaty i eklektyczny zestaw. Mimo że mamy tu zestawione obok siebie piosenki różnych artystów, z różnych okresów działalności, poruszających się w odmiennych stylistykach, dobrze się tego słucha i w całości i wyrywkowo. Kluczem jest tu jakość, bo w przeważającej większości są to po prostu dobre i bardzo dobre kompozycje. Pierwsze trzy dyski zawierają piosenki rozdzielone według klucza ram czasowych. Dysk pierwszy to rzeczy nagrane między 1969 a 1982 rokiem (całość otwiera najstarszy w zestawie „Guide Me Orion” nagrany przez pierwszy profesjonalny zespół Collinsa Flaming Youth), dysk drugi to lata osiemdziesiąte, dysk trzeci to okres od 1991 do 2011 roku, a dysk czwarty wypełniają głównie nagrania koncertowe z przełomu wieków (opisany jest ramami czasowymi 1981-2002, ale w znakomitej większości jest to repertuar z lat 1998 i 2002). Podział ten sprawia, że pewnym spoiwem jest brzmienie tych nagrań, siłą rzeczy związane z technologią charakteryzującą kolejne dekady.

Sam spis wykonawców robi wielkie wrażenie i wyostrza apetyt. Usłyszymy tu między innymi Erika Claptona („Just Like a Prisoner”), Roberta Planta („Pledge Pin”, „In the Mood”), Petera Gabriela („Intruder”), Roberta Frippa („North Star”), Paula McCartneya („Angry”), Ala di Meolę („Island Dreamer”), Briana Eno („Over Fire Island”), Gary’ego Brookera („Lead Me to the Water”) i wielu, wielu innych. Legenda obok legendy, perełka przy perełce, a w tym wszystkim ręka wirtuoza perkusji doskonale czującego się w różnych stylistykach, imponującego zarówno techniką, jak i czarującego feelingiem. Obok wielkich nazwisk pojawiają się też artyści mniej znani, czy obecnie nieco zapomniani, jak choćby John Martyn, który pojawia się na boksie aż pięciokrotnie. Na pierwszym dysku znajdziemy jego uroczą balladę „Sweet Little Mystery”, a na dysku trzecim trzy kolejne klasowe kompozycje (Collins słyszalny w chórkach) oraz martynowską wersję „Can’t Turn Back the Years”. To jedna z nielicznych przeróbek piosenek z repertuaru samego Phila (oprócz niej są jeszcze „If Leaving Me Is Easy” The Isle Brothers, „Why Can’t It Wait Till Morning” Fourplay, „In The Air Tonite” Lil’ Kim i fortepianowa wersja „In the Air Tonight” w wykonaniu Phila z koncertu „Secret Policeman’s Other Ball”).

Oczywistym jest, że mamy tu wielką porcję klasowej muzyki rockowej i popowej, ale wielkim plusem jest to, że można w solidnej dawce, jednym ciągiem posłuchać też Collinsa w stylistyce jazzowej. Miejsca na pierwszej płycie nie mogło zabraknąć dla wyjątków z dorobku jazzrockowego Brand X („Nuclear Burn” i „…And So To F…”), a na czwartym dysku znajduje się aż pięcioutworowy, ponad czterdziestominutowy „blok jazzowy”. Są to koncertowe nagrania z Tonym Bennettem, Quincy Jonesem, grupą Buddy’ego Richa i big bandu samego Collinsa. Kulminacyjnym utworem jest dwudziestominutowe wykonanie „Pick Up the Pieces” z festiwalu w Montreaux z 1998 roku. Dysk ten zamykają przebojowe nagrania z koncertu „królewskiego” w ogrodach Pałacu Buckingham z 2002 roku, gdzie Phil zasilił składy zespołów Erika Claptona („Layla”), Annie Lennox („Why”), Bryana Adamsa („Everything I Do (I Do it For You)” i Joe Cockera („With a Little Help From My Friends”). To bardzo mocny zestaw na zamknięcie tego boksu.

Nie będę pisał, czego mi tu brakuje (może poza „Big Bang” nagranym w duecie z synem Simonem), bo prawda jest taka, że z dorobku Collinsa można by bez trudu zmontować drugi tak obszerny box, trzymający równie dobry poziom. To oczywiście nie jest wydawnictwo kompletne, które temat wyczerpie, ale „Plays Well With Others” naprawdę bardzo umiejętnie porusza temat przebogatej, imponującej działalności sesyjnej Collinsa i dobrze uzupełnia jego dyskografię. Przy tak wielkiej aktywności takiego zbioru nie mogło zabraknąć i aż dziwne, że ukazuje się on dopiero teraz.

RIVERSIDE – „Wasteland” (recenzja)

Za kilka dni na półkach sklepów muzycznych pojawi się długo oczekiwane wydawnictwo, siódmy album Riverside – jednego z najważniejszych w Europie zespołów post-progresywnych. „Wasteland” to zupełnie nowe rozdanie, prawdopodobnie początek nowej trylogii, a na pewno najważniejsza i najtrudniejsza próba zmierzenia się z brakiem Piotra Grudzińskiego, gitarzysty, który zmarł niespodziewanie przeszło dwa i pół roku temu. Żeby spojrzeć na ten nowy album z odpowiednio szerokim kontekstem, musimy raz jeszcze wrócić do wydarzeń sprzed trzech lat.

Jesień 2015 roku. Po blisko piętnastu latach istnienia i wydaniu szóstej, najlepiej przyjętej płyty, jaką była wówczas „Love, Fear and the Time Machine”, Riverside teoretycznie miał prawo do zaznania pewnego komfortu. Dojrzałość, pomysłowość i konsekwencja zaowocowały bowiem sukcesem artystycznym i komercyjnym, a także wyraźnym wzrostem zainteresowania ze strony różnorodnej publiki, zarówno polskiej jak i zagranicznej. Było to zwieńczenie długiej, wyboistej drogi do sukcesu, ale satysfakcja nie trwała długo i wspomnianego wyżej komfortu zespół nie zdążył zaznać. Reszta jest historią, którą wszyscy znają i o której nie da się zapomnieć. Pod koniec lutego 2016 roku na „chwilę” przed czterdziestymi pierwszymi urodzinami i dużą trasą koncertową, która miała jeszcze umocnić pozycję Riverside, umiera gitarzysta Piotr Grudziński. Niedawne sukcesy przykrył długi i posępny cień rozpaczy, a rok 2016 zamiast ambitnego światowego tournee określiła żałoba.

Koncerty odwołano, a zespół już w składzie trzyosobowym musiał odpowiedzieć sobie i fanom na pytanie, czy po tej stracie jest jeszcze dla Riverside jakieś „jutro”. Nie brakowało wątpliwości. Wyrwa po śmierci Grudnia, zarówno emocjonalna jak i muzyczna, była olbrzymia, a jego wkład w wyjątkowy charakter muzyki zespołu był trudny do przecenienia. Należało podjąć decyzję, czy i w jaki sposób uda się odbudować zespół. Losy Riverside ważyły się przez kilka miesięcy. Również dzięki wielkiemu wsparciu tysięcy fanów z całego świata, grupa postanowiła ostatecznie podjąć tę rękawicę rzuconą przez los. Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki i Michał Łapaj wznowili działalność Riverside w 2017 roku jako trio, a wolne miejsce gitarzysty na trasie koncertowej zajął Maciej Meller. Trio plus Meller zdało egzamin koncertowy. Zespół w takim składzie doskonale poradził sobie z graniem starego materiału. Drugim równie ważnym egzaminem miał być nowy album. Odpowiedzialnością za nową muzykę Duda, Kozieradzki i Łapaj nie chcieli się z nikim dzielić. To był ich egzamin, postanowili podejść do niego we trzech, nie wprowadzając w szeregi stałego zastępcy/następcy Grudnia. Partiami gitar miał zająć się przede wszystkim lider i główny kompozytor Mariusz Duda i tylko w kilku miejscach oddać pole zaproszonym w rolach gości Maciejowi Mellerowi i Mateuszowi Owczarkowi. Praca nad nowym materiałem miała przebiegać pod hasłem: zostało nas trzech, więc we trzech musimy dać radę!

Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale trauma jaką dla Mariusza, Mittloffa i Michała była śmierć kompana, mogła albo zakończyć historię Riverside, albo wprost przeciwnie, zahartować grupę i stać się paliwem do nagrania bardzo dobrego albumu. Muzyka jest przecież „materią” twórczą niezwykle emocjonalną i stworzoną wręcz do przekazywania tych stanów, których przekazać słowem, albo konkretnym obrazem się nie da. I tak w głowie Mariusza Dudy ostatecznych kształtów zaczął nabierać pomysł na album w klimacie post-apokaliptycznym, dosyć uniwersalnym, ale nie oszukujmy się – mocno również nawiązującym do „końca świata”, jakim dla środowiska riversajdowego była śmierć Piotra.

Genezę powstania pokrótce mamy przypomnianą, przejdźmy więc do meritum czyli gotowego już dzieła, siódmej studyjnej, pełnowymiarowej płyty Riverside pod tytułem „Wasteland”. Płyty niełatwej, nie wchodzącej tak płynnie i łagodnie jak poprzedniczka („Love, Fear and the Time Machine”), płyty jakby szorstkiej, na pewno bardzo mrocznej, ciężkiej zarówno tematycznie jak i muzycznie, momentami brudniej i zadziornej, momentami bardzo wzruszającej, powoli ukazującej swoje liczne atuty. Ale przede wszystkim płyty niosącej bodaj największy ładunek emocjonalny w dotychczasowym dorobku Riverside.

Pod względem formalnym i konstrukcyjnym zespół w dużym stopniu kontynuuje swoją drogę ewolucyjną, proponując dziewięć utworów, z których żaden nie przekracza dziesięciu minut. Co nie znaczy, że na albumie brakuje złożonych, rozbudowanych kompozycji. Riverside już na poprzednim albumie udowodnił, że potrafi tak skompresować pomysły, by stworzyć intensywny i różnorodny pięcio-sześciominutowy utwór i nie rozciągać kompozycji do ram kilkunastominutowej suity. Świetnym przykładem jest znany już „Vale of Tears”, ale tego typu utworem jest też drugi na albumie „Acid Rain”. Pierwsze trzy minuty tego numeru to ciężkie, mroczne granie, oparte na zaskakująco zadziornym metalowym riffie i posępnych akordach klawiszowych, nad którymi góruje monumentalny, nieco gotycki wokal Dudy. Po trzech minutach aranżacja łagodnieje, pojawiają się ładne, śpiewne zagrywki gitar, Łapaj sięga po lżejszą paletę barw, a chwytliwe wokalizy Dudy (powinny świetnie się sprawdzać na koncertach) sprawiają, że końcówka kompozycji staje się niemalże optymistyczna. Ta nutka optymizmu, lekkości i przestrzeni to jednak wyjątek na płycie. W większości utworów dynamicznych mamy do czynienia z bardzo ciasnym, gęstym i surowym brzmieniem, a odpowiadający zwykle za przestrzeń Łapaj jeszcze zagęszcza kompozycje, używając brzmień niskich, ciemnych i serwując partie nie kontrastujące, a częściej uzupełniające się z gitarami. Taki jest pomysł na brzmienie tego albumu i zespół konsekwentnie się go trzyma. Jeśli muzyka ma opowiadać o świecie post-apokaliptycznym, to o dźwiękowej przestrzeni i pastelowych melodiach z „Love, Fear and the Time Machine” mowy być nie mogło.

Najmocniejszymi punktami płyty są moim zdaniem dwa „długasy”. Tytułowy, ponad ośmiominutowy „Wasteland” to jedyny utwór na płycie skonstruowały w ramach typowej dla stylu Riverside mini-suity. Folkowy początek oparty na energicznym motywie serwowanym przez gitarę akustyczną nie zwiastuje burzy, która rozpęta się w czwartej minucie. Dostojny wokal Dudy i przyjemne wtręty serwowane przez Łapaja na fortepianie mają przywodzić na myśl słowiańską tradycję konstruowania ballad, ale ciepło na sercu może też zrobić się fanom Jethro Tull. Pod koniec trzeciej minuty tę folkową baśń rozbija dynamiczne wejście perkusji Mittloffa i artrockowy połamany motyw, który płynnie przeprowadzi zespół do drugiej części utworu. Mocny gitarowy riff momentalnie przenosi zespół w rejony metalowe i przez następną minutę „Wasteland” w dynamicznej części instrumentalnej balansował będzie właśnie między artrockiem a metalem. Sielankowo folkowy klimat wróci jeszcze w piątej i szóstej minucie, ale utwór mimo to nie traci już nic ze swojego dramatyzmu. Choć Duda proponuje łagodną, niemalże „kobiecą” wokalizę, a gitara w miejsce riffów eksponuje melodie, między dźwiękami unosi się niepokój. W siódmej minucie następuje ostateczny cios. Jeszcze ostrzej wyeksponowany masywny metalowy riff, mocne, bezpardonowe uderzenie Kozieradzkiego i świdrujące dźwięki klawiatur Łapaja wyciskają największe i ostatnie już pokłady ciężaru i dynamiki drzemiące w „Wasteland”.

Jeśli o „Wasteland” z pewnym przymrużeniem oka można powiedzieć, że to nowy, dojrzalszy i skompresowany „Dance With the Shadow”, tak dla drugiej wyróżnionej przeze mnie kompozycji nie potrafię znaleźć odpowiednika w dyskografii Riverside. I uważam to za atut, bo moim zdaniem zespół przygotowując taki utwór jak „Struggle for Survival” wchodzi na nowe dla siebie tereny grania instrumentalnego. Nie ma on wiele wspólnego z serią „Reality Dream”, a kompletnie nic wspólnego z utworami ambientowymi. Jeśli „Reality Dream” więcej czerpała ze stylistyki progmetalowej, tak „Struggle for Survival” to brudne, bardziej gitarowe, surowe granie, którego korzeni szukałbym raczej w „alternatywie” lub progresji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Raz to bujające, raz rażące mocą riffy serwowane przez Dudę, odrobinę frippowska partia gitary Mellera, dojrzale i mocno punktujący Kozieradzki i jak zwykle różnorodne partie Łapaja tworzą koktajl dźwiękowy niczym bardzo intensywny, silnie absorbujący soundtrack. Takiego Riverside jeszcze nie słyszałem i zdecydowanie chciałbym, żeby ten pomysł na konstrukcję i brzmienie utworów instrumentalnych był przez zespół kontynuowany.

Przypuszczam, że wielu fanów pozyska sobie piąty na płycie „Lament”, do którego lada chwila zobaczymy teledysk. Formalnie zespół prochu tu nie wynajduje, ale dobra piosenka, z wpadającą w ucho i łapiącą za serce niebanalną melodią zawsze jest na wagę złota. „Lament” to ze smakiem skonstruowana ballada rockowa z bardzo mocnym, monumentalnym refrenem, który zapewne pięknie będzie niosło w salach koncertowych. Zadziorne frazy gitar i dudniącą perkusję ładnie uzupełnia tu szlachetne brzmienie skrzypiec z ręki Michała Jelonka. Z resztą jego krótka ale przejmująca partia solowa wieńczy to dzieło.

Szlachetnie i przejmująco brzmią też wszystkie trzy ballady. Fani ceniący Riverside głównie za piosenki w stylu „In Two Minds”, „Acronym Love”, czy „Time Travellers” powinni być zadowoleni. Co prawda mamy tu zaskakującą nowinkę wokalną, bo Duda właśnie w pierwszej balladzie „Guardian Angel” eksperymentuje z niskim śpiewem w stylu Nicka Cave’a, ale efekt jest taki, jakby te niskie rejestry były dla niego chlebem powszednim. To ładna piosenka z zapadającym w pamięć powtarzającym się akustycznym motywem. Druga ballada „River Down Below” to już piosenka nieco bardziej złożona. Zaczyna ją intymny, niemalże kołysankowy fragment, w którym słyszymy tylko proste zagrywki gitary akustycznej i głos Dudy, ale w drugiej minucie kompozycja zmienia nieco charakter. Wyłania się wiodąca melodia, wchodzi perkusja, a w tle słychać przyjemnie łkającą gitarę. Wisienką na torcie jest tu naprawdę ładne, subtelne i inteligentnie dopasowane solo Mellera.

Najmocniejszy cios emocjonalny czeka na słuchacza na końcu płyty. Zaryzykuję tezę, że ballada „The Night Before” to najmocniej chwytający za serce utwór w całym dorobku zespołu. Szczere, surowe, naładowane żywymi emocjami proste akordy fortepianowe serwowane przez Łapaja i przejmujący ciepły głos Dudy, to składowe tej w gruncie rzeczy prostej, ale równocześnie niezwykle mocnej i sugestywnej kompozycji. Z wiadomych powodów właśnie takie Riverside chciałem teraz usłyszeć. Proste, surowe i piekielnie szczere. Piękniej ten album nie mógł się skończyć. Tak, ballada fortepianowa też może być wielkim finałem albumu.

„Wasteland” to płyta wyjątkowa. Jest obciążona traumą tragicznych wydarzeń nieodległej przeszłości, została nagrana przez zespół, który poniósł niezwykle bolesną stratę personalną i z jednej strony miała być egzaminem, a z drugiej dowodem, że Riverside bez Grudnia może pójść do przodu. Z wielką ulgą odebrałem te dziewięć nowych kompozycji, pięćdziesiąt minut premierowej muzyki na bardzo wysokim poziomie zarówno artystycznym jak i emocjonalnym. „Wasteland” to nieco inny Riverside. Riverside, który nie próbuje udawać, że jest tym samym zespołem. Na ten moment jest to zespół po przejściach, zespół „z blizną”, proponujący muzykę brudniejszą, zadziorniejszą, agresywniejszą, surowszą i ciasną od dźwięków. Zniknęła przestrzeń i melodyka „Love, Fear and the Time Machine”, wrócił mrok charakterystyczny dla „Second Life Syndrome” i pewna surowość również przywodząca na myśl pierwsze albumy grupy. A Mariusz Duda jako tekściarz mierzący się z tematem śmierci, wędrówki dusz, życia po życiu – w co może trudno uwierzyć, bo tematy te poruszał już kilkukrotnie – nigdy nie był aż tak wiarygodny.

Ostatnim egzaminem dla zespołu będzie jesienna trasa, która odpowie na pytanie, jak ten nowy materiał zabrzmi na żywo. Ale o to akurat jestem już całkiem spokojny. Podobno cały materiał znajdzie się w jesiennym secie, a ja stawiam, że kilka premierowych kompozycji z marszu stanie się jego bardzo mocnymi punktami. Parafrazując tytuł mojego ulubionego utworu z „Wasteland” – riversajdzi powalczyli o przetrwanie. I przetrwali.

Nowa powieść i oczy dookoła głowy

Dobrze jest kiedy człowiek ma poczucie, że u startu nowego sezonu nie został w progach. Jesień zagląda zza winkla, czas ruszać z nowymi projektami, ale i warto śledzić co się dzieje w kulturze, bo jesień 2016 zapowiada się naprawdę intrygująco. Zanotowałem w kalendarzu kilkanaście obiecujących premier, które ku mojej uciesze, co jakiś czas będą mnie odciągać od pracy nad nową powieścią.

W lipcu zacząłem pracę nad kryminałem „Przypadek”. Dwa miesiące pisania, jestem mniej więcej w jednej trzeciej. Dobre tempo, jak na mnie. Zwykle około roku siedziałem nad powieścią, teraz powinienem uwinąć się w sześć miesięcy bez ryzykowania jakością. Powodów tego przyspieszenia jest kilka. Po pierwsze stęskniłem się za prozą, ostatnie dwa lata siedziałem przy biografii, a to jest jednak inne pisanie. Po drugie, wreszcie mam bardzo dobrze przemyślany konspekt, który jest efektem rocznego planowania, rozmyślania nad intrygą, przewidywania, analizowania różnych dróg rozwoju wypadków, budowania i wyobrażania sobie postaci. Jeśli konspekt jest dobrze przygotowany to samo pisanie jest już z górki. Po trzecie, kątem oka widzę stojącą na biurku statuetkę zdobytą na Festiwalu Kryminalnym w Pile, i co tu dużo mówić, jest to wielka mobilizacja. Nie czuję presji, raczej ekscytację związaną z możliwością potwierdzenia, że ta pilska nagroda nie była przypadkowa.

Najbliższe miesiące upłyną mi zatem na pracy nad „Przypadkiem”, ale warto też nie tracić czujności kulturalnej, mieć oczy dookoła głowy, spoglądać w stronę muzyczną, literacką i filmową, bo jesień przyniesie kilka ciekawych premier, dla których warto będzie oderwać się na dzień-dwa od pracy. Już 14 września – jakby się zmówili – ukażą się nowe kryminały Marka Krajewskiego („Nikt nie rodzi się niewinny”) i Wojciecha Chmielarza („Osiedle marzeń”). Tydzień później ukaże się powieść „Prawdziwa historia” francuskiej pisarki Delphine De Vigan. Książka zapowiada się na mocną, głęboką podróż literacko- psychologiczną. Podobno sam Roman Polański przymierza się do ekranizacji, a on miałkich, byle jakich historii nie wybiera. 23 września premiera nowego albumu Marillion, zespołu do którego po słupskim koncercie znów mam nieco więcej serca. Zobaczymy, czy „FEAR” przyniesie jakiś powiew świeżości, może ciut więcej dynamiki… Naiwniak ;)

Bardzo mocna będzie końcówka września. Najpierw ukaże się zbiór felietonów Michela Huellebecqa („Interwencje 2”), pisarza bardzo spostrzegawczego i błyskotliwego, którego warto poczytać, nawet jeśli człowiek się z nim nie zawsze zgadza. 30 września premiera „Sorceress” zespołu Opeth, płyty po której sporo sobie obiecuję, słuchając bardzo dobrej „Pale Communion” i wiedząc w jaką stronę artystyczną zmierza ekipa Akerfelda. Tego samego dnia do kin wchodzi „Ostatnia rodzina”, debiut reżyserski Jana Matuszewskiego, który na starcie działalności reżyserskiej zekranizuje losy rodziny Beksińskich. Zapowiada się mocny, ważny obraz. Tydzień później premiera obrazu prawdopodobnie jeszcze mocniejszego i jeszcze ważniejszego – „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Smarzowski nie robi słabych filmów i nie porusza błahych tematów, liczę się zatem z kolejnym mocnym ciosem emocjonalnym. Kompletną niewiadomą jest dla mnie zapowiadany na ten sam dzień piąty album zespołu Coma. Pierwszy od pięciu lat premierowy studyjny materiał łodzian, zatytułowany tajemniczo „2005 YU55”, reklamowany jest jako ambitny koncept, dużo wymagający od słuchaczy, quasi audiobook. Po raz pierwszy zespół komponował muzykę do tekstów. O tym, że Coma potrafi tworzyć duże formy, przekonała kilka lat temu bardzo przyzwoitą „Hipertrofią”, ale tutaj pachnie jakimś eksperymentem i trudno powiedzieć, co z tego wyniknie.

12 i 14 października ukażą się kolejne powieści liderów polskiego kryminału, odpowiednio Mariusza Czubaja („R.I.P”) i Katarzyny Bondy („Lampiony”). Tydzień później do sklepów trafi podwójny album „Eye of the Soundscape” Riverside, o którym niebawem napiszę nieco szerzej, bo zdążyłem się już z nim dosyć dobrze zapoznać. No i na koniec, przynajmniej ze znanych mi obecnie zapowiedzi, 11 listopada rozproszy mnie przynajmniej na jeden wieczór „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Fanem Patryka Vegi jestem przynajmniej od dekady, od czasów pierwszego „Pitbulla”. Mimo nieco innego kierunku, bardzo podobały mi się „Nowe porządki”, a po pierwszych zwiastunach kontynuacji widzę, że tu może być równie dobrze. Vega ma dar nie tylko do wyciągania z aktorów najgłębszych pokładów talentu, ale też do ukazywania ich innej twarzy. Już w „Porządkach” pokazał taką Agnieszkę Dygant i Maję Ostaszewską jakich na ekranie chyba jeszcze nie było. A w drugiej serii pojawią Magdalena Cielecka, Joanna Kulig, Alicja Bachleda Curuś i Anna Dereszowska.

Do połowy listopada na pewno będzie ciekawie, rozpraszaczy nie zabraknie. A później można się już w pełni skupić na pracy nad książką ;)

O książkach w Radiu RAM

9 maja gościłem w Radiu RAM. Zostałem zaproszony do audycji „Półka z książkami” Anny Fluder. Miałem okazję opowiedzieć o książkach ważnych dla mnie z różnych powodów, takich które kształtowały mnie literacko, światopoglądowo, ale też o tych przy których odpoczywam i regeneruję się.

 

orwell

szachista

muminki

 

Materiały umieszczam dzięki uprzejmości Radia RAM.