The Claypool Lennon Delirium – South of Reality

Claypool_Lennon

Pojawiła się druga po „Galactice” Lebowskiego tegoroczna premiera muzyczna, której słucham z wielką, niekłamaną przyjemnością, dłużej niż standardowe trzy-cztery dni. Tym razem jest to płyta nagrana w dalekiej Ameryce i stylistycznie osadzona w odległej epoce. Projekt The Claypool Lennon Delirium albumem „South of Reality” przeniósł mnie w czasie o jakieś pięćdziesiąt lat, do zmierzchu siódmej dekady ubiegłego wieku. Panowie Les Claypool (znany z Primus) i Sean Lennon (syn legendarnego beatlesa) grają, jakby mieli na ścianach kalendarze co najwyżej z 1968 może 1969 roku. Robią to znakomicie, bardzo pomysłowo i wiarygodnie. To co proponują na drugiej płycie swojego delirycznego projektu, to surowe, uczciwe psychodeliczne granie w stylu The Beatles i wczesnych Floydów. Jest tu sporo nieodzownych w psychodelii orientalizmów i instrumentalnego, niewydumanego grania, ale też całe mnóstwo prawdziwie uroczych melodii typowych dla lat 60’. Dziewięć trzymających dobry poziom piosenek o różnym stopniu rozbudowania (od trzech do siedmiu minut) tworzy niespełna pięćdziesięciominutowy równy zestaw, bez słabych punktów, za to z kilkoma wybijającymi się momentami. Faworyt? Szósty na krążku floydowy „Amethyst Realm”. To doskonale zbudowany utwór, oparty o watersowski riff basu i hipnotyczny lennonowy (jakżeby inaczej!) wokal, rozwija się niespiesznie, a cierpliwie i klimatycznie tkana konstrukcja, prowadzi do bardzo dobrych refrenów. Tu wszystko jest na swoim miejscu, niby oszczędne, ale wystarczająco sugestywne, niby zadziorne i brudne, ale przyjemne. I przede wszystkim: ta melodia! Z jednej strony psychodeliczno-tajemnicza, z drugiej, bezlitośnie chwytliwa. Jeśli lubi się takie klimaty muzyczne, to trudno się od tego numeru uwolnić. Chciałbym usłyszeć go kiedyś na żywo… Gdyby Claypool i Lennon mieli wehikuł czasu, pewnie przenieśliby się do 1967 roku, prosto do londyńskiego klubu UFO i zagrali „Amethyst Realm” w dwudziestominutowej wersji, z rozbudowaną, szaloną partią instrumentalną, wprawiając ludzi w trans… Wehikuł czasu nie istnieje, ale „South of Reality” ma niewątpliwie dar przenoszenia do minionych epok, przynajmniej pod względem doznań dźwiękowych. To bardzo dobra płyta. Warto skosztować. Fani The Beatles, Pink Floyd, rocka psychodelicznego i surowego, gitarowego grania powinni być zadowoleni.

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>