Genesis 1 (50/50) – Charterhouse

charterhouse-school

Jak obiecałem/ostrzegałem – będzie w tym roku trochę o Genesis i historii tego zespołu. Pięćdziesiąt lat od albumowego debiutu, to rocznica nie w kij dmuchał. Zastanawiając się nad formą tych wpisów/artykułów doszedłem do wniosku, że nie będę wyznaczał stałej formy. Po prostu przespaceruję się po historii Genesis i zajrzę do archiwów twórczości, opisując raz to w bardziej, raz mniej rozbudowanej formie, co ciekawsze i ważniejsze wątki. Na początek forma bardziej rozbudowana i temat fundamentalny – genesisowe źródło – słynna szkoła w której spotkali się przyszli genesimeni. Drogi Tony’ego Banksa, Mike’e Rutherforda, Petera Gabriela i Anta Phillipsa zeszły się w 1963/4 roku w murach prywatnej szkoły dla chłopców Charterhouse. To temat rzeka, z jednej strony wałkowany obowiązkowo w każdej większej publikacji poświęconej Genesis, a z drugiej strony zawierający moim zdaniem pewną lukę, której żaden znany mi biograf ani dziennikarz nie wypełnił. A szkoda. Typowe jest dosyć jednostronne przedstawianie Charterhouse, jako miejsce traumy. Wszystkie przekazy oparte są w największym stopniu o obszerne wywiady przeprowadzone z muzykami Genesis w połowie lat siedemdziesiątych, ledwie kilka lat po odebraniu dyplomów. Nikt dotychczas nie pokusił się o dokładne zbadanie ewentualnego pozytywnego wpływu szkoły na fenomen Genesis, który moim zdaniem nie jest wykluczony. Ale po kolei.

O Charterhouse, historii tej szkoły, jej tradycji, założeniach i osiągnięciach absolwentów, można by napisać osobną książkę, a może nawet i dwie – jedną pochwalającą, skupioną na zaletach i sukcesach, drugą skrajnie inną, negatywną. Inicjatorem, choć bez wpływu na konkretny kształt szkoły, był sir Thomas Sutton, żyjący na przełomie XVI i XVII wieku urzędnik i „biznesmen”. Zajmował się wieloma rzeczami, pełnił różne funkcje urzędowe, ale wielkiego majątku dorobił się dzięki odkryciu węgla w okolicach Newcastle. Gdy umierał w 1611 roku, należał do grona najbogatszych Anglików. Część swoich pieniędzy kazał przeznaczyć na zbudowanie kompleksu pod szyldem The Hospital of King James and Thomas Sutton. W pierwotnym zamyśle, szkoła miała stanowić tylko fragment zainteresowań projektu, na który składał się – jak sama nazwa wskazuje – także szpital, połączony z domem opieki dla osób starszych. Z biegiem czasu plany te jednak zredukowano i gdy w 1872 roku przenoszono firmę do pięknego, olbrzymiego ośrodka niedaleko Godalming, prywatna szkoła dla chłopców stała się tam główną inicjatywą. Charterhouse to niewątpliwie ścisła edukacyjna czołówka Wielkiej Brytanii. Najlepszy sztab wykładowców, wielowiekowa tradycja, sprawdzone w bojach mechanizmy szkolenia, nauczania i wychowywania. Długa lista sukcesów i znakomitych wychowanków. Historia i dokonania, przed którymi na pewno trzeba uchylić kapelusza. W Anglii jest raptem kilka szkół hurtowo i konsekwentnie, przez wiele stuleci, wychowujących wybitnych fachowców z różnych dziedzin. Charterhouse zdecydowanie należy do tej elity. Lista wybitnych ludzi, których ścieżka edukacyjna przebiegała przez tę szkołę może przyprawić o zawrót głowy. Biskupi, teologowie, naukowcy, politycy, prawnicy, pisarze, poeci i wielu, wielu innych, a wśród nich m.in. John Wesley, baron Robert Baden ‑ Powell czy Peter Yates. „Bóg dał, ja daję”, głosi motto szkoły, która dała Anglii całą „armię” znakomitych absolwentów gotowych, by podbijać świat.

Problemem szkoły była jednak jej hermetyczność – ciężki, głęboki konserwatyzm, ocierający się o szkodliwą skostniałość. W Charterhouse czas zawsze płynął odrobinę wolniej, a sztab zarządzający z dużą nieufnością podchodził do wszelkich nowinek ze świata. Skoro historia i przeszłość należały do nich, chcąc w podobnym, sprawdzonym stylu kształtować też przyszłość, bronili szkołę przed zmianami i rewolucjami. Konsekwentnie odnosili więc podobne sukcesy, ale też powielali własne błędy, a tych przecież również nie brakowało, o czym świadczą choćby filmy i książki opowiadające o życiu w tego typu prywatnych, renomowanych placówkach. Realia tamtych miejsc przywodzą na myśl rodzaj „intelektualnego wojska”, nastawionego na masowe wychowywanie w ściśle określonym nurcie, z bezwzględnym przestrzeganiem zasad. Siłą rzeczy gubiła się w tym jednostka. Żaden uczeń przewyższający rówieśników stopniem wrażliwości, czy z innych powodów potrzebujący podejścia indywidualnego, nie mógł czuć się tam dobrze. Straszne było tak zwane „drugie życie” szkoły, niepisane prawa obowiązujące uczniów i ustalające między nimi wewnętrzną hierarchię. Pod okiem nauczycieli i za ich przyzwoleniem działy się tam rzeczy, delikatnie mówiąc, nieprzyjemne. Każdy nowy trzynastolatek musiał przebrnąć przez okres inicjacji, podczas którego miał obowiązek usługiwać starszym uczniom. Do jego obowiązków należał cały wianuszek różnorodnych czynności, od normalniejszych, jak przygotowywanie śniadań i ścielenie łóżek, po te bardziej uwłaczające, jak czyszczenie butów czy absurdalne rozgrzewanie… deski sedesowej (sic!). Oczywiście nie brakowało w tym wszystkim także najzwyklejszych w świecie aktów przemocy: bicia, obrażania i poniżania. Przodowali w tym przede wszystkim uczniowie starsi, ci którzy najlepiej odnaleźli się w realiach szkoły i dzięki temu mieli przywileje nadane przez dyrekcję. Dla wrażliwszych chłopców, cechujących się słabszą konstrukcją psychofizyczną – a tacy byli młodzi genesismeni – pierwsze lata w Charterhouse często były koszmarem. W tym momencie warto na moment oddać głos fikcyjnemu dyrektorowi elitarnej szkoły dla chłopców, o której losach opowiada film „Jeżeli” Lindsaya Andersona z 1968 roku, podobno bardzo wiernie oddający realia tego typu placówek. Ten dłuższy monolog ciekawie naświetla kierunek myślowy zarządców.

Szkoła to obraz wielu rzeczy: koleżeństwa, uczciwości w służbie publicznej, wysokich standardów w telewizji i rozrywce, ofiarności w toczonych wojnach. Niektóre z naszych obyczajów są bzdurne, na poziomie klasy średniej, ale duża część społeczeństwa dąży do tego poziomu, a bez wartości moralnych klasy średniej ten kraj nie przetrwa. Nie oczekujemy wdzięczności. Brytyjska edukacja jest jak Kopciuszek na wydaniu, biednie odziana i często poszturchiwana. Dzisiejsza Brytania to kuźnia pomysłów, eksperymentów i wyobraźni. Od muzyki po hodowle świń, od elektrowni jądrowych po minispódniczki. Stoimy przed wielkim wyzwaniem. Są w tej szkole chłopcy o twórczych umysłach i wielkiej wyobraźni. Dla nich warto pracować. Dzięki nim szkoła tętni życiem.

W przypadku Charterhouse na dźwięk słów „biednie odziany Kopciuszek” można się tylko kpiąco uśmiechnąć, gdyż szkoła umiejscowiona w efektowym, rozłożystym „pałacu” pośrodku olbrzymiej posiadłości, przypomina raczej piękną, leciwą, ale klasyczną królewnę, niż ubogiego Kopciuszka. Już same tereny przylegające robią nieprawdopodobne wrażenie. 270 tysięcy metrów kwadratowych, kilka połączonych ze sobą staroangielskich budynków, przestrzeń sportowa, równo przystrzyżone trawniki i żywopłoty. I ten wszędobylski klimat brytyjskiej, skrupulatnej elegancji. Imponujące miejsce. Wracając do wypowiedzi fikcyjnego dyrektora – reszta jego słów ciekawie obrazuje zarówno dużą świadomość szkolnych rajców, jak i zarazem dziwną „ślepotę”. Doskonale zdawali sobie oni sprawę, że część zwyczajów szkoły jest niemądra, ale żyli w przekonaniu, że nawet te najgłupsze obowiązki, inicjacje i rytuały są młodym ludziom do czegoś potrzebne. Chwalić należy ich chęć podnoszenia jakości społeczeństwa, wiarę w możliwości uczniów, ale brak umiejętności przewidywania zmian w świecie już na pochwały nie zasługuje. To dziwne, że mogli zdawać sobie sprawę z szerokich uzdolnień własnych podopiecznych, ale większość z nich nie była w stanie przewidzieć, że muzyka pop, której tak bardzo się obawiali, może – między innymi dzięki ich uczniom – zyskać na artystycznej jakości. Dopóki świat zmieniał się powoli, szkoły typu Charterhouse nie miały większych problemów z utrzymywaniem równowagi między własnym, założycielskim konserwatyzmem, a powolnym, ostrożnym posuwaniem się za nowinkami. Jednak świat po wojennym okresie pierwszej połowy XX wieku zaczął transformować szybciej, czego najwyraźniejszym przejawem była rewolucja kulturowo‑światopoglądowa lat sześćdziesiątych. To wówczas Charterhouse najmocniej „rozjechała się” z regułami panującymi w świecie zewnętrznym. Gdy szkoła nadal w starym angielskim stylu przygotowywała podopiecznych do sprawnego funkcjonowania w życiowej dżungli i robienia kariery, całe masy młodzieży opowiedziały się za nurtem całkowicie przeciwstawnym. Pierwsze powojenne pokolenie wpływowych mas amerykańskich i brytyjskich przestało zastanawiać się nad tym jak wygrywać wojny, a zaczęło myśleć jak sprawić, aby tych wojen w ogóle nie było. Stanęło też w zdecydowanej opozycji do postaw swoich własnych rodziców, nastawionych przede wszystkim na pomnażanie majątków. Młodzi woleli teraz „być” niż „mieć”, rozwijać się duchowo, raczej bawić się niż pracować, a zastane prawa łamać lub naginać, częściej niż ich przestrzegać. To była skrajna opozycja dla reguł od wieków panujących w szkołach typu Charterhouse. Peter Gabriel, Tony Banks i Mike Rutherford przybyli do szkoły we wrześniu 1963 roku jako trzynastolatkowie, a Ant Phillips kilka miesięcy później, trafiając na czas najwyraźniejszego rozstępu między szkołą, a światem zewnętrznym. Gdy Anglia już powoli bujała się w rytm pierwszych przebojów The Beatles i szykowała na swingująco‑psychodeliczną dekadę, oni musieli przywdziać sztywny mundurek, zapiąć guziki pod samą szyję i mocno zacisnąć zęby.

To było jak komunikat: „Witamy w szkole szybkiego dojrzewania!” – Peter Gabriel wspominał pierwsze dni w murach szkoły. – Już samo wejście do Charterhouse było traumatyczne. Pamiętam pierwszą noc. Nie mieliśmy zasłon w oknach, było bardzo ponuro i zimno. Wcześniej żyłem na wsi i w nocy zawsze miałem ciszę i spokój, a tam była wielka sala podzielona na małe pokoiki. Przez okna wpadały światła przejeżdżających w oddali samochodów, tekturowe ścianki nie izolowały i wszystko było przez nie słychać. Rozmowy, jakieś dziwne dźwięki. Podczas pierwszych nocy wielu chłopców płakało, inni onanizowali się, a jeszcze inni onanizowali się płacząc. Wszyscy sprawiali wrażenie bardzo nieszczęśliwych. Z kolei starsi chłopcy prowadzili nocne rozmowy. Próbując sobie nawzajem zaimponować, opowiadali niestworzone historie o samochodach i dziewczynach. Nienawidziłem tej szkoły. To był zły czas. Myślę, że byłem bardzo czuły w tamtym okresie i wszystko stanowiło olbrzymi problem, od razu stawało się dramatem. Wiele nocy spędziłem na nieskutecznych próbach zaśnięcia.

Typowo brytyjskie usposobienie młodych genesismenów nie ułatwiało im zadania. Z jednej strony cechowała ich olbrzymia wrażliwość, co sprawiało, że mocno przeżywali nowe okoliczności. Z drugiej strony byli ambitni i szczególnie Peter i Tony zamknięci w sobie, przez co nigdy nie pozwalali sobie na chwilę słabości, nie żalili się i nawet nie próbowali zmienić szkoły. Zacisnęli zęby i postanowili, że sobie poradzą. Przez Charterhouse mieli ostatecznie przejść bez większego uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym, ale nigdy nie wyzbyli się sarkazmu i bardzo krytycznego podejścia do swojej szkoły. Długo po opuszczeniu jej murów Peter Gabriel zwykł złośliwie żartować: Mawiają, że łatwo jest odróżnić w ciężkim więzieniu wychowanka szkoły prywatnej od innych skazańców, bo on jeden czuje się tam jak ryba w wodzie. Najgorsze były pierwsze miesiące, po jakimś czasie jednak sytuacja powoli zaczęła się poprawiać. Przez cały pierwszy rok czułem się kiepsko. Szczególnie irytujące były te wszystkie chore zwyczaje, przywileje starszych chłopców, którzy mogli zmuszać młodszych do wykonywania codziennych obowiązków, jak czyszczenie im butów i tym podobnych. To było szaleństwo.
Nie mieli predyspozycji do bycia typowymi wychowankami Charterhouse, szkoły trenującej młodych ludzi na przyszłych etatowych zwycięzców. Nie byli specjalnie wysportowani, a przy swojej nieśmiałości i skrytości nie należeli też do osób wybitnie przebojowych i odważnych. Uczyli się jednak solidnie, nie unikali kółek zainteresowań i z całych sił starali się walczyć ze słabostkami. Większość czasu poświęcali oczywiście nauce, a czas wolny mogli zagospodarować głównie na dwa sposoby. Po pierwsze zajęciami sportowymi, po drugie muzyką.

I to była niewątpliwie ta mroczna część Charterhouse, która odebrała Banksowi, Rutherfordowi, Gabrielowi i Phillipsowi dziecięcą radość życia, w pewnym sensie gwałtownie, brutalnie i chyba nieco przedwcześnie zaczęła ich wprowadzać w dorosłe życie odciskając bardzo silne, niezacieralne piętno. Ale jest też druga strona medalu czyli jakość nauczania i w sumie aż dziwne, że żaden z brytyjskich biografów lub dziennikarzy nie pociągnął tego tematu. Żeby nie było – szanuję i rozumiem cierpienia genesismenów z okresu szkolnego i w ogóle nie chcę nawet próbować tego kwestionować, czy wchodzić w jakąkolwiek polemikę. Chodzi mi raczej o ustalenie, jaki wpływ edukacja w Charterhouse miała na wielką odmienność muzyczną i tekstową, na ile wiedza wyniesiona ze szkoły sprawiła, że zespół mógł tak daleko odjechać od ówczesnych szablonów rockandrollowej piosenki o miłości. Bo należy pamiętać, że Tony, Peter, Mike i Ant mając ledwie dwadzieścia- dwadzieścia jeden lat potrafili komponować bardzo dojrzałą, oryginalną muzykę i pisać teksty dalece wykraczające poza ramy prostych popowych rymowanek. Nie tylko poznali historię literatury, ale również opuścili szkolne mury lubiąc i ceniąc spuścizny wielu autorów, choćby Thomasa Stearnesa Elliota. Pisząc teksty na albumy „Trespass” i „Selling England by the Pound” odnosili się do jego twórczości. Cechowała ich też wielka sympatia i nieprzeciętna wiedza o mitologii, dzięki czemu powstały tak nieszablonowe teksty jak „Fountain of Salmacis”, a i styl pisania liryków nieodnoszących się bezpośrednio do innych tekstów literackich, czy mitologii, nosił znamiona podejścia bardzo poetyckiego, wyrafinowanego i dojrzałego. Sztandarowym przykładem może tu być koncept „The Lamb Lies Down on Broadway” nasączony tak wieloma odniesieniami do literatury i filmu, że rozszyfrowanie intertekstualnych wątków sprowokowało już wielu badaczy do napisania rozbudowanych esejów na temat tego albumu. A autor libretta tej płyty Peter Gabriel, był dwudziestoczteroletnim młodym mężczyzną ze średnim wykształceniem…

Charakterystyczne dla Genesis było układanie długich, często fabularnych, bardzo dobrze prowadzonych i rozwijanych opowieści. Wielowątkowość, bogate słownictwo, wyrafinowane konstrukcje i błyskotliwe skojarzenia, dowcipy i puenty, a także intertekstualność, to cechy typowe dla wczesnych dokonań Genesis i zarazem rzadko spotykane w świecie rocka. Wątpię, żeby nie maczały w tym palców stare i sprawdzone w bojach metody nauczania Charterhouse. Ktoś powie: hola, hola, przecież chwilę przed nimi taką muzykę zaczął grać King Crimson, Yes, czy Procol Harum. Okej, ale po pierwsze nawet żeby tylko naśladować takie grupy też trzeba dysponować odpowiednim potencjałem intelektualno-emocjonalnym. Poza tym nigdy nie posądziłbym Genesis o ślepe naśladownictwo, ta muzyka jest mimo wszystko zbyt inna i odrębna nawet w kręgu progrocka.

Podobnie jak nie wierzę, żeby przypadkiem był fakt iż czterej tak zdolni kompozytorzy jak Banks, Rutherford, Gabriel i Phillips kończyli edukację z dyplomem tej samej placówki. Spójrzmy prawdzie w oczy, niewielu dwudziestolatków jest gotowych w taki sposób rewolucjonizować muzykę popularną. Sporo młodych ludzi wchodziło do świata rocka wnosząc świeżość spojrzenia, energię i bunt, ale tylko garstka tak błyskotliwie i przekonywująco nasączała rockową materię odniesieniami do muzyki klasycznej i literatury dodając muzyce popularnej artyzmu i otwierając ją na wspaniałą i bogatą przeszłość europejskiej i amerykańskiej kultury. Ktoś genesismenom ten potencjał bardzo umiejętnie zaszczepił, ktoś przez kilka lat to pielęgnował i ktoś ich wielu przydatnych umiejętności nauczył. Wiele mogli wynieść z domów (Banks i Gabriel uczyli się gry na pianinie) ale mam wrażenie, że to właśnie Charterhouse przy całej swojej szkodliwości wielu zwyczajów i wojskowym reżimie potrafiła zainstalować w swoich podopiecznych fascynację sztuką i szacunek dla niej. Bo niby dlaczego zafascynowani rewolucją hipisowską młodziutcy genesismeni, zamiast nagrywać typowo buntowniczą muzykę, tak chętnie, naturalnie i bardzo szybko zaczęli współtworzyć nurt progresywny, który ewoluującą muzykę rockową łączył właśnie z wpływami klasycznymi. Warto zwrócić uwagę jak „Trespass”, „Nursery Cryme”, czy „Foxtrot” odległe były od pierwszych płyt The Beatles, piosenek rockandrollowych i „czarnej muzyki” ze stajni Tamla Motown, czyli najwcześniejszych inspiracji genesismenów. Ktoś powie, że chcieli tworzyć swoją muzykę, nie mieli zamiaru kopiować idoli z okresu dzieciństwa, ale przecież kierunek jaki ostatecznie obrali ściśle wiązał się z edukacyjną spuścizną, którą wynieśli z nielubianej szkoły. Gdy tylko opuścili jej mury wcale nie rzucili się w wir życia swingującego Londynu – chociaż już przecież mogli – a pozostali zjawiskiem osobnym i całe lata siedemdziesiąte kształtowali własną twórczość w sposób bardziej artystowski niż rockowy.

Nie zamierzam stawiać na głowie całego poglądu na temat Charterhouse, ani kwestionować szkolnych przeżyć genesismenów, ale gdyby kolejny brytyjski biograf planował rozpoczęcie pracy nad książką, zachęciłbym go do głębszego zbadania tematu wpływu szkoły na unikalną twórczość grupy. Lepsza znajomość brytyjskiego systemu szkolnictwa i dostęp do muzyków dziś, po latach, być może nieco inaczej patrzących na czas spędzony w Charterhouse, byłyby tu decydujące. Inne poprowadzenie rozmowy – mniej skupione na dziecięcych emocjach, a bardziej na edukacyjny konkretach, ocenionych z pespektywy dojrzałych starszych panów – mogłoby doprowadzić do ciekawych wniosków.

Na załączonej fotografii widać oczywiście kompleks budynków i posiadłość Charterhouse School for Boys.

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>