Wpisy

IN CONTINUUM – Acceleration Theory (recenzja)

in continuum

Dave Kerzner na zgliszczach rozwiązanego w ubiegłym roku Sound of Contact zbudował nowy projekt i wydał album „Acceleration Theory”. To pierwsza premiera, która trafiła w nowym roku do mojego odtwarzacza. Słuchałem, próbowałem, kosztowałem. W całości i fragmentami. Podchodziłem na różne sposoby i mam mieszane uczucia. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale też momentów, które by mnie szczerze zachwyciły odnotowałem niewiele.

Nad In Continuum unosi się duch Genesis, a ja już od lat dostrzegam jakąś niekompatybilność między stylem Genesis, a podejściem amerykańskim. I choć muzykę Genesis kocham miłością dozgonną, a Kerzner zapewnia, że to jest jedna z jego głównych inspiracji, to odnoszę wrażenie, że jednak zupełnie inaczej odczuwamy istotę fenomenu twórczości legendarnych Brytyjczyków. Amerykańskie spojrzenie na styl Genesis jest dla mnie trochę powierzchowne, jakby uwzględniało pewne elementy kompozycyjne, ale nie docierało do sedna sprawy. Może to kwestia kultury muzycznej, może emocjonalności, a może jednego i drugiego. „Acceleration Theory” to jedna z takich płyt, do których niby trudno się przyczepić, niby ciężko coś konkretnego zarzucić, niby wszystko jest dobre, solidne, produkcyjnie i wykonawczo wręcz nieskazitelne, ale niestety brak na niej wielkich uniesień, zachwycających perełek i prawdziwego kunsztu kompozytorskiego.

Konkrety. Obok Kerznera – twórcy, klawiszowca i wokalisty – występują wokalista Gabriel Agudo, perkusista Marco Minnemann, gitarzyści Matt Dorsey i Randy McStine, oraz cała plejada znakomitych gości: Steve Hackett, Steve Rothery, John Wesley, Nick D’Virgillio, Jon Davison, Leticia Wolf. Dostajemy dwanaście utworów, ponad godzinę muzyki. Jest tu jeden jedenastominutowy długas, a reszta to utwory 4-6 minutowe, czyli stosunkowo krótkie jak na tę stylistykę, ale w większości płynnie przechodzące jeden w drugi, przez co tworzące jednolity blok muzyczny. To przestrzenna, oparta na keyboardach progresja zmieszana z prostszymi schematami rockowymi. Brzmi to masywnie, jest gęsto i ciasno od dźwięków, wszystko ma budować nieco „kosmiczne” wrażenie, bo mamy do czynienia z konceptem science fiction i jest to swoisty film muzyczny włożony w ramy prog-rockowego albumu. Dominujące klawisze Kerznera serwują masywne, klasycyzujące akordy uzupełniane drobnymi motywami melodycznymi nieco schowanych gitar, a Marco Minnemann bombarduje tak jak zdążył już przyzwyczaić czyli aktywnie i dosyć gęsto, dzięki czemu perkusja staje się drugim obok keyboardów najaktywniejszym instrumentem w miksie. Mamy tu sporo dobrych solówek gitarowych, może nie wybitnie charakterystycznych, ale jednak opartych na niezłych melodiach, a niekoniecznie na fajerwerkach technicznych, co już jest atutem.

Czego mi w tej muzyce brakuje? Zróżnicowania. Mam wrażenie, że większość tego materiału jest utrzymana w bardzo podobnej dynamice i melodyce. Nie dostrzegam tu klucza, który sprawiłby, że poszczególne części tego albumu zbudowałyby napięcie, a inne je rozładowały. Nie ma tu utworu, który wziąłby na siebie ciężar kumulacji, czy puenty albumu. Nie ma chwili na oddech, nie ma numeru, który pokazałby inne atuty zespołu, a całość jest przez to nużąco jednolita. W sumie nie ma więc opowieści, która w zamierzeniu miała być. W takiej jednolitości mogą zagubić się naprawdę świetne fragmenty, a dobrego grania instrumentalnego jest tu sporo (choćby końcówki „Two Moons Setting with the Sun” i „Scavengers”). Zespół pędzi w swoich kosmiczno-progresywnych kombinacjach przez pierwszych pięć kompozycji, schodząc nieco z dynamiki dopiero w szóstym „Be the Light”, niezłej balladzie, opartej na ładnym motywie gitary i prostym chwytliwym zaśpiewie.

Najdłuższy i moim zdaniem najlepszy na płycie „Hands of Time” przynosi wreszcie trochę urozmaicenia. Odróżnia się od innych kompozycji i sam w sobie jest ciekawie zróżnicowany. Po spokojnym, nieco space rockowym początku, mamy nagły atak metalowych fraz gitar. Przez dłuższą chwilę jest ciężko, bardziej porkiupajnowo niż genesisowo. I ten skok w takiej kombinacji robi wrażenie. Kolejne zwrotki oparte są na intrygujących, łagodniejszych motywach stanowiących wyciszenie i zbudowanie atmosfery przed kolejnymi kulminacjami. Znakomite są fragmenty (4:58-5:29 i później jeszcze 6:11-6:50 oraz 8:45-11) oparte na błyskotliwym, niepokojącym motywie basowym i kontrastującej z nim linii wokalnej, które będą wracały trzykrotnie i złożą się ostatecznie na naprawdę mocny kręgosłup całej kompozycji. Przez wyeksponowanie gitar robi się tu surowiej, ostrzej i konkretniej. Zespół ciekawie i zręcznie bawi się tu wreszcie różnorodnym brzmieniem i zmienną dynamiką.

Mocnym punktem jest też „AlienA”. To elektroniczna wycieczka w rejony muzyki klubowej z kobiecym gościnnym wokalem Leticii Wolf. Tu w największym stopniu słychać atuty Kerznera znane już z pierwszej płyty Sound of Contact – klarowne przestrzenne brzmienie, konkretna partia bębnów i nostalgiczno-kosmiczna linia wokalna w naprawdę mile chwytliwym refrenie. W tle przyjemne wokalizy i ten drugi, męski, uroczo gabrielowski wokal uzupełniający Leticię Wolf. Przyjemna piosenka.

Reasumując. Nie jest to zła płyta. To solidna rzecz i znać tu rękę kilku naprawdę wybitnych instrumentalistów, ale pod względem kompozycyjnym umiejscowiłbym to zdecydowanie bliżej RPWL niż Genesis. Są momenty, ale „czegoś” (zróżnicowania dynamiki i lepszej konstrukcji) mi tu brakuje. Takie mocne 6/10.

Jak na pierwszą dekadę stycznia to i tak nieźle. Może to zwiastun dobrego muzycznego roku…