Wpisy

Phil Collins. Człowiek orkiestra już w sprzedaży!

phil-collins-czlowiek-orkiestra-b-iext54639461

Poprawiona, zaktualizowana i solidnie rozbudowana wersja biografii Phila Collinsa trafiła do księgarń! To trzecie życie „Człowieka orkiestry”.

W styczniu zgłosiło się do mnie wydawnictwo In Rock z propozycją ponownego wydania tej książki. Poprzednie nakłady wydań GAD Records (2008) i Anakondy (2013) wyprzedały się, a czerwcowy koncert Collinsa w Warszawie dawał znakomity pretekst do zainteresowania publiczności historią artysty na nowo. Warunek był jeden: książka musiała być obszerniejsza. I w sumie było mi to na rękę, gdyż pisząc tę biografię jedenaście lat temu celowo pominąłem wiele wątków związanych z Genesis. Po pierwsze, nie chciałem się powtarzać po napisanej w 2007 roku biografii zespołu, a po drugie, uznałem, że w biografii Collinsa należy się w stu procentach skupić na Collinsie. Gdy spojrzałem na ten tekst po latach doszedłem do wniosku, że aby stał się on bardziej kompletny należy tę genesisową dziurę jednak wypełnić. Tak się szczęśliwie składało, że do moich rąk w międzyczasie trafiły nowe dla mnie, ciekawe i sporo wnoszący źródła, na których mogłem się oprzeć opisując działania Genesis, szczególnie te z lat 1970-1977. Dzięki temu „Człowiek orkiestra” nie tylko przytył o dobre dwieście tysięcy znaków (mniej więcej sto książkowych stron), ale również stał się biografią dużo bardziej szczegółową i kompletną. Uzupełnień i podnoszących jakość poprawek doczekały właściwie wszystkie rozdziały. Co oczywiste, powstał też zupełnie nowy rozdział poświęcony wydarzeniom po 2012 roku.

Wydawnictwo postarało się o kilkanaście dobrych i rzadko publikowanych zdjęć oraz bardzo szczegółową bibliografię. W sumie „Człowiek orkiestra” w wersji wydanej przez In Rock w 2019 roku opisuje losy Collinsa od dzieciństwa aż po trasę Still Not Dead Yet. Mamy tu Phila prywatnie, mamy Phila muzycznie i filmowo, solowo i zespołowo, zarówno w Genesis jak i w Brand X, mamy Phila szczęśliwie zakochanego i topiącego smutki w alkoholu… tym razem już bez przemilczeń Collins został opisany z każdej znanej mi strony.

Kryminalno-biograficzna wiosna! Niebawem dwie premiery.

20190401_170646-001

Dłuższe milczenie może znaczyć, że człowiek albo nie ma nic ciekawego do powiedzenia albo ma zaklejone usta plastrem, albo intensywnie nad czymś pracuje i jest zbyt zajęty, żeby strzępić język. W przypadku autora książek tę pierwszą opcję można spokojnie odrzucić, bo autor zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia, a plaster mam na ustach tylko ze względów skojarzeniowo-promocyjnych… pozostaje więc opcja trzecia. Tak, praca była i jest intensywna. W tej chwili najwięcej moich rąk jest na pokładzie projektu beletrystycznego, którego premierę planuję na rok 2019 i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie to okoliczność po której zajściu przestanę się już krygować i pozwolę samemu sobie na nazywanie się pisarzem, a nie tylko autorem książek. Ale powoli, to dopiero to za rok. Do tego czasu, mam nadzieję, wydarzy się jeszcze sporo ciekawego.

Mój najbliższy atak na księgarskie półki nastąpi wiosną i będzie to atak dubeltowy: kryminalno-biograficzny. Kryminał „Niezależność” to rzecz w pełni premierowa, nieformalna czwarta część zmagań ze złym światem dziennikarza już w pełni śledczego Marcina Farona. Po „Przypadku” – białej, klinicznej opowieści ze świata medycznego korpo, wracam do swoich ulubionych klimatów – jesiennej sceny kulturalnej, podlanej krwią konfliktu światopoglądowego. Będą piękne aktorki, uwikłani dziennikarze, śliskie układy na szczytach władzy, długi hazardowe i dramatyczne wywiady-rzeki. Będzie dzisiejsza Polska rozdarta na pół i będzie też warszawski most, po którym pewnej listopadowej nocy przespaceruje się śmierć. Trup się (po)ściele, ale rozsądnie i nie od pierwszej strony. Historia postawi też ważne pytania. Czy warto mówić prawdę i jaka jest jej cena? Komu i czemu służą media? Kto przeżyje walkę o własną niezależność? Można by pomyśleć, że bardzo nie lubię dziennikarza Marcina Farona piętrząc mu tyle trudności i stawiając te wszystkie pytania, ale to mylne wrażenie. Po prostu mocno w niego wierzę, a im więcej kłód mu pod nogi rzucę, tym bardziej będzie się mógł wykazać. Im więcej trudnych pytań, tym więcej błyskotliwych odpowiedzi…

Druga książka, która ukaże wiosną to w połowie premierowa biografia. Jak wiadomo „wciąż żywy” Phil Collins dwa lata temu pokazał „fucka” problemom zdrowotnym, odstawił butelkę i kroplówkę i wrócił tam gdzie jest wielki i kochany czyli na scenę. Finał wiosennej trasy po Europie będzie miał miejsce w Warszawie. Będzie to pierwszy solowy występy Collinsa w Polsce i nic dziwnego, że wydawnictwo In Rock chce mieć z tej okazji stosowną biografię w katalogu premier. I w tej sprawie zwrócono się do mnie, abym udostępnił wydawnictwu licencję na moją książkę „Phil Collins. Człowiek orkiestra”. Problem polegał na tym, że tekst moim zdaniem mocno się zestarzał, zawierał błędy i był zdecydowanie zbyt krótki. Wymagał sporo pracy. Nie zastanawiałem się jednak długo. Phil Collins jest moim ukochanym muzykiem, a In Rock to wciąż najpoważniejsza muzyczno-biograficzna marka na polskim rynku wydawniczym. Reasumując: wydanie książki o ulubionym muzyku w ulubionym wydawnictwie to zaszczyt. W styczniu odłożyłem większość innych zadań i poświęciłem dwa miesiące na rozbudowanie „Człowieka orkiestry”, poprawienie błędów i podszlifowanie stylu starej wersji. Efekt jest taki, że książka została poprawiona (po raz pierwszy skorzystałem z możliwości redakcji merytorycznej, za którą dziękuję Ci Płociu! I jeszcze będę nie raz dziękował…), jest sprawniej napisana, no i przede wszystkim jest jej prawie dwa razy więcej. Gdy podchodziłem do tematu dwanaście lat temu, celowo pominąłem wątki Genesis, bo byłem świeżo po napisaniu biografii zespołu i nie chciałem się powtarzać. Teraz właśnie tego najbardziej mi w tej książce brakowało, więc sięgnąłem głęboko do źródeł i napisałem dodatkowe rozdziały poświęcone głównie działalności Genesis w latach siedemdziesiątych. Uzupełniłem też nieco późniejsze okresy i doprowadziłem historię niemalże do dnia dzisiejszego. Summa summarum prawdopodobnie w maju lub na początku czerwca ukaże się nowe, lepsze, bogatsze i poprawione wydanie biografii „Phil Collins. Człowiek orkiestra”.

Krótko mówiąc, wracam na literacki ring z podwójnym uderzeniem. O dalszych szczegółach będę niebawem informował. Redakcje tekstów i projekty okładek są na ostatniej prostej, więc i dokładne daty premier powinny być znane lada dzień/tydzień. Wyjaśni się też o co chodzi z plastrem…

„Irena Kwiatkowska. Żarty się skończyły” – Marcin Wilk (recenzja)

20190314_141331

Ireny Kwiatkowskiej nie sposób nie znać. To prawdziwa ikona polskiego teatru, telewizji i kabaretu. Wyrosła na jedną z liderek wykształconego jeszcze przed wojną pokolenia aktorów, którzy już po zakończeniu wojny wytyczali kierunki rozwoju artystycznego na całe dekady, definiowali intelektualne poczucie humoru, kreowali, tworzyli i jak mówi powiedzenie: bawili ucząc i uczyli bawiąc. Kwiatkowska obok m.in. Wiesława Michnikowskiego, Edwarda Dziewońskiego, Wiesława Gołasa, Aliny Janowskiej i wielu innych znamienitych artystów stanowiła jeden z najsilniejszych ówczesnych motorów kulturalnych. To była kultura przez wielkie „K” – inteligentna, zabawna, błyskotliwa, wymagająca ale przystępna zarazem.

Kwiatkowska nie miała wybitnych warunków, czego była świadoma, ale miała wybitny talent, który poparła gigantyczną pracą. Rozwinęła się imponująco. Przyszedł taki moment, że przestano ją określać, czy kategoryzować, bo to skala jej talentu określała i stanowiła kategorię samą w sobie. Do dziś Kwiatkowska pozostaje niedoścignionym wzorem dla aktorów młodego pokolenia. Podziwiam to jak naturalnie kreowała postaci, jak łatwo nadawała swoim kreacjom bardzo charakterystycznego poczucia humoru, jak zlewała się z przedstawianym charakterem, dzięki czemu zawsze imponowała niezwykłą wiarygodnością. To jedna z tych aktorek które dla mnie były od zawsze i na zawsze. I nawet jej śmierć nic w tej kwestii nie zmieniła. Irena Kwiatkowska zapracowała na nieśmiertelność. Jej drogę i dorobek warto poznać, bo to z jednej strony zbiór często wybitnych dokonań artystycznych, z drugiej interesująca historia. Tym razem spróbował ją opowiedzieć Marcin Wilk w książce „Żarty się skończyły” (Znak, 2019).

To dobra książka, zawierająca bardzo dobre fragmenty, ale też pewne luki i drobne niedociągnięcia, które pozostawiły u mnie pewien niedosyt. Niewielki, ale jednak. Książkę reklamuje się głównie przez pryzmat wykorzystania wiedzy i fragmentów pochodzących z pamiętników aktorki. I faktycznie rozdziały w których autor opiera się o te archiwalia i obficie je cytuje są najmocniejszymi punktami książki. Kwiatkowska siłą rzeczy jest tu najbardziej obecna. Jej perspektywa i przede wszystkim szczerość dziennikowych zapisków są tu bezcenne. Autor również bardzo sprawnie „współpracuje” z tym pamiętnikiem, uzupełnia go, prowadzi narrację i dobiera cytaty w taki sposób, że historia ładnie i logicznie płynie. Gdy zasoby tego źródła kończą się temperatura odrobinę spada, a artystka nieco oddala się. Najbardziej doskwierające staje się to na szczęście dopiero pod sam koniec książki, gdzie jak się domyślam źródła kurczą się tak bardzo, że trudno o płynną narrację i szczegółowe opisy.

Marcin Wilk pisze prostym, reporterskim językiem nadając całości odpowiedniej dynamiki. Jest obiektywny, nie pozwala sobie na recenzenckie wycieczki i analizy. Uczciwie podąża za źródłami, niczym zimne oko kamery pokazuje wydarzenia i pozwala im samym mówić za siebie. A historia ta niesie ze sobą i komedię i dramat i romans, więc mamy do czynienia z bogatym bukietem emocji. Jest tu mnóstwo pysznych anegdot, trochę scen dramatycznych (relacja Kwiatkowskiej z matką, okres wojny) i przede wszystkim sporo prawdy o bohaterce. Takiej prawdy, którą można uzyskać tylko z osobistych, skrywanych przez lata przed światem zapisków. Dowiadujemy się choćby o nawracających stanach przygnębienia i melancholii nawiedzających Kwiatkowską w młodości, o pierwszych uczuciach, o jej silnych wątpliwościach dotyczących obranej drogi, o wielkiej i bardzo krytycznej samoświadomości (sądziła, że jest zbyt mało inteligentna do pracy w kulturze, wątpiła we własny talent) ale również o licznych i rozległych zainteresowaniach, które aktywnie realizowała. Bardzo dużo czytała, ale nie stroniła też od sportu. Była bardzo sumienną i pracowitą perfekcjonistką. Wilk sporo miejsca poświęca jej małżeństwu z Bolesławem Kielskim, a także samemu Kielskiemu (ciekawa, w sumie dość niejednoznaczna postać, a ledwie liźnięty wątek jego współpracy ze Służbami i tajemnicza, niewyjaśniona choroba, na którą zmarł, każą sądzić, że Kielski to materiał na osobną biografię). W sumie dostajemy naprawdę sporo dynamicznie podanej prawdy o życiu, postawie, filozofii i dorobku Kwiatkowskiej. Prawdy podanej raczej esencjonalnie, bez „analizatorskiego” lania wody. Można powiedzieć: samo gęste.

Czego mi zabrakło? Zaryzykowałbym na miejscu autora i poszerzył narrację o choćby lakoniczne opisy niektórych dzieł. Liczyłem, że częściej zajrzymy na plan „Wojny domowej”, „Czterdziestolatka” i „Zmienników”, że Wilk sypnie licznymi anegdotami, historyjkami obyczajowymi z okresów pracy nad tymi produkcjami… No i ta końcówka. Jak już wcześniej pisałem, odniosłem wrażenie, że jest szyta już nawet nie z resztek, ale drobniutkich skrawków materiału i finisz przez to wypada chaotycznie. Ale cóż, zdarza się. Biografia to nie powieść i czasami po prostu nie da się utrzymać poziomu do ostatnich stron, bo to życie pisze tę historię. Biograf jest niewolnikiem źródeł i pamięci świadków, a z tym bardzo różnie bywa. Reasumując: „Kwiatkowska. Żarty się skończyły ” to dobra, rzetelnie i sprawnie napisana biografia, dzięki której – jak się ktoś spręży – można w jeden wieczór zapoznać się z historią Ireny Kwiatkowskiej. Może nie jest to kompletny obraz artystki, ale na pewno dobry, intrygujący i wyrazisty szkic.

Genesis 2 (50/50). King, Smith and Smith, czyli kto przez wszystkie lata dbał o Genesis zza kulis?

W dzisiejszym odcinku historii Genesis słów kilka o menedżerach opiekujących się zespołem.

Pierwszym człowiekiem z branży, który zainteresował się jeszcze wówczas bardzo młodą, początkującą grupą ledwie osiemnastoletnich muzyków był Jonathan King. Ledwie pięć lat starszy od przyszłych genesismenów King był absolwentem Charterhouse, jedynym który z murów konserwatywnej szkoły wyruszył na podbój świata muzyki pop. Dla Banksa, Gabriela, Rutherforda i Phillipsa – uczniów zamkniętej na świat show-biznesu konserwatywnej szkoły średniej – nawiązanie kontaktu z tym człowiekiem stanowiło ówczesny szczyt marzeń, tym bardziej, że King rzeczywiście zdążył już odnieść sukces i cieszył się sporym autorytetem. Jego piosenka „Everyone’s Gone to the Moon” w 1965 roku dotarła do czwartego miejsca brytyjskiej listy przebojów i siedemnastego miejsca amerykańskiego billboardu. King był gwiazdą, gdy w 1967 roku przyjechał na zjazd absolwentów Charterhouse. Banks i spółka nie mieli nawet odwagi podejść do niego, nie mówiąc już o zainicjowaniu rozmowy. Poprosili kolegę, by ten dyskretnie podrzucił mu do samochodu taśmę z ich roboczymi, surowymi nagraniami. Nieco dziecinna akcja o dziwo przyniosła skutek. King przesłuchał nagrania i mimo ich amatorskiego charakteru, dostrzegł kiełkujący talent 16-17 letnich wówczas chłopaków. Przede wszystkim zachwycił go wokal Petera Gabriela, ale niebawem miał docenić również zalążki talentów kompozytorskich. Postanowił zaopiekować się młodszymi kolegami. Chciał z nich zrobić twórców przebojowych singli i uwiązać umową na długie dziesięć lat (udało się ją unieważnić, dzięki temu, że muzycy w chwili podpisu byli niepełnoletni). Współpraca trwała ledwie dwa lata, przyniosła zespołowi nazwę (to King wymyślił szyld Genesis nawiązujący do konceptu pierwszej płyty) i wydany dzięki Kingowi przez Decca Records nielubiany, pierwszy album „From Genesis to Revelation”, który okazał rozczarowaniem zarówno artystycznie jak i komercyjnie. Docenić należy Kinga za niezłe wyczucie, bo faktem jest, że był pierwszą osobą z branży, która dostrzegła potencjał zespołu i gotów był w niego inwestować, ale dziś z perspektywy pięćdziesięciu lat pewnym jest, że nie doszacował skali talentu i potencjału grupy. Jako mentor, producent i menedżer kierunkował zespół w taki sposób, że debiut Genesis okazał się płytą stylistycznie chybioną, pod względem brzmienia i konstrukcji piosenek spóźnioną od jakieś cztery-pięć lat. W efekcie przepadła zupełnie, osiągając sprzedaż na poziomie 600 egzemplarzy. King ograniczał podopiecznych, przycinał im skrzydła, zmuszał do upraszczania kompozycji i podejmował arbitralne nietrafione decyzje producenckie (dodanie partii smyczków). Genesismeni, choć młodsi i mniej od niego doświadczeni, mieli lepsze wyczucie zarówno własnego potencjału, jak i zachodzących w brytyjskiej muzyce przemian. Po uwolnieniu się od Kinga w 1970 roku dołączyli do ruchu progresywnego, by napisać jedną z efektowniejszych kart muzyki rockowej, pisząc przemyślane albumy i rezygnując prawie zupełnie z przebojowych singli. Niebawem miało się okazać, jak odległe są światy twórcze Genesis i przestrzeń zainteresowań Kinga, który w latach siedemdziesiątych otworzył własną wytwórnię płytową UK Records. W 1979 próbował swoich sił w polityce, ocierał się też o świat mediów. Gdy zespół był już na szczycie nie omieszkał przypomnieć w głośnym wywiadzie, że to on „stworzył ten zespół”, przypisując sobie zasługi, z którymi tak naprawdę nie miał nic wspólnego. W 2001 roku oskarżono go o molestowanie nieletnich (przestępstw miał dopuścić się w latach osiemdziesiątych). Skazano go na siedem lat więzienia, wyszedł warunkowo po czterech.

Jego zaprzeczeniem był Tony Stratton-Smith, szef kultowego wydawnictwa Charisma Records, człowiek który przejął opiekę nad Genesis w 1970 roku. To jedna z najjaśniejszych postaci tej historii. Popularny Strat nie tylko na bardzo wczesnym etapie poznał się na wielkim talencie Genesis (widział ich koncerty, w trakcie których mieli jeszcze problemy z ustawieniem się na scenie i nagłośnieniem) ale również obok stabilizacji finansowej dał zespołowi – w odróżnieniu od Kinga – wolność i komfort artystycznego rozwoju. Wykazał się wielką, niespotykaną dziś wspaniałomyślnością i cierpliwością. Wspierał i ślepo wierzył w Genesis mimo, że grupa przez pierwsze trzy lata współpracy generowała wielkie koszty i z każdym rokiem coraz bardziej zadłużała się u wydawcy. Strat do 1973 roku pełnił nieformalną funkcję menedżera Genesis, mimo że jako szef wydawnictwa nie powinien tego robić z powodu konfliktu interesów. Nie dbał jednak o to. Rozwój artystyczny jego zespołów był dla niego ważniejszy niż wyniki finansowe, a to filantropijne podejście i tak ostatecznie miało się opłacić. Genesis w 1973 roku (po świetnym „Selling England by the Pound) był zadłużony na gigantyczną wówczas kwotę dwustu tysięcy funtów. Już trzy lata później dług spłacił, a pod koniec lat siedemdziesiątych generował już wielkie zyski. Cierpliwość Stratton-Smitha przełożyła się na wartość nie tylko finansową, ale również na bezcenny kapitał artystyczny. To dzięki niemu genesismeni mieli komfort pracy i możliwość realizacji własnych nieszablonowych wizji. Nie musieli każdego napisanego dźwięku przeliczać na spodziewany zarobek, mogli pozwolić sobie na bardzo odważne wycieczki twórcze, których efektem są wspaniałe, oryginalne i do dziś porywające, imponujące pomysłowością i rozmachem kompozycje z albumów „Nursery Cryme”, „Foxtrot”, „Selling England by the Pound”, czy „The Lamb Lies Down on Broadway”.

W 1973 roku, gdy Genesis stał się już dużym i bardzo absorbującym zespołem, Stratton-Smith skupił się na zadaniach wytwórni, a fotel menedżera grupy objął Tony Smith – niespokrewniony ze Stratem młody impresario, wcześniej zajmujący się organizowaniem tras koncertowych największych grup rockowych. To w dużym stopniu dzięki niemu grupa spłaciła dług. Zatrudnienie Smitha okazało się strzałem w dziesiątkę, choć nie było proste. Smith początkowo nie wykazywał zainteresowania objęciem posady menedżera i zdecydowanie odmówił. Miał kilka mocnych argumentów. Po pierwsze świetnie radził sobie w branży koncertowej, którą już okiełznał i generowała mu spore zyski, po drugie nie miał doświadczenia w prowadzeniu interesów zespołów, a po trzecie znał problemy Genesis i wiedział, że grupa ma duży bałagan w organizacji i finansach. Ryzyko wiążące się z tą pracą było spore. Dla grupy pracowali jeszcze wówczas niedoświadczeni i często niekompetentni entuzjaści, których niefrasobliwość powodowała kolejne wielkie kłopoty. Sprawami finansowymi amerykańskiej trasy w 1973 roku zajmował się Adrian Selby który nie przywiózł z tamtego tournee żadnej faktury. Sprawą momentalnie zajął się fiskus, naliczając wielki podatek, gdy tymczasem zespół na amerykańskich koncertach wówczas jeszcze niewiele zarabiał. Smith kilka miesięcy po odmowie, zmienił jednak zdanie i przejął sprawy Genesis. Podobno w międzyczasie zapragnął nowych wyzwań, a fachu menedżerskiego zasmakował właśnie na małą skalę opiekując się grupą Monty Pythona w trakcie tournee po Ameryce. Przekonał się, że praca jest ciekawa i że się w niej odnajdzie. W ciągu kilku miesięcy wyeliminował największe problemy organizacyjne grupy i ustawił machinę działań tak, by zespół przestał generować długi i zaczął się powoli spłacać Charismie. Albumy i trasy „The Lamb Lies Down on Broadway” i „A Trick of the Tail” pozwoliły spłacić w ciągu trzech lat gigantyczny dług w całości. W następnych latach zespół rósł z roku na rok, z albumu na album i z trasy na trasę, w czym również spora zasługa Tony’ego Smitha budującego coraz większą i sprawniejszą machinę biznesowo-promocyjno-logistyczną. Tony Smith pozostaje menedżerem genesisowego środowiska do dziś.

Kieślowski. Zbliżenie

kieslowski-zblizenie

Odkąd sięgam pamięcią Krzysztof Kieślowski kojarzył mi się z czymś bardzo ważnym i bardzo bliskim, z jakąś wielką tajemnicą dotyczącą ludzkiej psychiki, emocjonalności i z trudną historią Polski lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Byłem jeszcze dzieckiem, a już mnie to kino i to spojrzenie na człowieka magnetyzowało. Jeszcze niewiele rozumiałem, a już pewne rzeczy odbierałem intuicyjnie, emocjonalnie. Z wiekiem, gdy świadomość rosła, rosła też fascynacja filmami Kieślowskiego, a poczucie, że jest to bardzo ważne i bardzo mi bliskie przeistoczyło się w pewność.

Przyznaję, że to obciążone może nawet depresyjną melancholią bardzo drobiazgowe spojrzenie na człowieka i jego przestrzeń emocjonalną oraz skrupulatne analizowanie ludzkich losów przez pryzmat przeznaczenia i przypadku, to cechy które próbuję przemycać (zachowując oczywiście odpowiednie proporcje) do swojego świata literackiego. Pod tym względem Krzysztof Kieślowski zawsze będzie da mnie jednym z mistrzów.

Kieślowski jest mi bliższy niż twórcy wywodzący się ze świata kryminału, ale nie znałem zbyt dobrze jego historii. Z tym większym apetytem przystąpiłem do lektury niedawno wydanej biografii „Kieślowski. Zbliżenie” autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Ponad sześćsetstronicowy tom obiecywał wyczerpującą, kompletną biografię i słowa dotrzymał. To bardzo dobra książka, uczciwie prowadząca czytelnika od lat dzieciństwa i meandrów relacji rodzinnych Kieślowskiego, przez okres edukacji, mozolnej wspinaczki po szczebelkach trudnej, zawiłej kariery w peerelowskiej Polsce, działalność „dokumentalną”, przejście w fabułę, przez wzloty i upadki, błyskotliwe pomysły i okresy wątpliwości, krótką ale niebywale intensywną karierę międzynarodową aż po chorobę i śmierć. Wszystkie wątki zdają się być wyczerpane. Autorka umiejętnie je komponuje. Poznajemy genezy kolejnych ważnych wydarzeń, ich szczegóły i skutki.

W tej książce wszystko jest na miejscu, nic nie dzieje się przypadkiem, nie jest wyrwane z kontekstu. Szczegółowo i dosyć szeroko opisany żywot Kieślowskiego mamy tu bardzo logicznie poprowadzony. Surmiak-Domańska musiała przeprowadzić rozległy research (pisze w nocie odautorskiej o trzyletniej pracy i o setce osób z którymi przeprowadzała wywiady, a lista pozycji w bibliografii liczy ponad trzysta pozycji) ale też imponuje zrozumieniem często już obcych nam mechanizmów określających relacje władzy z artystami w latach komuny (ileż tam się trzeba było nakombinować, żeby móc pokazać kawałek prawdy nie podpadając władzy z jednej strony i nie narażając się środowiskom buntowniczym z drugiej). Szerokie tło polityczno-społeczne jest wielkim atutem tej książki, bo biografię reżysera otrzymujemy na niezwykle istotnym w tym przypadku zmieniającym się tle politycznym. Co za tym idzie historia Kieślowskiego to kawał historii Polski drugiej połowy XX wieku. Bardzo dobrze się to czyta. Autorka pisze dynamicznym reporterskim językiem i trzyma naprawdę bardzo wysoki poziom obiektywizmu.

Wielki artysta wymaga wielkiej biografii, a najwięksi będą mieli takich biografii wiele. Nie wiem czy „Zbliżenie” to jest już ta definitywna biografia, która wyczerpuje temat Kieślowskiego. Wiem na pewno, że warto po tę biografię sięgnąć. Dla fanów mistrza i kina ogólnie to lektura obowiązkowa, ale poleciłbym ją również tym, którzy interesują się najnowszą historią i nie mierzą jej tylko datami wybuchów wojen, rotacjami na stołkach ministerialnych, ale widzą ją też przez pryzmat sztuki i życiowych zmagań wybitnych artystów. „Zbliżenie” to rzecz którą przeczytałem jednym tchem, nie tracąc zainteresowania ani na moment i którą z dumą postawię na półce z przekonaniem, że będę do niej wracał.

Biografia Riverside ukończona!

20160523_201424_HDR

Postawiłem ostatnią kropkę. Tekst biograficzny „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” jest kompletny. Jest już też autoryzowany co znaczy, że pod każdym ze 106 452 słów można się podpisać i wziąć za każde z nich odpowiedzialność. Tekst w najbliższych tygodniach przejdzie redakcję, korektę, ponowną korektę autorską i stanie się książką. Trwają już prace nad okładką, niebawem zaczniemy dobór zdjęć. Będzie grubo (na pewno ponad 300 stron), szczegółowo i różnorodnie. Całość oparta jest na wiedzy unikalnej, a więc pochodzącej z moich, niepublikowanych wcześniej wywiadów z muzykami Riverside i „przyjaciółmi zespołu”, świadkami historii. Premiera prawdopodobnie jesienią, konkretną datę ustali i poda niedługo wydawnictwo In Rock.

Biografia Riverside – in progress

Uważam, że jedną z największych krzywd, jaką można wyrządzić cenionemu artyście, to pisząc biografię, przygotować mu bezkrytyczną laurkę. Nawet jeśli biograf jest zafascynowany twórczością, powinien umieć wyłączyć w sobie „fana” na czas pracy, by spojrzeć na pewne sprawy chłodnym obiektywnym okiem. Dla dobra własnej wiarygodności, dla dobra czytelnika i wreszcie dla dobra samego bohatera biografii. Jeśli jest nim artysta, to niezwykle istotne jest umiejętne wskazanie jego trudnych zmagań (wszak artysta musi się zmagać, zmagania to nieodłączna część procesu twórczego), a sprawne wskazanie potknięć, pomyłek, spadków formy twórcy, osadzone wśród „pochwał” za dzieła prawdziwie udane, doskonale obrazuje proces zmagań. Nie ma pisarza, który napisał tylko dobre, mądre książki, nie ma filmowca, który stworzył tylko ciekawe, udane filmy, nie ma muzyka, który choć raz w życiu nie zbłądził nagrywając płytę… Przekroczyłem półmetek biografii Riverside, jestem świeżo po „rozprawie” nad albumem „Rapid Eye Movement”, który jak każdy inny, zasłużył na obiektywne spojrzenie i wnikliwą analizę. Już wiem, że będzie to jeden z najbardziej kontrowersyjnych fragmentów tej książki… Jednym z tematów tej płyty jest „dualizm”, ale takiego „dualizmu”, jaki określi to wydawnictwo po latach chyba mało kto się spodziewa. Nawet w obozie grupy zdania na temat REM-u są podzielone.

Załączony filmik, to amatorskie nagranie „Cybernetic Pillow” z koncertu w Bułgarii z 2010 roku. Nawet w świecie progresji lubię proste, czterominutowe piosenki, ale zawsze miałem wrażenie, że temu numerowi brakowało takiego rozsądnego „odjazdu” (od 3:55), jaki pojawiał w się w koncertowych wersjach.