Wpisy

Riverside. Eye of the Soundscape

Miałem nic nie pisać o nowym albumie Riverside. Osłuchiwałem się z „Eye of the Soundscape”, szczególnie z premierową częścią materiału, od kilku miesięcy i doszedłem do wniosku, że o niektórych płytach lepiej pomilczeć, w myśl niepisanej zasady – niech przemówią dźwięki. Ale jest na tym wydawnictwie utwór, trwający prawie dwanaście minut numer tytułowy, jeden z czterech premierowych, który niebawem będzie wzruszał z większym natężeniem, jeszcze mocniej pobudzał wyobraźnię. I dla niego zrobię wyjątek.

To nie jest recenzja, to kilka słów od siebie. „Eye of the Soundscape” poraża nie ze względu na porywającą dynamikę, nie przez przebojowość, nie dzięki chwytliwej czy poruszającej melodii, ani inteligentnej konstrukcji – najczęstszym atrybutom riversajdowych kompozycji. To utwór pejzaż, zespół bardziej maluje tu dźwiękami, niż gra. Nie ma szkieletu rytmicznego, nie ma wyrazistych harmonii, wiodących melodii, to utwór w którym ramy formalne są cieniutkie niczym linki pajęczyny, delikatne i podporządkowane nastrojom. Tutaj Michał Łapaj i Piotr Grudziński mieli zagrać emocjami i uczuciem bardziej niż zwykle. Niby nic specjalnie zaskakującego. Przecież Riverside zawsze płynął na emocjach, nastroje często brały górę, określały także wcześniejsze kompozycje, nie tylko te „ambientowe”. Ale tutaj pod względem emocjonalnym jest jeszcze bardziej bezkompromisowo. Forma całkowicie została poddana muzycznym „porywom serca”. Zaryzykuję twierdzenie, że Łapaj i Grudziński nigdy wcześniej nie mieli okazji zagrać aż tak bardzo z duszy, tak głęboko od siebie. Jak taki moment przejścia w tym utworze, około siódmej minuty, kiedy niepostrzeżenie zmienia się nastrój. Po chłodnym niepokoju, przychodzi smutek. Rozlewa się, przejmuje absolutną kontrolę, ogarnia, zalewa słuchacza po sam czubek głowy. Ostatnie cztery minuty „Eye of the Soundscape”, jakkolwiek sentymentalnie czy pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, to najbardziej wzruszający pejzaż dźwiękowy, jaki słyszałem od wielu, wielu lat. Ten moment kiedy chłodne partie klawiatur Michała Łapaja jakby otulają, obejmują ostatnie łkania gitar Piotrka Grudzińskiego… i nagle wszystko opada, wycisza się, tonie, niczym statek idący na dno. I jeszcze ta świadomość, że te łkania, te drobne, subtelne zalążki melodii, to ostatnie partie nagrane przez Grudnia, kilka dni przed śmiercią. Tak się kończy ta płyta, tak się kończy pewien rozdział w historii Riverside. Pod względem muzycznym piękniej i bardziej przejmująco zakończyć się nie mógł. Ten utwór chwycił mnie za serce z podobną siłą jak chwytają „Fading Lights” Genesis, czy „High Hopes” Pink Floyd. Też swoiste dzieła na pożegnanie. Z tym że tam wielką moc mają również słowa, a tutaj „przemawia” sama muzyka.