Wpisy

GENESIS – Selling England by the Pound (45 lat)

sebtp

Czterdzieści pięć lat temu ukazała się „Selling England by the Pound” – płyta prawdopodobnie najbliższa zaprezentowania pełnego potencjału klasycznego składu Genesis. Wystarczy spojrzeć na skład zespołu, by zdać sobie sprawę, że potencjał ten był naprawdę olbrzymi. Tony Banks, Peter Gabriel, Mike Rutherford, Steve Hackett i Phil Collins – przy każdym instrumencie muzyk o ponad przeciętnych umiejętnościach technicznych, każdy z nich z wybitną wyobraźnią, coraz większą i odważniejszą pomysłowością, każdy z nich ledwie po dwudziestce, a już ze sporym bagażem doświadczeń. Rok 1973 był dla nich idealny na nagranie doskonałego albumu. Po pierwsze klimat dla progrocka wciąż jeszcze był dobry. Po drugie, skład ze stosunkowo nowymi nabytkami – Hackettem i Collinsem – zdążył się już zgrać i przegryźć, ba, zdążył nawet nagrać bardzo dobry, przełomowy „Foxtrot”, album który przeniósł Genesis z uniwersytecko-artystowskiej niszy, do pierwszej ligi progresywnego rocka. Po trzecie, przeładowani pomysłami i ambicjami twórczy muzycy, nie zdążyli się jeszcze sobą zmęczyć i wciąż naiwnie wierzyli, że pięć wielkich muzycznych umysłów zmieści się w jednym studiu i na jednym pięćdziesięciominutowym krążku. To był zespół wielkich indywidualności, dlatego czas tego składu był policzony i to raczej w miesiącach niż długich latach. W 1971 roku skład się ustabilizował, w 1972 roku przyszło przełamanie i wielki skok jakościowy, a już w 1974 nastąpiło zmęczenie materiału. „Selling England by the Pound” jest owocem pracy zgranego i jeszcze nie najgorzej dogadującego się kwintetu z roku 1973. Jak pokazała przyszłość jedynego roku, w którym zespół w tym składzie mógł nagrać swoje szczytowe dzieło.

Wiosną 1973 roku genesimani ograniczyli aktywność koncertową i przeznaczyli kilka miesięcy na napisanie nowego materiału. Po sukcesie „Foxtrot” chcieli się dobrze przygotować do następnego kroku. Zaszyli się w niewielkim pustym, starym domu w Chessington. Zmienili nieco metodę komponowania materiału, po raz pierwszy w tak dużych dawkach próbowali jammować i tworzyć wspólnie. Jeden z naszych przyjaciół znał właściciela tego domu, przenieśliśmy się tam i zajęliśmy na jakiś czas największe pomieszczenie – wspominał Collins. – To był bardzo dobry i twórczy okres, napisaliśmy tam sporo materiału. Inaczej pamięta to Mike Rutherford, najwidoczniej przygnieciony nieco presją oczekiwań. Z okien domu widać było gigantyczny dąb uginający się po gęstymi liśćmi i pamiętam że długimi godzinami wpatrywałem się w niego myśląc, że ten widok dobrze obrazuje moje samopoczucie – mówił. – Nasz ówczesny problem polegał na tym, że jam sessions najczęściej do niczego nie prowadziły. Potrafiliśmy tak grać wspólnie przez całe popołudnie bez żadnych rezultatów.

Nie było jednak tak źle, jak mówił Mike. Faktem jest, że sporo fragmentów muzycy skomponowali indywidualnie („Firth of Fifth” to prawie w całości dzieło Banksa, pierwsza część „Dancing With the Moonlit Knight” to z kolei solowa praca Gabriela) ale wspólne improwizacje zaowocowały choćby porywającą częścią instrumentalną „The Cinema Show” i ostatecznym wykrystalizowaniem się „I Know What I Like”. Bez jam sessions nie powstałby na pewno też „The Battle of Epping Forest”, którego podstawa została wymyślona przed sesją, ale później z kolejnymi jammami dodawano do tego rozbudowanego utworu kolejne warstwy i elementy.

Po raz pierwszy bardzo aktywny twórczo był wówczas Steve Hackett. W grupie czuł się coraz pewniej, poza tym rzucając się w wir aktywnej pracy próbował uciekać od problemów osobistych – rozpadającego się wówczas pierwszego małżeństwa. Bessa w życiu prywatnym często przynosi hossę w życiu zawodowym. Steve dołączył zatem jako czwarty aktywny kompozytor po Gabrielu, Banksie i Rutherfordzie. Tylko Collins jeszcze nie zasypywał kolegów pomysłami, najlepiej czując się za perkusją w spontanicznym graniu i jako aranżer.

Zespół narzekał nieco na proces powstawania tego albumu. Podobno praca szła sprawnie tylko na początku, a później przyszło znużenie. Być może jam sessions rzeczywiście nie były jeszcze wówczas tak efektywne. Być może w pewnym momencie zabrakło zespołowi świeżości, być może natłok płodnych kompozytorów i nadmiar pomysłów przytłoczył ekipę. Ale faktem jest, że sesje 1973 roku przyniosły sporo znakomitej, oryginalnej i bardzo stylowej muzyki opatrzonej błyskotliwymi, inteligentnie napisanymi tekstami. To muzyka rockowa o bardzo wysokim stopniu artyzmu, a literackie nawiązania do twórczości TS Elliotta (prześcigali się w tym Banks i Gabriel, zdeklarowani fani jego twórczości) nie tylko dodają poetyckiego smaczku, ale również sprawiają, że „Selling England by the Pound” nosi znamiona dzieła intertekstualnego.

Pisząc w 2011 roku biografię Petera Gabriela („Świat sekretny, świat realny”) uważnie przyjrzałem się zawartości tego krążka i dosyć szczegółowo go opisałem. Punktem wyjścia tamtego eseju była Ameryka, która z jednej strony pojawiła się w życiu zespołu, jako cel i wielki rynek do zdobycia, ale także jago ekspansywna potęga gospodarcza mająca coraz większy wpływ na to, co działo się wówczas w Wielkiej Brytanii.

Na początku lat siedemdziesiątych ani Ameryka nie zachłysnęła się Genesis, ani Genesis nie zachłysnęli się Ameryką. Przynajmniej chwilowo, tuż po wzajemnym zapoznaniu, między grupą, a nowym rynkiem zapanowały relacje może nie chłodne, ale raczej letnie niż gorące. Chłopcy Tony’ego Stratton Smitha – w odróżnieniu od zespołów pokroju Led Zeppelin, Deep Purple czy Pink Floyd – nie zdobyli szturmem Stanów Zjednoczonych, ale też należy pamiętać, że proponowali jednak trudniejszą i mniej zrozumiałą dla Amerykanów muzykę. Potężny zaoceaniczny rynek zbytu nie zawrócił im w głowach i gdy spory odsetek obserwatorów sceny rockowej przewidywał, że Genesis w 1973 roku nagra album bardziej „amerykański”, zespół – jakby na przekór – przygotował płytę do bólu angielską, tak pod względem muzycznym, jak i literackim. Wątek amerykańskiej komercjalizacji wróżonej grupie Peter sprytnie wykorzystał jako jedną z treści określających piąte dzieło. Anglia się amerykanizowała, ale muzyka zespołu nie zamierzała wyrzekać się swojej awangardowej brytyjskości. Obawiałem się ostrej krytyki ze strony angielskiej publiczności i mediów za wychylenie się w stronę rynku USA – przyznawał Gabriel, dodając – po części właśnie dlatego chciałem, aby zatytułować album „Selling England by the Pound”.

Tytuł ten pochodzi oczywiście z przedwyborczego manifestu socjalistycznej partii pracy, ale też znakomicie oddaje klimat i nastroje zmierzchu ideałów hipisowskich. Naiwny romantyzm końca lat sześćdziesiątych wyparowywał z serc ludzi, pamiętających nadzieje związane z rewolucją. To, co jeszcze cztery – pięć lat wcześniej wydawało się możliwe do osiągnięcia dzięki pospolitemu ruszeniu młodzieży na całym świecie, w 1973 roku jawiło się już niczym wyblakłe, niespełnione marzenie. Konflikty zbrojne trwały w najlepsze, ludzie nadal musieli uprawiać „wojnę”, nie „miłość”, a woodstockowa młodzież po wkroczeniu w wiek dorosły, wolała jednak „mieć”, niż „być”, upodabniając się do własnych rodziców, z którymi jeszcze kilka lat wcześniej tak zaciekle walczyła. Proza życia i proza rynku pokonały hipisowskie ideały. Wynikające z tego rozczarowanie i zaniepokojenie o losy Anglii, Peter Gabriel przemycił w sprytnie zawoalowanych aluzjach i gierkach słownych.

Genesis nigdy nie mieli ambicji, by stać się „głosem pokolenia”, dlatego też zwykle unikali wygłaszania opinii politycznych czy jednoznacznych deklaracji światopoglądowych. Gabriel bardziej bezpośrednie podejście zaprezentował dopiero w czasie kariery solowej, a jako członek zespołu należał do najlepszych specjalistów ubierania poglądów i przemyśleń w szaty symbolicznych opowieści wielofunkcyjnych. Tak jest właśnie w przypadku utworu „Dancing With The Moonlit Knight” (Tańcząc z księżycowym rycerzem). Ta (na pierwszy rzut oka) barwna muzyczna bajka, to w istocie lament nad kondycją ojczyzny. Czy możesz mi powiedzieć, gdzie leży mój kraj? – dopytuje ustami Gabriela Unifaun swoją wielką miłość. Uzyskuje odpowiedź: On leży we mnie! od Królowej Być Może (parodii Królowej Majowej, zwiastunki dobrego sezonu) – skomercjalizowanej bohaterki reklam okazyjnych towarów z przeceny. Unifaun uwierzył i pohandlował z nią (własnymi ideałami?). Symbolika globalnej wyprzedaży brytyjskiego dorobku i tradycji, przewija się między wierszami także kolejnych zwrotek. Old Father Thames, czyli legendarny duch odmętów Tamizy… utonął, a brytyjski naród przeżuwa własne sny i marzenia niczym mdłego hamburgera w sieci barów szybkiej obsługi. To problemy pierwszej połowy lat siedemdziesiątych XX wieku, ale tekst i klimat utworu składają się na intrygującą mozaikę wyjętą z reguł kalendarza.

W „Dancing With The Moonlit Knight” nie ma nawet okruchów typowego rockowego buntu danej chwili, to raczej baśń ułożona z kamyczków ówczesnej codzienności, wtopionych w tło historyczne, a każdy poruszony wątek może być zarówno faktem kolokwialnie zwanym „autentycznym”, jak również wyciągiem z gabrielowej szufladki science fiction. Doskonałym przykładem tej dwuznaczności i ponadczasowości jest zestawienie historycznych rycerzy Okrągłego Stołu z legendy o królu Arturze, z popularnymi w latach siedemdziesiątych znaczkami „Green Shields” (Zielona Tarcza). Bajka zderza się tu z prozą życia. Podobną mozaikę Peter zbudował w „The Battle of Epping Forest” (Bitwa pod lasem Epping), zabawniej opowiastce o wojnie gangów, znów przedstawionej w formie bardziej retro niż modern. Historyjka ma swoje korzenie w rzeczywistości, gdyż wokalista wpadł na pomysł tekstu po lekturze artykułu opisującego potyczki łobuzerskich band londyńskiego East Endu. Prawdopodobnie chciał napisać liryk mocno dokumentalny, wiadomo bowiem, że intensywnie poszukiwał dalszych informacji na ten temat. Nie znalazł, więc popuścił wodzę fantazji i z autentycznych korzeni wyrosła zabawna, pełna intrygujących gier słownych, rymów i zaskakujących konstrukcji bajeczka. Dałem się nieco ponieść emocjom, pisząc tekst „The Battle of Epping Forest” – przyznawał później. – Świetnie się przy tym bawiłem, ale momentami słowa nie współgrają z muzyką. Obstawałem przy tym, abym to ja pisał wszystkie teksty. Wychodziłem z założenia, że robię to najlepiej z zespołu, co chyba faktycznie było prawdą. Mój główny problem stanowiło tempo pracy. Bywałem niewiarygodnie wolny. I to niestety przełożyło się na zgodność muzyki z tekstem. Bo gdy ja byłem jeszcze w lesie ze słowami, reszta zespołu przygotowała już wszystkie partie muzyczne i później trudno nam było to połączyć, bo podkłady nie miały moich linii wokalnych ani tekstu.

Skomplikowanej warstwie tekstowej stworzonej przez Gabriela, nie ustępuje w niczym przygotowana kolektywnie przez cały zespół oryginalna konstrukcja muzyczna. „Bitwa pod lasem Epping” to jeden z tych utworów, które najodważniej prezentują esencję genesisowych zainteresowań dźwiękowych, tak odległych od grup z bluesowymi podstawami. Szalejące metrum; nachalne, natarczywie dominujące klawiatury Banksa; to chowający się, to eksponujący gitarową melodyjkę Hackett, do tego nieustanne zmiany nastroju i brzmień (partie akustyczne), a nad tym wszystkim aktorsko śpiewający Gabriel – co by nie powiedzieć, można mieć pewność, że Genesis niespecjalnie zależało na masowej amerykańskiej publiczności. Z taką muzyką na duży sukces po drugiej stronie Atlantyku nie mieli większych szans, nawet w latach siedemdziesiątych.

Peter nie ukrywał, że w tej przekorze upatrywał metody: Miałem ochotę na to, aby skoncentrować się na naszej angielskości. Muzyka amerykańska stanowiła wówczas oczko w głowie krytyków, a ja myślałem, że dobrze byłoby odpowiedzieć na tę modę czymś naszym, oryginalnym, własnym. Oczywiście mieliśmy swoje amerykańskie wzorce obok elementów angielskich i europejskich. Pomysł polegał na tym, żeby przekonać się, które stare elementy brytyjskie można na nowo uruchomić i przenieść na grunt nowoczesnego świata. Na przykład „The Battle of Epping Forest”, jest próbą przeszczepienia angielskiej wojny gangów z XX wieku w nastrój pejzaży Williama Hogartha.

O tym, że był to świetny pomysł, przekonywał pierwszy singlowy sukcesik, odniesiony z również bardzo angielską, ale jednak dalece prostszą piosenką „I Know What I Like”. Tu Gabriel ponownie mógł zbudować literacki światek, oparty o wiktoriańskie wyobrażenia i dziecięce wspomnienia z rodzinnej farmy. Wizytując jedną z londyńskich galerii, natknął się na obraz zatytułowany „The Dream” (Sen) autorstwa Betty Swanwick. Gdy spostrzegł na nim ławeczkę z wylegującym się, drzemiącym wieśniakiem być może przypomniał sobie swoją pierwszą piosenkę, jaką napisał w wieku dwunastu lat – „Sammy The Slug” (Sammy leniuszek). A być może urzekł go klimat obrazka, jakby korespondujący z okładką „Nursery Cryme”? Tak czy inaczej, napisał na podstawie „The Dream” tekst „I Know What I Like”, a później doprowadził do tego, że obraz Swanwick ozdobił okładkę płyty. Genesis, mimo że potrafili pisać proste piosenki i już wcześniej wychodziło im to bardzo sprawnie, zwykle wzbraniali się przed korzystaniem z wyświechtanych form zwrotkowo ‑ refrenowych, w obawie przed utraceniem oryginalności. Gdyby nie rozsądne przełamanie, „I Know What I Like” pewnie nie trafiłby na ten album. Przełamanie wyszło ze strony Hacketta i Gabriela, którzy mieli największy udział w powstaniu tej przebojowej kompozycji. Hackett zaoferował wiodący riff gitary, a Peter poparł gitarzystę, przeczuwając, że chwilowe uproszczenie konwencji nie zaszkodzi zespołowi. Czułem na sobie odpowiedzialność, aby skierować zespół w stronę większej przystępności – tłumaczył później. – Zawsze staraliśmy się unikać pisania hitów, co było chyba dosyć głupim założeniem. Wtedy mieliśmy wielkie ambicje robienia wszystkiego inaczej niż reszta, unikania powieleń kogokolwiek, niemal za wszelką cenę. Tony grał linię melodyczną „I Know What I Like” i mimo że nie uważałem jej za wspaniałą, wiedziałem, że ludzie ją polubią. Zwrotki są dobre. Nie mam też niechęci do refrenu, ale uważam, że to było jednak trochę pójście na łatwiznę.

Być może, ale żeby zaistnieć na liście przebojów, czasami trzeba pójść na łatwiznę. Singiel dotarł do 21 miejsca brytyjskiego zestawienia i na pewno przysporzył grupie więcej przyjaciół niż wrogów, bo piosenka – choć prostsza – nie wyłamywała się z awangardowo brytyjskiego stylu Genesis. Ot, po prostu prezentowała go w nieco przystępniejszej formie.

Prawdopodobnie najlepszym i najbardziej reprezentatywnym utworem dla stylu Genesis jest „Firth of Fifth”. Dziesięciominutowy, rozbudowany, ale bardzo klarowny utwór zbudowany na melodycznych i harmonicznych pomysłach autorstwa Banksa. Z resztą, to właśnie jego porywająca partia otwiera tę kompozycję, w brawurowy sposób eksponując esencję melodycznego potencjału zawartego w kompozycji. Instrumentalna uwertura to długi pasaż na fortepian solo, będący, kto wie, czy nie najlepszą chwilą Tony’ego Banksa ze wszystkich nagranych – pisał Edward Macan w „Rocking the Classics”. – Banks wykazuje tutaj prawdziwy talent w grze osiemnastowieczną techniką zwaną fortspinnung, czyli przeciągania muzycznego pomysłu opartego na figuracji przedstawionej w kilku pierwszych taktach. (…) Według mnie „Firth of Fifth” to najpiękniejsze dziewięć i pół minuty muzyki jakie Genesis kiedykolwiek stworzyło. Utwór ten egzemplifikuje niemalże wszystkie najważniejsze aspekty Gabrielowego stylu zespołu, jest znakomicie ustawiony strukturalnie, a ponadto jawi się jako jedno z najwspanialszych osiągnięć grupy w każdej dziedzinie, no, może z wyjątkiem tekstu.

Trudno dziwić się zachwytom Macana, który poświęcił „Firth of Fifth” długi esej rozbierając kompozycję na czynniki pierwsze. Jego wnikliwa analiza, im bardziej szczegółowa, im głębiej zaglądająca w zakamarki umysłu Banksa i warsztatu Genesis, tym mocniej dowodząca nieprzeciętnej jakości tej muzyki. W drobiazgowo przemyślanym i poprowadzonym utworze, pełnym pięknych melodii, niebanalnych harmonii i nieszablonowych rozwiązań rytmicznych błyszczy cały skład. O wirtuozerskich partiach Banksa już było, ale przecież jednym z najjaśniejszych momentów całego albumu jest solo gitarowe Hacketta, będące przepiękną wariacją tematu melodycznego wymyślonego przez klawiszowca. To moje najbardziej znane solo z płyt Genesis – mówił gitarzysta w rozmowie z Piotrem Kaczkowskim. – Chyba dlatego, że najbardziej melodyjne. Co za ironia losu, że napisał je Tony Banks. W zamyśle utwór pisany był na fortepian, ale melodia grana była już na flecie, fortepianie i gitarze elektrycznej. To po prostu wspaniała melodia. To jak ją zagrałem na gitarze lata temu, z tyloma nagiętymi nutami, naprawdę ze wszystkimi które dały się nagiąć, stworzyło klimat może hinduski, w każdym razie mniej europejski, co w dzisiejszej terminologii plasowałoby ten utwór w przegródce „muzyka świata”.

Imponują w tym utworze melodycy Banks i Hackett, ale brawurowy jest również kręgosłup rytmiczny utworu. Duet Collins-Rutherford po mistrzowsku przeprowadza zespół przez niełatwe zmienne metrum tej złożonej kompozycji, pięknie dynamizując urokliwe melodie fortepianu, gitary i fletu.

„Selling England by The Pound” nagrano w studio Islands w sierpniu 1973 roku pod okiem producenta Johna Burnsa. Album, oprócz tego, że zawiera jeden z najlepszych materiałów stworzonych przez Genesis w całej historii, jest też inteligentnie skonstruowany. Cztery długie kompozycje, niczym dania główne i cztery krótsze, prostsze formy, niczym przystawki – złożyły się na delikates w całości smakowity. Brytyjską, artrockową arogancję Genesis doceniła rodzima publiczność, ochoczo kupując longplej, fundując tym samym grupie długi, przeszło półroczny, pobyt na liście bestsellerów. Szczytem możliwości wydawnictwa okazało się miejsce trzecie, co stanowiło największy sukces Genesis z Peterem Gabrielem w składzie. Po dziś dzień album ten uchodzi za jedno z największych dzieł w katalogu rocka progresywnego, imponuje i uwodzi kolejne pokolenia poszukiwaczy muzycznych skarbów, a „I Know What I Like” i instrumentalna część „Firth of Fifth” do ostatniej trasy w 2007 roku miały pewne miejsce w secie koncertowym.

Genesis – „Genesis” (35 lat)

genesis

Nie musieli nagrywać tej płyty. Ba, wielu obserwatorów było wręcz przekonanych, że jej nie nagrają. Że nie mają ani potrzeby, ani tym bardziej przymusu wspólnego tworzenia. Tony Banks, Phil Collins i Mike Rutherford w 1983 roku mogli spokojnie podążyć własnymi drogami, skupiając się wyłącznie na rozwijaniu dobrze, a w przypadku Collinsa nawet bardzo dobrze, zapowiadających się karier solowych. Ale oni zdawali sobie sprawę z wielkiego potencjału, jaki drzemał w trzyosobowym organizmie twórczym i zwyczajnie lubili ze sobą pracować. Motor twórczy w postaci tria Banks-Collins-Rutherford wykluł się dobre dziesięć lat wcześniej, jeszcze przed odejściem Petera Gabriela i Steve’a Hacketta. Już w okresie „progresywnym” wiadomo było, że w tym trójkącie komunikacja jest najlepiej rozwinięta, a wzajemne intuicyjne wyczucie muzyczne sprawia, że tych trzech muzyków potrafi podczas spontanicznego jam session stworzyć rzeczy absolutnie wyjątkowe. Od wielu lat w kontekście Genesis pojawia się opinia, że siła artystyczna tego zespołu jest jeszcze większa niż indywidualna wartość tworzących go muzyków. I coś tym stwierdzeniu jest, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że Banks, Collins i Rutherford – choć zasłynęli wieloma znakomitymi albumami solowymi i każdy z osobna jest muzykiem zdecydowanie ponadprzeciętnym – gdy tworzyli razem, nagrywali muzykę jeszcze lepszą, ciekawszą, efektowniejszą, bardziej zaskakującą i zjawiskową. Zdawać by się mogło, że Genesis to oprócz sumy indywidualnych talentów, również pewna wartość dodana w postaci trudnej do jednoznacznego określenia i uchwycenia chemii łączącej Tony’ego, Phila i Mike’a. Album „Genesis”, który kończy właśnie trzydzieści pięć lat, jest w tej kwestii dziełem wyjątkowym, bo pierwszym złożonym z utworów stworzonych wyłącznie podczas wspólnych jamów legendarnego tria. To był właściwie początek nowego etapu w historii Genesis. Etapu który miał ich zaprowadzić na szczyty list przebojów na całym świecie.

Zespół skłaniał się ku takiemu modelowi tworzenia od kilku lat. Począwszy od albumu „…and then there were there…” (1978) proporcje solowych piosenek i utworów napisanych zespołowo zmieniały się na korzyść pracy kolektywnej. „Duke” (1980) przyniósł pięć a „abacab” (1981) sześć kompozycji tria. Na tej drugiej płycie Banks, Collins i Rutherford zaproponowali już tylko po jednej indywidualnie napisanej piosence. Model pracy solowej w kontekście Genesis odchodził do lamusa. Poza tym w 1982 roku wszyscy trzej muzycy wydali płyty pod własnymi nazwiskami i najzwyczajniej w świecie wystrzelali się z pomysłów. Gdy spotkali się wiosną 1983 roku we własnym studiu nagraniowym The Farm by nagrać dwunasty album grupy, po pierwsze nie mieli w zanadrzu żadnych pomysłów, a po drugie skłaniali się ku temu, aby wreszcie w pełni wykorzystać możliwości nowego studia, które umożliwiało im niczym nieskrępowane wielogodzinne wspólne granie i rejestrowanie jego efektów. Pewnym przetarciem była już praca nad „abacab”, ale tamten album był swoistym eksperymentem i dopiero próbą odnalezienia dla Genesis nowej stylistyki z pomocą debiutującego przy genesisowej konsolecie inżyniera dźwięku Hugh Padghama.

Wydany dwa lata wcześniej przejściowy „abacab”, był próbą definitywnego oderwania się od konstrukcji charakterystycznych dla rocka progresywnego i od brzmienia lat siedemdziesiątych. Genesis po raz pierwszy postawili wtedy akcent przy rytmie, kosztem rozbudowanych harmonii. Otworzyli sobie drogę w nowe dla siebie muzyczne tereny i przede wszystkim w nową dekadę. Rozpoczynając pracę nad albumem „Genesis” najtrudniejszą rewolucję mieli już więc za sobą. Nowy model pracy był ustalony. Musieli tylko zbudzić demony, wzniecić ten ogień, który już wielokrotnie się rozpalał, gdy tylko zamykali się w jednym pomieszczeniu i po prostu wspólnie grali muzykę.

Weszliśmy, podłączyliśmy sprzęt, wzięliśmy głęboki oddech i zaczęliśmy grać – wspominał Mike Rutherford. – Być może był to nieco dziwny sposób pracy i początkowo towarzyszył nam pewien rodzaj niepokoju, czy wyjdzie z tego coś wartościowego, ale ostatecznie poczuliśmy się z tym bardzo naturalnie, a muzyka płynęła z nas tak szybko, że nie mogliśmy za nią nadążyć. Tylko przez pierwsze dwa dni szło nam jak po grudzie, ale trzeciego dnia pojawiły się dwa lub trzy świetne pomysły i wtedy wiedziałem już, że nagramy dobrą płytę.

Pierwszym świetnym pomysłem wokół którego zaczęli pracować, był rytm stworzony właśnie przez Mike’a na automacie perkusyjnym, który stał się ostatecznie fundamentem utworu „Mama”. Zaczęło się od zapętlonej partii perkusji, którą wymyśliłem siedząc w dźwiękoszczelnym pokoju we własnym domu – tłumaczył. – Rytm zaprogramowałem na pierwszym dużym automacie perkusyjnym LINN. I zrobiłem coś, czego amerykanie nigdy by nie zrobili: przepuściłem go przez swój mały wzmacniacz gitarowy i pogłośniłem tak mocno, że aż podskakiwał na krześle. Anglicy potrafią mistrzowsko spieprzyć dźwięk. To doskonały tego przykład. To po prostu okropny, ale jednocześnie wspaniały dźwięk.

Na fundamencie tego zapętlonego rytmu całe trio mogło godzinami improwizować, tak by prosty ale intrygujący szkielet rytmiczny obudować klimatyczną warstwą muzyczną. Tony Banks główny melodyk zespołu dołożył kilka mrocznych akordów i wzmocnił to jak sam określił „strasznym, podszytym dreszczykiem” brzmieniem instrumentów klawiszowych. Utwór ewoluował w trakcie grania, improwizacje rejestrowano i przesłuchiwano w poszukiwaniu najlepszych fragmentów i rozwiązań. Collins stworzył do tego niezwykle sugestywną, doskonale wpisująca się w duszny, mroczny klimat kompozycji linię wokalną. Wzmocnił ją, jak to od dawna miał w zwyczaju, środkami aktorskimi i niebanalną interpretacją. Jednym z punktów kulminacyjnych jest tu demoniczny śmiech. Collins wpadł na ten pomysł zainspirowany rapowym numerem „The Message” Grandmaster Flash. Tam rapowy śmieszek pojawia się symbolicznie i raczej w łagodnej, subtelnej wersji, jako drugoplanowy ozdobnik. W „Mamie” Phil wykorzystał śmiech, jako jeden z charakterystycznych i najbardziej wyeksponowanych elementów piosenki. Kolejną kulminacją jest bardzo dynamiczne i głośne wejście żywej perkusji – motyw przez Collinsa i dźwiękowca Hugh Padghama przetestowany już w gabrielowym „Intruder” (1980) i collinsowym „In The Air Tonight” (1981), a co za tym idzie doprowadzony już do perfekcji. Utwór rozwija się niespiesznie, automat wystukuje hipnotyczny rytm, Banks klawiaturami a Collins wokalem budują klimat mrocznej tajemnicy rodem z horroru. Zespół bawi się tym nastrojem, po czym w drugiej połowie zwiększa intensywność i wraz z wejściem głośnej, dominującej perkusji rozpoczyna część dynamiczną. Kompozycja niczym rozpędzająca się ciężka maszyna zmierza do bardzo emocjonalnego, głośnego finału. W efekcie mamy do czynienia z jednym z najlepszych utworów w całym dorobku Genesis i zarazem wizytówką tego późnego, bardziej popowego, choć wciąż bardzo oryginalnego brzmienia zespołu. Tekst opowiadający o nieodwzajemnionym uczuciu młodego chłopaka do prostytutki również świadczył o nietypowym podejściu do sfery lirycznej i bardzo umiejętnie wpisał się w klimat piosenki.

Drugim wybitnym efektem tego modelu pracy jest dwuczęściowa suita „Home by the Sea”. Z pozoru prosty, oparty na mocnym pulsie rytmicznym numer pop-rockowy przechodzi tu łagodnie w imponujący, naładowany błyskotliwymi pomysłami melodycznymi, prowadzony wyeksponowanym, bardzo charakterystycznym perkusyjnym uderzeniem Collinsa popis instrumentalny. Phil wymyślił rytm, który powtarzali razem z Mike’em, a ja zacząłem improwizować nad tym rytmicznym szkieletem – opowiadał Tony. – Nagraliśmy dwie albo nawet trzy zapętlone improwizacje, w sumie mieliśmy około sześćdziesięciu minut muzyki. Później całość przesłuchiwaliśmy i wyłapywaliśmy momenty, które najbardziej nam się podobały i łączyliśmy je ze sobą.
Kluczowe w tym podejściu jest to, że zespół potrafił rozwijać pomysły, segregować je i łączyć ze sobą w taki sposób, że utwory pozostawały niezwykle spójne i do dziś nie tylko zachowały świeży, improwizacyjny charakter, ale również cieszą ucho uporządkowaniem, logiką wynikających z siebie motywów i elementów, oraz świetnie zbudowaną dynamiką. „Home by the Sea” to znamienna dla Genesis opowiastka łącząca w sobie grozę i poczucie humoru. Tytułowy nadmorski domek jest bowiem nawiedzony, a przypadkowy wędrowiec zamiast schronienia znajduje w nim pułapkę. Duchy nie chcą go wypuścić, gdyż potrzebują wiernego słuchacza, który cierpliwie wysłuchałby ich licznych i długich historii.

Poczucie humoru w największym stopniu określa dwie krótsze formy piosenkowe – „That’s All” i „Illegal Alien”. Pierwsza z nich to piosenka o miłości z premedytacją ubrana w pastisz muzyki country and western, druga to żart z amerykańskiej biurokracji i próbujących ją zrozumieć i sobie z nią poradzić imigrantów z ameryki łacińskiej. Tu Collins, mając pole do popisu swoimi aktorsko – interpretacyjnymi umiejętnościami, ubarwił warstwę wokalną zabawnym latynoskim akcentem. Krótszą, dynamiczną formą jest też „Just a Job To Do”, w którym Collins na tle krzyczących keyboardów i nieco funkowym szkielecie rytmicznym śpiewa o seryjnym zabójcy. „Taking It All To Hard” to z kolei solidna ballada, której tradycyjnie już nie mogło na albumie zabraknąć.

Zespół nie miał wiele czasu na przygotowanie tej płyty dlatego też (co było rzadkością) mimo niezłej płodności twórczej, na wydawnictwie znalazły się wszystkie napisane wówczas kompozycje. Nie było żadnych „odrzutów” z tamtej sesji. Siłą rzeczy poziom płyty jako całości nie jest równy i im bliżej końca krążka tym dostajemy słabsze piosenki. Ale dramatu nie ma. Zamykające płytę „Silver Rainbow” i „It’s Gonna Get Better”, choć już nie tak zachwycające i błyskotliwe jak „Mama”, czy „Home by the Sea”, utrzymują wciągający jesienno-mroczno-nostalgiczny klimat pasujący do reszty materiału.

To nie jest wielka płyta, ale są na niej niewątpliwie wielkie i ważne dla dorobku Genesis utwory. „Mama” i „Home by the Sea” to prawdziwe kamienie milowe muzyki popularnej, piosenki którymi zespół udowodnił, że można połączyć ze sobą przystępność i oryginalność, przebojowość i ambicję, spontaniczność i inteligentną, przemyślaną konstrukcję. Album zatytułowany po prostu „Genesis” ukazał się 3 października 1983 roku i osiągnął najlepsze do tamtego czasu wyniki. Sukces singlowy „Mamy” stał się faktem już w sierpniu, a jesienią album pokrył się poczwórną platyną w USA (tam bardziej niż „Mama” podobał się drugi singiel „That’s All”), podwójną w Wielkiej Brytanii i Szwajcarii oraz platyną w Niemczech i Francji. W samych Stanach Zjednoczonych sprzedały się cztery miliony egzemplarzy. Fani ze Zjednoczonego Królestwa i Niemiec dołożyli kolejny milion z okładem. Jeśli albumem „Duke” (1980) Genesis weszli do ekstraklasy komercyjnej, tak album „Genesis” wywindował zespół do czołówki tej ekstraklasy. Trzy lata później, przy okazji „Invisible Touch”, mieli już być na absolutnym topie, ze sprzedażą na poziomie dziesięciu milionów egzemplarzy i trzykrotnie wyprzedanymi koncertami na stadionie Wembley, wieńczącymi wielką światową trasę.

Czterdzieści lat minęło…

Czterdzieści lat temu, 15 sierpnia 1975 roku w brytyjskich mediach ukazał się artykuł „Odejść. Niech odejdą anioły – dociekania”, w którym Peter Gabriel oficjalnie ogłosił swoje odejście z zespołu Genesis. Pisałem o tym okresie w biografii „Peter Gabriel. Świat sekretny, świat realny” (wyd. Anakonda 2013).

Fragment rozdziału „Brytyjska wyprzedaż, baranek ofiarny”

(…)

Na scenie wszystko wyglądało tak dobrze, jak nigdy przedtem, ale kłopoty wykluły się w życiu prywatnym. Świat Genesis pochłaniał Petera absolutnie, jego myśli bez przerwy krążyły wokół tworzenia, nagrywania, koncertowania, a na życie rodzinne notorycznie brakowało czasu i energii. Z każdym miesiącem Jill coraz częściej czuła się poszkodowana i odtrącona, tym bardziej, że jej działalność zawodowa nie układała się tak dobrze, jak Peterowi. Można nawet powiedzieć, że w ogóle się nie układała. Gdy do sklepów trafiał piąty krążek Genesis, Jill zaszła w ciążę i przez pewien czas wierzyła, że życiową rolą, której się odda i w której wreszcie się sprawdzi, będzie rola matki i żony. Nie chciała jednak, będąc w stanie błogosławionym, pozostawać samotnie w domu, więc jesienią ’73 zabrała się z zespołem na trasę koncertową. Ten zabieg tylko pogorszył relacje między nią a Peterem. Jill zdawała się nie pamiętać, że jej małżonek w trakcie tournee jest przede wszystkim muzykiem, frontmanem zespołu i jego terminarz siłą rzeczy określają próby dźwięku, spotkania z fanami, wywiady i wyczerpujące wieczorne występy. Czasu na bycie czułym mężem w tym koncertowym tyglu nie pozostawało zbyt wiele. Tymczasem rozchwiana emocjonalnie z powodu ciąży, dręczona frustracją wynikającą z niepowodzeń zawodowych i nieustannego bycia w cieniu męża, Jill wpadła w ramiona innego mężczyzny. Krótkotrwały romans z jednym z technicznych grupy stanowił niewątpliwie krzyk rozpaczy, niezbyt mądrą, ale jednak skuteczną próbę zwrócenia na siebie uwagi.

Czy pojawiła się wówczas groźba rozwodu? Jeśli nawet, to niewielka i krótkotrwała. Jill przyznała się do dramatycznego „skoku w bok”, Peter wiedząc, że nie jest bez winy postanowił jej wspaniałomyślnie wybaczyć, a chybotliwy związek miały przecież niedługo scementować narodziny dziecka. Udana muzycznie, ale przykra pod względem prywatnym, trasa „Selling England by the Pound” zakończyła się wiosną ’74. Peter i Jill rozpakowali wówczas koncertowe walizki już w nowym domu. Postanowili wynieść się z głośnego Londynu na wieś niedaleko Bath. To tam najbliższe lata miała spędzić powiększająca się rodzina Gabriel.

*

Na odpoczynek i wiejską sielankę nie było jednak najmniejszych szans. Peter rozpakował walizki, z którymi w pierwszej połowie roku podróżował po Stanach Zjednoczonych, ale tylko po to, by po kilku dniach spakować je na nowo. Genesis mieli dosłownie cztery miesiące na przygotowanie nowego albumu, terminy wydawnicze i koncertowe goniły nieubłaganie. Chcąc nie chcąc, cała ekipa musiała ostro zabrać się do roboty. Wysoka i co gorsze zagrożona ciąża Jill nie mogła wpłynąć na zmianę planów i zespołowych zobowiązań. Sytuacja z wiosny ’74 roku stanowiła jednak zaledwie zalążek prawdziwych problemów. Okazało się bowiem, że grupa, mając świadomość zbliżającej się premiery albumu, którego jeszcze nawet nie zdążyła zacząć pisać, postanowiła ku niezadowoleniu Gabriela, wyjechać za miasto w poszukiwaniu spokoju i weny twórczej. Peter całe lato miał spędzić w wiejskiej posiadłości Headley Grange, a będąca w zaawansowanej ciąży Jill w Londynie. Taki układ już na samym starcie zwiastował duże kłopoty.

Jakby tego było mało o bardzo poważną zagwozdkę dla Gabriela postarał się amerykański reżyser William Friedkin. Spijający właśnie śmietankę olbrzymiego sukcesu „Egzorcysty” coraz słynniejszy filmowiec, dziwnym zbiegiem okoliczności zapoznał się z albumem „Live” i urzekła go opowiastka Petera wydrukowana w książeczce dołączonej do płyty. Wiosną ’74 wybrał się na koncert Genesis w Los Angeles, a latem niespodziewanie zgłosił się do wokalisty z propozycją współpracy. Ten, mimo stanu zapalnego w życiu prywatnym i ogromu pracy muzycznej, jeszcze bardziej niespodziewanie… postanowił ją przyjąć. Film nadal zajmował ważne miejsce w jego sercu, dlatego mimo absolutnego braku wolnego czasu, potraktował ofertę Friedkina jako tę właściwą, z gatunku „nie do odrzucenia”. Tłumaczył po latach: Friedkin po przeczytaniu mojej historyjki zadzwonił do mnie ze słowami: „Lubię sposób w jaki myślisz”. Znajdował się wówczas na fali, jego „Egzorcysta” święcił duże sukcesy, więc jako reżyser na topie miał wolną rękę, mógł zrobić co tylko chciał. Sądził, że zrewolucjonizuje Hollywood wprowadzając ludzi, którzy wcześniej nie pracowali w tym biznesie. W tamtym czasie zbierał różnych artystów i próbował zjednoczyć, sięgnął między innymi po ludzi z Paryża, zatrudnił Tangerine Dream, a mnie chciał jako człowieka od pomysłów. Ekscytowała mnie możliwość wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, bardzo chciałem w tym uczestniczyć. Genesis nie podzielali jednak entuzjazmu swojego lidera i trudno powiedzieć jak sprawy potoczyłyby się, gdyby nie zmiana planów Friedkina, który chyba jednak porzucił pomysł „rewolucji w Hollywood”. Peter, mimo zdecydowanego sprzeciwu grupy, poleciał do Stanów na spotkanie z reżyserem i dopiero na miejscu dowiedział się, że współpraca miałaby być bardzo swobodna i niezobowiązująca. Reżyser dawał do zrozumienia, że ze wspólnego filmu raczej nic nie wyjdzie. Myślę, że natknął się na pewne problemy, co jest normalne – tłumaczył po latach Gabriel. – Często ludzie zaczynają mówić o dużych rewolucjach, po czym twarda rzeczywistość okazuje się nie do ruszenia. Wokalista nieco rozczarowany szybko wrócił do Anglii, gdzie w posiadłości Headley Grange powstawały już nowe piosenki, a w londyńskim szpitalu Jill przygotowywała się do porodu.

Zespół o dziwo znakomicie funkcjonował pod presją w tych trudnych, niepewnych okolicznościach. Posiadłość Headley Grange, własność muzyków Led Zeppelin, w przeszłości pełniła funkcję przytułku, a w latach siedemdziesiątych była zdewastowaną przez szalonych rockmanów ruderą – królestwem szczurów i wszelkiego robactwa. Grzecznym chłopcom z Genesis nie przeszkadzało to jednak w tworzeniu, a chyba wręcz przeciwnie, gdyż premierowe fragmenty muzyki powstawały szybko i w dużych ilościach. Po kilku tygodniach prób podjęto decyzję o wydaniu dwupłytowego albumu koncepcyjnego. Idea przypadła do gustu całej grupie (z wyjątkiem Steve’a Hacketta), a szczególnie Peter upatrywał w tym zabiegu możliwość nadania dziełu jednolitego charakteru. Twierdził: Po prostu czułem, że potrzebujemy historii. Wyszedłem z założenia, że tylko nadając muzyce wspólny cel, jakąś wiodącą ideę osiągniemy mocny efekt. Albumy koncepcyjne ciągle cieszyły się sporym zainteresowaniem i szacunkiem. O ile w kwestii wydania albumu koncepcyjnego osiągnięto porozumienie, o tyle dłuższy czas muzycy nie mogli ustalić, jaką historię opowiedzą i kto będzie odpowiedzialny za jej stworzenie. Wtedy oczywiście rozpoczęły się nasze zwyczajowe dyskusje na temat demokratycznego podejścia do pracy. Mnie towarzyszyło przekonanie, że to ja powinienem spróbować pokierować całą historią.

Rozpalona propozycją Friedkina filmowa wyobraźnia Gabriela znów dała o sobie znać. Sprawnie argumentujący wokalista niebawem przekonał, że to właśnie on powinien zająć się pisaniem tekstów i to tym razem na zasadzie monopolu. Nie minęło kilka dni, a w jego głowie pojawił się wstępny pomysł na ambitny koncept, który kilka miesięcy później określił fabularną i literacką zawartość albumu „The Lamb Lies Down On Broadway”. Prace ruszyły pełną parą. Kwartet instrumentalistów spokojnie pracował nad muzyką, a Gabriel w pocie czoła pisał teksty, od czasu do czasu starając się też dorzucić przysłowiowe „trzy grosze” również do „ogródka dźwiękowego”.

To w tym okresie pojawiła się bardzo poważna rysa, która za jakiś czas miała doprowadzić do odejścia Petera z Genesis. Wokalista w lipcu ’74 za sprawą żony i dziecka znalazł się jedną nogą w innym, bardziej realnym świecie. Świecie nieznanym i nierozumianym przez jego kompanów. Jeszcze wtedy musiał podjąć próbę sprawnego funkcjonowania w obu światach –realnym (rodzina) i odrealnionym (zespół), ale jak miała pokazać przyszłość, takie połączenie miało się udać po raz ostatni. Narodziny pierwszego dziecka rozpoczęły proces poważnych przemian zachodzących w wokaliście.

Już sam fakt pojawienia się potomka miał prawo przewartościować jego świat i życiowe priorytety, tymczasem okoliczności porodu jeszcze spotęgowały emocjonalny ładunek tego wydarzenia. Peter w krótkim czasie musiał poradzić sobie z wrażeniami podniesionymi do drugiej, a nawet trzeciej potęgi. Córeczka Anna nie zdążyła się jeszcze urodzić, a lekarze prowadzący ciążę ostrzegli, że dziecko może umrzeć. Gdy przyszła na świat po długim i trudnym porodzie[1], zamiast w ramiona mamy, trafiła na długie tygodnie do inkubatora. Nie można się więc dziwić, że Peter niemal nieustannie kursował między Headley Grange (później Walią[2]) a londyńskim szpitalem. Dla mnie cała ta sytuacja była dramatyczna – żalił się po latach. – Moja żona pamiętała, że przed porodem nie towarzyszyłem jej, bo pracowałem z zespołem. Zespół z kolei pamiętał, że wiecznie mnie nie było, bo wyjeżdżałem, aby wspierać żonę. A ja ciągle podróżowałem, spędzając w samochodzie na wyboistych drogach po kilka godzin dziennie.

Narodziny dziecka okazały się wydarzeniem bardzo trudnym, być może nawet traumatycznym. Dziewczynka przyszła na świat z pępowiną owiniętą wokół szyi, wodą w płucach, wykazując objawy zapalenia opon mózgowych. Porodowi towarzyszyły liczne komplikacje – wspominał Peter. – Jill dostała zastrzyki i zakażono ją igłą. Anna po urodzeniu przypominała jakąś zieloną grudkę, została zawinięta w folię niczym kości od kurczaka i przeniesiona do inkubatora. Przez pierwsze dni nawet Jill nie pozwolono zobaczyć dziecka. Podobno lekarze wychodzili z założenia, że lepiej aby nie zawiązała się więź emocjonalna, tak duże było ryzyko śmierci Anny. Anna, mimo fatalnego przyjścia na ten świat, okazała się silniejsza niż sądzili lekarze. Przetrwała najgorszy kryzys i niebawem zaczęła rozwijać się prawidłowo, jak zdrowe dziecko. Na to przełamanie trzeba było jednak poczekać kilka miesięcy – długich miesięcy niepewności tak dla Jill, jak i dla Petera, który choć w nowej dla siebie roli ojca spisywał się bardzo dzielnie, również potrzebował wsparcia.

Na wsparcie na pewno nie mógł liczyć ze strony zespołu. Genesismani w pocie czoła pisali muzykę budując kolejny album i nie zamierzali specjalnie wspierać Petera. Wręcz przeciwnie, zamiast wzajemnego zrozumienia, coraz częściej w zespole pojawiały się wzajemne pretensje. Grupa złościła się, że Gabriel nie poświęca pracy nad albumem wystarczającej ilości czasu i energii, wokalista z kolei miał żal o egoizm swoich kompanów, dla których nowy album był ważniejszy niż dobro jego rodziny. Gdy Anna walczyła o życie, my nagrywaliśmy akurat w Walii. Drogi były koszmarne, ale ja i tak przy każdej okazji wsiadałem w samochód i jechałem do Londynu. Grupa nie była zadowolona, że tak często wyjeżdżam. Niby wiedzieli, że sprawa jest poważna… ale tu w ogóle nie było o czym rozmawiać, skoro po jednej stronie szali znajdowało się życie mojego dziecka, a po drugiej płyta. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, co jest moim priorytetem. Niemniej jednak wszystko to sprawiało, że traciłem grunt pod nogami. Grunt być może tracił, ale równowagę zachował. Na ile mógł, dbał o rodzinę, a w „godzinach pracy” stworzył dzieło, koncept science – fiction, który zabił ćwieka sympatykom muzyki rockowej na całym świecie i do dnia dzisiejszego stanowi jedną z najbardziej fascynujących tajemnic w historii muzyki rockowej.

(…)

Odejście Gabriela z Genesis wisiało w powietrzu już od dłuższego czasu. Od początku prac nad „Barankiem” niemal każde kolejne wydarzenie tak artystyczne, jak i prywatne, tylko przybliżało moment rozejścia z zespołem. Peter znalazł się na wylocie w momencie, gdy Jill zaszła w ciążę, a jego kompani nie chcieli podporządkować planów muzycznych nowej sytuacji. Po raz pierwszy stwierdził, że opuszcza grupę na samym starcie prac nad „The Lamb”, gdy dostał filmową propozycję od Friedkina, a genesismani stwierdzili, że nie ma możliwości zawieszenia operacji pod tytułem „nowa płyta”. To wtedy wokalista po raz pierwszy poczuł się niczym uwięziony w klatce. Klatce którą sam zbudował. Rockowa maszyna o nazwie Genesis zawłaszczyła go do tego stopnia, że nie mógł doglądać brzemiennej żony, ani podjąć nowych artystycznych wyzwań. Wówczas do rozstania nie doszło i dobrze, bo łatwo byłoby oskarżyć Petera o najzwyklejsze w świecie porzucenie pracy, obowiązków i bądź co bądź przyjaciół, bez których nie osiągnąłby sukcesu. Co się jednak odwlecze… to nie uciecze, ale już w rozsądniejszej formie.

Wokalista dał z siebie absolutnie wszystko w okresie powstawania „The Lamb”. Jakimś cudem pogodził twórczą mordęgę z towarzyszeniem żonie w ostatnich miesiącach ciąży. Jesienią ’74 wyruszył w olbrzymie światowe tournee, po raz ostatni pełniąc funkcję frontmana Genesis. Wiedział jednak, że dotarł do skraju przepaści, do symbolicznej ściany i że w kierunku, w którym konsekwentnie podążał od sześciu lat, nie może już postawić nawet jednego kroku. Niepokorny, artystyczny charakter Gabriela wziął tu górę nad aspektami biznesowymi i karierą. Genesis po „The Lamb” stał się wreszcie dużym zespołem, znanym, lub chociaż kojarzonym niemal na całym świecie. Wielka sława i duże pieniądze pokazały się na horyzoncie, w bardzo nieodległej perspektywie. Peter nie rozumował jednak w ten sposób, dla niego poczucie zniewolenia i wypalenia, ale też silna potrzeba odmiany okazały się istotniejsze. Wsłuchał się w potrzeby serca i ducha, nie portfela.

Mimo wrodzonej skrytości tym razem nie trzymał swojej decyzji zbyt długo w tajemnicy. Zespół dowiedział się, że niebawem straci swojego lidera w grudniu ’74, mniej więcej w połowie trasy. Poszedłem do Tony’ego Smitha[3] i powiedziałem mu, że odchodzę – wspominał tamte trudne rozmowy. – Próbował mnie przekonywać, żebym poczekał jeszcze jakiś czas. Ja jednak stanowczo stwierdziłem, że to koniec. Reszta grupy dowiedziała się kilka dni później, gdy byliśmy w Kanadzie. Wiadomość, choć przykra dla zespołu, nie przełożyła się na jakość koncertów. Trasa promująca „The Lamb” doczekała szczęśliwego finału w maju 1975 roku. To były niewątpliwie najbardziej spektakularne koncerty w historii Genesis. Zespół po raz pierwszy dysponował wówczas ekranami i rzutnikiem, dzięki czemu muzyka doczekała wizualizacji w postaci pokazu slajdów. Peter grał oczywiście Raela, co nie wymagało specjalnej pomysłowości, gdyż kostium bohatera „The Lamb” to po prostu typowy dżinsowo – skórzany strój (dżinsowe spodnie i skórzana kurtka). Tylko twarz wokalisty wymagała specjalnej charakteryzacji, bo aby przypominała Portorykańczyka trzeba było nanieść na nią sporo ciemnych kolorów. Mimo wszystko sympatycy bardziej wyszukanych strojów też otrzymali smakowite kąski. W utworze „The Lamia” pojawiał się efekt „wirującego roju”, jaki Peter osiągał wkładając na siebie kostium w kształcie stożkowatego namiotu, a rzucane nań światło z reflektorów „uruchamiało” intrygujące grafiki zdobiące „namiot”. Interesujący okazał się też kostium Slippermana, przywdziewany pod koniec spektaklu. Groteskowa morda, olbrzymie genitalia i dziwaczne wybrzuszenia miały prawo zarówno bawić jak i niepokoić co bardziej wrażliwych widzów[4].

Ostatnie występy miały miejsce we Francji. Gabriel mocno przeżywał rozstanie z Genesis, ale na nic zdały się przekonywania kolegów, aby został. Podczas tamtych koncertów miałem ściśnięte gardło – przyznawał się do wzruszenia. – Czułem, że kończy się pewien etap w moim życiu. Nie miał jednak żadnych wątpliwości – musiał odejść i nic nie mógł wskórać Tony Banks, który kilkukrotnie starał się wpłynąć na zmianę decyzji przyjaciela. Muzyczny świat dowiedział się o odejściu Petera jesienią ’75 i wówczas większość dziennikarzy przewidywało koniec Genesis. W ogólnej opinii to Gabriel trzymał wszystkie zespołowe asy we własnym rękawie. Niebawem miało okazać się, że to jednak grupa szybciej się odrodzi i znajdzie nowy artystyczny język. Miejsce przy mikrofonie zajął Phil Collins.

Peter nie zamierzał się z nikim ścigać. Gdy jego koledzy na początku 1976 roku wydawali album „A Trick of the Tail”, który miał stanowić dowód, że szyld poradzi sobie bez byłego lidera, on odpoczywał dopiero zastanawiając się nad kształtem dalszej działalności. A miał nad czym się głowić, gdyż targały nim różne wątpliwości. Już w pożegnalnym liście napisanym do mediów po opuszczeniu Genesis pisał dosyć chaotycznie, z typową dla siebie niejasnością. Skupił się na dementowaniu i wymienianiu rzeczy, których nie chce robić. Sprecyzowanych planów na przyszłość nie miał. Doskonale jednak wiedział o czym myślą ludzie i próbował ucinać wszelkie spekulacje zapewnieniami: Poniższe zgadywanki nie mają nic wspólnego z rzeczywistością – Gabriel odszedł z Genesis aby: 1. Zająć się pracą w teatrze, 2. Zarobić więcej pieniędzy na karierze solowej, 3. Zostać kimś takim jak Bowie, 4. Zostać kimś takim jak Ferry, 5. Zawiązać sobie futrzane boa i powiesić się na nim, 6. Iść do przytułku na państwowy wikt, 7. Popaść w starczą sklerozę i chodzić o lasce. Z tej żartobliwej wyliczanki na dłuższą metę niewiele wynikało, może oprócz tego, że Gabriel nie zatracił poczucia humoru i że uwolnił się z biznesowego zakleszczenia. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma zamiar urodzić się na nowo.

 

[1] 26 lipca.

[2] Zespół pod koniec prac nad „ The Lamb” (miks materiału) wyjechał do walijskiego studia.

[3] Nie mylić z Tonym Strattonem Smithem szefem Charismy. Tony Smith to menadżer, który w 1973 roku zajął się sprawami Genesis, odciążając z wielu zadań organizacyjno – finansowych Strata. Ten był przecież szefem wydawnictwa i nie mógł opiekować się tylko jednym zespołem.

[4] Niepokoiły też Phila Collinsa, który złościł się, że kostiumy są już tak wymyślne i tak nieporęczne, że Peter ma problemy ze śpiewaniem i trzymaniem mikrofonu. Miał sporo racji.