Wpisy

Niezależność – nowy kryminał!

Sporo ostatnio piszę o muzyce (a będę pisał jeszcze więcej, bo zbliża się okres obfitujący w ciekawe premiery, wydarzenia i rocznice) i o mojej nowej powieści, która dopiero jest na etapie konspektu, ale nie zapominam też o prozie kryminalnej. Kolejna powieść z dziennikarzem Marcinem Faronem jest już napisana i tylko czeka na proces redakcyjno-wydawniczy. Jej tytuł „Niezależność” – choć przede wszystkim nawiązuje do historii opowiedzianej w książce – okazał się również dla mnie, jako autora, proroczy.

Odkąd zacząłem pisać starałem się przestrzegać pewnych niepisanych reguł rynkowych i wydawniczych, ale mimo to nie traciłem z oczu własnych pragnień literackich i nigdy nie chciałem trzymać się szablonów. Wolałem ryzykować, robić pewne rzeczy wedle własnej oryginalnej wizji, próbując tym samym uzyskać nieoczywisty efekt i zapracować na pewną odmienność i charakterystyczność stylu. Proces ten, oprócz tego, że wynika ze szczerej potrzeby, ma mnie również prowadzić w stronę „pisarstwa”, a oddalać od klatki „autora książek”. Wiąże się to z ryzykiem odrzucenia, poniesienia porażki artystycznej i komercyjnej, ale przecież wiedziałem do jakiej rzeki wchodzę. Można przez całe życie grać ostrożnie i moczyć nogi w brodziku, ale można też rzucić się na głęboką wodę, zmierzyć z porywczym nurtem i wielką falą. Pisarstwo to zachłanna i bezkompromisowa bestia i przynajmniej z mojej perspektywy niewiele ma wspólnego z uśmiechaniem się do obiektywów, pozowaniem na ściankach i wymądrzaniem w telewizjach śniadaniowych.

Kilkanaście miesięcy temu zdałem sobie sprawę przed jakim wyborem stoję, próbując zachować rozsądny kompromis między życiem w zgodzie z obecnymi prawami rynku i oczekiwaniami wydawców (które z roku na rok coraz mniej mi się podobają i coraz mocniej uwierają), a pielęgnowaniem własnego rozwoju artystycznego. Tak naprawdę nie brałem pod uwagę innej drogi niż tę na którą właśnie wszedłem. Po raz pierwszy odwróciłem się plecami do oczekiwań rynkowych i postawiłem na niezależność. Nie chciałem zwiększać tempa pracy, wiedząc że obniży to jakość moich książek i uszczupli ich warstwę fabularną i spłyci językową. Nie chciałem też rezygnować z pewnych pomysłów konstrukcyjnych, które moim zdaniem są ciekawe i oryginalne, i sprawiają że w coraz bogatszym repertuarze kryminałów moje książki odróżniają się od innych propozycji. W efekcie zamiast dwóch prostych kryminałów, napisałem jeden trudny.

„Niezależność” to kryminał political-fiction, poruszający kilka ważnych dla mnie (i myślę, że nie tylko dla mnie) kwestii – niezależności mediów, niezależności artystów, relacji na linii rząd-ludzie świata kultury, wolności wypowiedzi, odpowiedzialności za własne słowa i ceny prawdy. To nie jest kryminał w którym trup ściele się gęsto. To nie jest kryminał w którym na dziesiątej stronie pojawią się zwłoki w lesie i zmęczony życiem komisarz policji. To nie jest kryminał w którym zadziałają liczne szablony i wzorce rozwiązań. To powieść kryminalna, która oprócz historii szokującej zbrodni i trudnego dochodzenia do prawdy, będzie również zdjęciem dzisiejszej Polski. Fotografią na której zobaczymy wielkie zbliżenie przecięcia się światów polityki, kultury i mediów – trzech wielkich wojowników stłoczonych na jednym ringu, splecionych w niekończącym się zapaśniczym zwarciu. Temat trudny, momentami irytujący i bolesny, ale ważny i jak się przekonałem mimo wszystko wdzięczny, jako szerokie, aktywne i bardzo sugestywne tło dla intrygi kryminalnej.

Jestem w trakcie „…nastego” czytania całości i ostatecznych szlifów. Całość przyjęła już takie kształty, jakie chciałem uzyskać i lada dzień wysyłam tekst do redakcji. Nie chcąc popełnić błędów w końcowym, niezwykle istotnym etapie powstawania książki, nie będę się z niczym spieszył. Niezależność twórcza to jedno, ale bez uczciwej skrupulatnej redakcji i zimnego spojrzenia drugiej, obiektywnej pary oczu obejść się nie może. Po raz pierwszy spróbuję też zrealizować własną wizję graficzną, która ozdobi okładkę i celnie odniesie się do historii i jej klimatu. Poprosiłem o pomoc bardzo zdolnego grafika, który mój pomysł „zmaterializuje” w postaci mam nadzieję błyskotliwego obrazu (nazwisko grafika na razie utrzymam w tajemnicy). Celuję z premierą na początek przyszłego roku. To nie będzie łatwa książka, ale jestem przekonany, że warto się będzie z nią zmierzyć. Niezależność jest bardzo ważna. Podobnie jak prawda, której ceną czasami jest śmierć.

RIVERSIDE – „Wasteland” (recenzja)

Za kilka dni na półkach sklepów muzycznych pojawi się długo oczekiwane wydawnictwo, siódmy album Riverside – jednego z najważniejszych w Europie zespołów post-progresywnych. „Wasteland” to zupełnie nowe rozdanie, prawdopodobnie początek nowej trylogii, a na pewno najważniejsza i najtrudniejsza próba zmierzenia się z brakiem Piotra Grudzińskiego, gitarzysty, który zmarł niespodziewanie przeszło dwa i pół roku temu. Żeby spojrzeć na ten nowy album z odpowiednio szerokim kontekstem, musimy raz jeszcze wrócić do wydarzeń sprzed trzech lat.

Jesień 2015 roku. Po blisko piętnastu latach istnienia i wydaniu szóstej, najlepiej przyjętej płyty, jaką była wówczas „Love, Fear and the Time Machine”, Riverside teoretycznie miał prawo do zaznania pewnego komfortu. Dojrzałość, pomysłowość i konsekwencja zaowocowały bowiem sukcesem artystycznym i komercyjnym, a także wyraźnym wzrostem zainteresowania ze strony różnorodnej publiki, zarówno polskiej jak i zagranicznej. Było to zwieńczenie długiej, wyboistej drogi do sukcesu, ale satysfakcja nie trwała długo i wspomnianego wyżej komfortu zespół nie zdążył zaznać. Reszta jest historią, którą wszyscy znają i o której nie da się zapomnieć. Pod koniec lutego 2016 roku na „chwilę” przed czterdziestymi pierwszymi urodzinami i dużą trasą koncertową, która miała jeszcze umocnić pozycję Riverside, umiera gitarzysta Piotr Grudziński. Niedawne sukcesy przykrył długi i posępny cień rozpaczy, a rok 2016 zamiast ambitnego światowego tournee określiła żałoba.

Koncerty odwołano, a zespół już w składzie trzyosobowym musiał odpowiedzieć sobie i fanom na pytanie, czy po tej stracie jest jeszcze dla Riverside jakieś „jutro”. Nie brakowało wątpliwości. Wyrwa po śmierci Grudnia, zarówno emocjonalna jak i muzyczna, była olbrzymia, a jego wkład w wyjątkowy charakter muzyki zespołu był trudny do przecenienia. Należało podjąć decyzję, czy i w jaki sposób uda się odbudować zespół. Losy Riverside ważyły się przez kilka miesięcy. Również dzięki wielkiemu wsparciu tysięcy fanów z całego świata, grupa postanowiła ostatecznie podjąć tę rękawicę rzuconą przez los. Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki i Michał Łapaj wznowili działalność Riverside w 2017 roku jako trio, a wolne miejsce gitarzysty na trasie koncertowej zajął Maciej Meller. Trio plus Meller zdało egzamin koncertowy. Zespół w takim składzie doskonale poradził sobie z graniem starego materiału. Drugim równie ważnym egzaminem miał być nowy album. Odpowiedzialnością za nową muzykę Duda, Kozieradzki i Łapaj nie chcieli się z nikim dzielić. To był ich egzamin, postanowili podejść do niego we trzech, nie wprowadzając w szeregi stałego zastępcy/następcy Grudnia. Partiami gitar miał zająć się przede wszystkim lider i główny kompozytor Mariusz Duda i tylko w kilku miejscach oddać pole zaproszonym w rolach gości Maciejowi Mellerowi i Mateuszowi Owczarkowi. Praca nad nowym materiałem miała przebiegać pod hasłem: zostało nas trzech, więc we trzech musimy dać radę!

Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale trauma jaką dla Mariusza, Mittloffa i Michała była śmierć kompana, mogła albo zakończyć historię Riverside, albo wprost przeciwnie, zahartować grupę i stać się paliwem do nagrania bardzo dobrego albumu. Muzyka jest przecież „materią” twórczą niezwykle emocjonalną i stworzoną wręcz do przekazywania tych stanów, których przekazać słowem, albo konkretnym obrazem się nie da. I tak w głowie Mariusza Dudy ostatecznych kształtów zaczął nabierać pomysł na album w klimacie post-apokaliptycznym, dosyć uniwersalnym, ale nie oszukujmy się – mocno również nawiązującym do „końca świata”, jakim dla środowiska riversajdowego była śmierć Piotra.

Genezę powstania pokrótce mamy przypomnianą, przejdźmy więc do meritum czyli gotowego już dzieła, siódmej studyjnej, pełnowymiarowej płyty Riverside pod tytułem „Wasteland”. Płyty niełatwej, nie wchodzącej tak płynnie i łagodnie jak poprzedniczka („Love, Fear and the Time Machine”), płyty jakby szorstkiej, na pewno bardzo mrocznej, ciężkiej zarówno tematycznie jak i muzycznie, momentami brudniej i zadziornej, momentami bardzo wzruszającej, powoli ukazującej swoje liczne atuty. Ale przede wszystkim płyty niosącej bodaj największy ładunek emocjonalny w dotychczasowym dorobku Riverside.

Pod względem formalnym i konstrukcyjnym zespół w dużym stopniu kontynuuje swoją drogę ewolucyjną, proponując dziewięć utworów, z których żaden nie przekracza dziesięciu minut. Co nie znaczy, że na albumie brakuje złożonych, rozbudowanych kompozycji. Riverside już na poprzednim albumie udowodnił, że potrafi tak skompresować pomysły, by stworzyć intensywny i różnorodny pięcio-sześciominutowy utwór i nie rozciągać kompozycji do ram kilkunastominutowej suity. Świetnym przykładem jest znany już „Vale of Tears”, ale tego typu utworem jest też drugi na albumie „Acid Rain”. Pierwsze trzy minuty tego numeru to ciężkie, mroczne granie, oparte na zaskakująco zadziornym metalowym riffie i posępnych akordach klawiszowych, nad którymi góruje monumentalny, nieco gotycki wokal Dudy. Po trzech minutach aranżacja łagodnieje, pojawiają się ładne, śpiewne zagrywki gitar, Łapaj sięga po lżejszą paletę barw, a chwytliwe wokalizy Dudy (powinny świetnie się sprawdzać na koncertach) sprawiają, że końcówka kompozycji staje się niemalże optymistyczna. Ta nutka optymizmu, lekkości i przestrzeni to jednak wyjątek na płycie. W większości utworów dynamicznych mamy do czynienia z bardzo ciasnym, gęstym i surowym brzmieniem, a odpowiadający zwykle za przestrzeń Łapaj jeszcze zagęszcza kompozycje, używając brzmień niskich, ciemnych i serwując partie nie kontrastujące, a częściej uzupełniające się z gitarami. Taki jest pomysł na brzmienie tego albumu i zespół konsekwentnie się go trzyma. Jeśli muzyka ma opowiadać o świecie post-apokaliptycznym, to o dźwiękowej przestrzeni i pastelowych melodiach z „Love, Fear and the Time Machine” mowy być nie mogło.

Najmocniejszymi punktami płyty są moim zdaniem dwa „długasy”. Tytułowy, ponad ośmiominutowy „Wasteland” to jedyny utwór na płycie skonstruowały w ramach typowej dla stylu Riverside mini-suity. Folkowy początek oparty na energicznym motywie serwowanym przez gitarę akustyczną nie zwiastuje burzy, która rozpęta się w czwartej minucie. Dostojny wokal Dudy i przyjemne wtręty serwowane przez Łapaja na fortepianie mają przywodzić na myśl słowiańską tradycję konstruowania ballad, ale ciepło na sercu może też zrobić się fanom Jethro Tull. Pod koniec trzeciej minuty tę folkową baśń rozbija dynamiczne wejście perkusji Mittloffa i artrockowy połamany motyw, który płynnie przeprowadzi zespół do drugiej części utworu. Mocny gitarowy riff momentalnie przenosi zespół w rejony metalowe i przez następną minutę „Wasteland” w dynamicznej części instrumentalnej balansował będzie właśnie między artrockiem a metalem. Sielankowo folkowy klimat wróci jeszcze w piątej i szóstej minucie, ale utwór mimo to nie traci już nic ze swojego dramatyzmu. Choć Duda proponuje łagodną, niemalże „kobiecą” wokalizę, a gitara w miejsce riffów eksponuje melodie, między dźwiękami unosi się niepokój. W siódmej minucie następuje ostateczny cios. Jeszcze ostrzej wyeksponowany masywny metalowy riff, mocne, bezpardonowe uderzenie Kozieradzkiego i świdrujące dźwięki klawiatur Łapaja wyciskają największe i ostatnie już pokłady ciężaru i dynamiki drzemiące w „Wasteland”.

Jeśli o „Wasteland” z pewnym przymrużeniem oka można powiedzieć, że to nowy, dojrzalszy i skompresowany „Dance With the Shadow”, tak dla drugiej wyróżnionej przeze mnie kompozycji nie potrafię znaleźć odpowiednika w dyskografii Riverside. I uważam to za atut, bo moim zdaniem zespół przygotowując taki utwór jak „Struggle for Survival” wchodzi na nowe dla siebie tereny grania instrumentalnego. Nie ma on wiele wspólnego z serią „Reality Dream”, a kompletnie nic wspólnego z utworami ambientowymi. Jeśli „Reality Dream” więcej czerpała ze stylistyki progmetalowej, tak „Struggle for Survival” to brudne, bardziej gitarowe, surowe granie, którego korzeni szukałbym raczej w „alternatywie” lub progresji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Raz to bujające, raz rażące mocą riffy serwowane przez Dudę, odrobinę frippowska partia gitary Mellera, dojrzale i mocno punktujący Kozieradzki i jak zwykle różnorodne partie Łapaja tworzą koktajl dźwiękowy niczym bardzo intensywny, silnie absorbujący soundtrack. Takiego Riverside jeszcze nie słyszałem i zdecydowanie chciałbym, żeby ten pomysł na konstrukcję i brzmienie utworów instrumentalnych był przez zespół kontynuowany.

Przypuszczam, że wielu fanów pozyska sobie piąty na płycie „Lament”, do którego lada chwila zobaczymy teledysk. Formalnie zespół prochu tu nie wynajduje, ale dobra piosenka, z wpadającą w ucho i łapiącą za serce niebanalną melodią zawsze jest na wagę złota. „Lament” to ze smakiem skonstruowana ballada rockowa z bardzo mocnym, monumentalnym refrenem, który zapewne pięknie będzie niosło w salach koncertowych. Zadziorne frazy gitar i dudniącą perkusję ładnie uzupełnia tu szlachetne brzmienie skrzypiec z ręki Michała Jelonka. Z resztą jego krótka ale przejmująca partia solowa wieńczy to dzieło.

Szlachetnie i przejmująco brzmią też wszystkie trzy ballady. Fani ceniący Riverside głównie za piosenki w stylu „In Two Minds”, „Acronym Love”, czy „Time Travellers” powinni być zadowoleni. Co prawda mamy tu zaskakującą nowinkę wokalną, bo Duda właśnie w pierwszej balladzie „Guardian Angel” eksperymentuje z niskim śpiewem w stylu Nicka Cave’a, ale efekt jest taki, jakby te niskie rejestry były dla niego chlebem powszednim. To ładna piosenka z zapadającym w pamięć powtarzającym się akustycznym motywem. Druga ballada „River Down Below” to już piosenka nieco bardziej złożona. Zaczyna ją intymny, niemalże kołysankowy fragment, w którym słyszymy tylko proste zagrywki gitary akustycznej i głos Dudy, ale w drugiej minucie kompozycja zmienia nieco charakter. Wyłania się wiodąca melodia, wchodzi perkusja, a w tle słychać przyjemnie łkającą gitarę. Wisienką na torcie jest tu naprawdę ładne, subtelne i inteligentnie dopasowane solo Mellera.

Najmocniejszy cios emocjonalny czeka na słuchacza na końcu płyty. Zaryzykuję tezę, że ballada „The Night Before” to najmocniej chwytający za serce utwór w całym dorobku zespołu. Szczere, surowe, naładowane żywymi emocjami proste akordy fortepianowe serwowane przez Łapaja i przejmujący ciepły głos Dudy, to składowe tej w gruncie rzeczy prostej, ale równocześnie niezwykle mocnej i sugestywnej kompozycji. Z wiadomych powodów właśnie takie Riverside chciałem teraz usłyszeć. Proste, surowe i piekielnie szczere. Piękniej ten album nie mógł się skończyć. Tak, ballada fortepianowa też może być wielkim finałem albumu.

„Wasteland” to płyta wyjątkowa. Jest obciążona traumą tragicznych wydarzeń nieodległej przeszłości, została nagrana przez zespół, który poniósł niezwykle bolesną stratę personalną i z jednej strony miała być egzaminem, a z drugiej dowodem, że Riverside bez Grudnia może pójść do przodu. Z wielką ulgą odebrałem te dziewięć nowych kompozycji, pięćdziesiąt minut premierowej muzyki na bardzo wysokim poziomie zarówno artystycznym jak i emocjonalnym. „Wasteland” to nieco inny Riverside. Riverside, który nie próbuje udawać, że jest tym samym zespołem. Na ten moment jest to zespół po przejściach, zespół „z blizną”, proponujący muzykę brudniejszą, zadziorniejszą, agresywniejszą, surowszą i ciasną od dźwięków. Zniknęła przestrzeń i melodyka „Love, Fear and the Time Machine”, wrócił mrok charakterystyczny dla „Second Life Syndrome” i pewna surowość również przywodząca na myśl pierwsze albumy grupy. A Mariusz Duda jako tekściarz mierzący się z tematem śmierci, wędrówki dusz, życia po życiu – w co może trudno uwierzyć, bo tematy te poruszał już kilkukrotnie – nigdy nie był aż tak wiarygodny.

Ostatnim egzaminem dla zespołu będzie jesienna trasa, która odpowie na pytanie, jak ten nowy materiał zabrzmi na żywo. Ale o to akurat jestem już całkiem spokojny. Podobno cały materiał znajdzie się w jesiennym secie, a ja stawiam, że kilka premierowych kompozycji z marszu stanie się jego bardzo mocnymi punktami. Parafrazując tytuł mojego ulubionego utworu z „Wasteland” – riversajdzi powalczyli o przetrwanie. I przetrwali.

Pierwsza trasa pożegnalna z europejską sztuką

Mimo wakacji nie próżnuję, a i tak jest to dopiero wstęp do pracowitej i intensywnej jesieni. Choć w szufladzie czeka już gotowy kryminał, nie tracę czasu i zabieram się do pracy nad nową powieścią, która przeniesie mnie w inne rejony literackie i tematyczne.

Od dawna noszę się z zamiarem wyjścia poza prozę gatunkową, a teraz gdy coraz odważniej w mojej wyobraźni rodzi się historia niemieszcząca się w ramach kryminału, czuję w sobie gotowość, aby spróbować czegoś nowego. Nie ukrywam, że dla mnie temat zawsze był ważniejszy od gatunku i to za tematem zawsze podążałem pisząc kolejne książki. Najbliższy rok poświęcę w większości pracy nad powieścią o śmierci kultury, a ściśle mówiąc o świecie nowoczesnej Europy, w której kultura będzie zakazana, a uprawianie jakiejkolwiek twórczości surowo karane (wizja mam nadzieję nie prorocza, wywiedziona z lęku o kulturę). Aby przygotować się do tej pracy zrobiłem niewielką trasę europejską skupioną na muzeach, wystawach i domach malarzy. Chcąc poczuć klimat i jeszcze bardziej zbliżyć się do świata sztuki odwiedziłem tym razem Den Bosch, gdzie podziwiałem obrazy Hieronima Boscha, Amsterdam i Antwerpię, gdzie miałem przyjemność zwiedzić domy odpowiednio Rembrandta i Rubensa, oraz Paryż, gdzie wstąpiłem do muzeum Pabla Picasso. Nie ukrywam, ze udało mi się połączyć pożyteczne z przyjemnym, bo oprócz kilku gigabajtów ciekawych materiałów i wielu przydatnych informacji i wrażeń wyniesionych z tych miejsc, czerpałem z tej trasy również wielką przyjemność. I w dużym stopniu o tę przyjemność właśnie chodziło. Łatwiej mi będzie wyobrazić sobie teraz świat bez tej przyjemności, jaką daje obcowanie ze sztuką. Łatwiej też będzie zlokalizować i określić emocje z tym związane.

20180807_123936 20180807_125230 20180809_19042020180809_153623 20180809_153744 20180807_164758 20180808_150014

 

Plany na przyszłość pokrótce opisałem, teraz zaległości. Kryminał pod tytułem „Niezależność”, naturalny następca „Przypadku”, jest już napisany. Postaram się, aby ukazał się na początku przyszłego roku. Nie śpieszyłem się przy pracy nad tą książką. Miałem świadomość, że rodzi się w mojej wyobraźni historia nieszablonowa i że stawiając na tempo kosztem jakości mogę ten kryminał zepsuć. W tej chwili myślę o tej obsuwie bez wyrzutów sumienia. Jestem pewny, że te kilka miesięcy nieprzewidzianych oryginalnie w planie pracy zaowocowało tym, że „Niezależność” mimo bardzo rozbudowanej fabuły spięła się w intrygującą, niebanalną całość. I pod względem tematycznym w pewnym sensie jest wprowadzeniem do pracy nad kolejną powieścią, bo jej akcja toczy się na przecięciu światów polityki, mediów i kultury właśnie.

Choć rozpoczynam teraz nowy rozdział literacki wchodząc na ścieżkę prozy pozagatunkowej, nie zamierzam rezygnować z pisania kryminałów. Mam już pomysły na intrygi w które świetnie wpisuje się Marcin Faron. Będą one musiały poczekać trochę na swoją kolej, ale najważniejsze, że już są i znając naturę pomysłów literackich, jeśli są dobre, będą się dobijać i przepychać w kolejce do realizacji.

Nowa powieść gotowa!

W miniony weekend postawiłem ostatnią kropkę nowej powieści! Trzynaście miesięcy zajęło mi wymyślenie historii i napisanie kryminału pod tytułem „Niezależność”. Nie był to łatwy proces, ale lubię trudności, bo dopiero gdy je przełamuję mam poczucie, że powstaje coś wartościowego. O czym jest nowa powieść? Marcin Faron – co zasugerowałem w epilogu „Przypadku” – wraca do pracy w mediach, ale za biurkiem nie posiedzi za długo, bo szybko z budynku redakcji pisma „Raport” wyrwą go nowe wyzwania i dramatyczne wydarzenia. Kręgosłupem powieści jest oczywiście intryga kryminalna, ale nie byłbym sobą, gdybym nie obudował go żywą tkanką dramatu obyczajowego i elementami political fiction. Skrywająca mroczną tajemnicę aktorka Weronika Linetty podzieli się swoimi rozterkami w obszernym i bardzo szczerym wywiadzie-rzece. Perspektywa jego opublikowania niepokoi wielu ludzi. Ministerstwo kultury musi zmierzyć się z Buntem Artystów Polskich, którzy głośno protestują przeciwko niszczącym środowisko artystyczne decyzjom ministra. Marcin Faron rozegra trudną batalię o prawdę i niezależność, zmagając się między innymi z próbującym zwerbować go do agencji medialnej Continuitas Piotrem Lenartem – szarą eminencją świata polskiej kultury i mediów. To tylko kilka wątków z tej rozbudowanej i różnorodnej intrygi, którą tym razem utkałem.

Tytuł jest tu nieprzypadkowy, bo „Niezależność” to kryminalno-społeczna opowieść właśnie o szeroko i różnorodnie rozumianej niezależności. Niezależności mediów, niezależności kultury, niezależności osobistej i zawodowej. Nigdy nie interesowało mnie samo literackie mordowanie. Odkąd zacząłem pisać powieści kryminalne zawsze chciałem, żeby obok historii o zbrodni i poszukiwaniu zabójcy przedstawić jakiś ciekawy kawałek rzeczywistości; aktualny problem, który nas w mniejszym lub większym stopniu dotyczy tu i teraz – w Polsce początku XXI wieku. W „Niezależności” tę „społeczną” sferę opowieści poświęciłem kulturze i jej przecięciu ze światem polityki. O kulturze pisałem już troszeczkę w „Plagiacie”. Tutaj wracam do tego tematu odważniej i z nieco innej perspektywy. Konflikt na linii ministerstwo kultury – artyści to fundament mojej opowieści po części zaczerpnięty z rzeczywistości. Reszta jest już stuprocentową fikcją. Staram się ją na każdym kroku maksymalnie uwiarygadniać, bo lubię, gdy opowieść sprawia wrażenie prawdziwej, by płynęła obok znanej nam codzienności tak blisko jak się tylko da. Nie ma bowiem dla mnie piękniejszych i bardziej chwytających za serce historii niż te, które choć nigdy się nie wydarzyły, są tak rzeczywiste, że bezdyskusyjnie mogłyby się wydarzyć. „Niezależność” to opowieść o walce o prawo do głoszenia prawdy, jakakolwiek by ona nie była. I jak to w kryminale, niektórzy za prawdę dotyczącą swojego życia będą musieli to życie oddać.

Praca nad tą powieścią trwała dłużej niż planowałem, ale czasem tak jest, że trzeba wybrać między szybko a dobrze. Stając przed takim dylematem zawsze wybieram to drugie, bo jakość jest najważniejsza. Podobnie jak „Plagiat” pisałem tę powieść dwukrotnie. Pierwszą wersję testową, by sprawdzić mielizny i wybrać najlepsze rozwiązania, a później już właściwą, którą szlifowałem i dopieszczałem od marca. Po ponad roku pracy wreszcie jest tak, jak pragnąłem by było.

Chciałbym, żeby „Niezależność” ukazała się w listopadzie. Po pierwsze dlatego, że to odpowiedni dystans od marcowej premiery „Przypadku”, a po drugie dlatego, że przełomowe wydarzenia nowej powieści wypadają właśnie w listopadzie. Sympatycznie by się zgrało. Czy tak się stanie, przekonamy się niebawem. Na razie stawiam ostatnią kropkę i łapię trochę oddechu. Trzeba odpocząć i zebrać siły do kolejnych wyzwań. Dwa fajne pomysły czekają na opracowanie. Jeden kryminalny, w sam raz dla Marcina Farona. Drugi zupełnie z innej beczki, który otworzy mi możliwość napisania powieści nie należącej do żadnego znanego gatunku. Ale o tym wszystkim za jakiś czas.

Premiera nieprzypadkowego kryminału!

No to jest! Moja trzecia powieść, kryminał „Przypadek” trafiła do sprzedaży. We wszystkich możliwych wersjach, począwszy od tradycyjnej, papierowej książki, przez wersję cyfrową na czytniki (mobi) aż po audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Do wyboru do koloru, co kto lubi :) poniżej kilka linków. Można tu, można też próbować gdzie indziej :)

https://www.ceneo.pl/59266717

audibook: https://www.storytel.pl/books/148383-Przypadek

http://www.empik.com/przypadek-nowakowski-maurycy,p1183232857,ksiazka-p

https://www.swiatksiazki.pl/przypadek-6372504-ksiazka.html

przypadek

„Przypadek” na ostatniej prostej

Moja trzecia powieść – „Przypadek” – przeszła właśnie proces redakcji. Teraz jeszcze korekta, a później już tylko skład, projekt okładki, druk, druk, druk i oby jeszcze trochę dodruku. Premiera wstępnie planowana jest na luty przyszłego roku nakładem wydawnictwa Filia Mroczna Strona. Nie lubię się powtarzać, więc „Przypadek” nieprzypadkowo nie jest plagiatem „Plagiatu”. Miałem trochę czasu, by nabrać dystansu i na chłodno ocenić, co w „Plagiacie” ładnie zagrało, a co zafałszowało. Postarałem się więc wyeliminować słabsze elementy, a kontynuować i rozwinąć to, co stanowiło o jakości poprzedniej powieści. „Przypadek” jest kryminałem dynamiczniejszym i pod względem tematycznym bardziej zwartym i konkretniejszym, chociaż tło znowu jest mocno rozbudowane. Marcin Faron tym razem spróbuje szczęścia jako pracownik działu public relations korporacji farmaceutycznej – co już samo w sobie będzie wyzwaniem – a kosa śmierci zatoczy kręgi nad głowami jego najbliższych współpracowników. Będzie trochę o brudach świata medycznego, o nieetycznych metodach działania, o lekach, które zamiast leczyć szkodzą, ale to nie one będą zabijać… nie w tym „Przypadku” Premiera, jak już pisałem planowana jest na luty. Niebawem więcej szczegółów, a na razie wracam do pracy, bo kolejna powieść rośnie szybko jak ciasto w piekarniku i trzeba pilnować, żeby nie wyszedł zakalec

Krok naprzód

20170407_134648

Każda długa historia ma rozdziały. Moja pisarska droga również podzielona jest na etapy. Jeden z nich właśnie dobiega końca. Ubiegły rok poświęciłem głównie na domykanie operacji „Biografia Riverside” i promocję drugiej powieści, kryminału „Plagiat”, a od lata również na pracę nad trzecią powieścią. Był to niewątpliwie czas przejściowy, choć na szczęście obfitujący w wiele radosnych wydarzeń. Do najprzyjemniejszych należały okraszona zwycięstwem wizyta na Festiwalu Kryminalnym w Pile i premiera książki „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” w warszawskim Empiku Junior, gdzie miałem przyjemność towarzyszyć muzykom zespołu Riverside promującym swój nowy album. Rok 2016 zamknąłem więc całkiem obiecującym bilansem: nominacją do nagrody Warto i główną nagrodą w Pile, zakończoną sukcesem premierą biografii „Sen w wysokiej rozdzielczości” i last but not least – nową powieścią. Dlaczego więc był to okres przejściowy? Dlatego, że wciąż szukałem swojego miejsca w literackim świecie. Miałem poczucie, że trzeba wykonać kolejny krok naprzód. Gdy zakończyłem pracę nad następcą „Plagiatu”, kryminałem „Przypadek” rozpocząłem rozmowy z nowymi wydawcami. Poszło szybciej niż myślałem. W lutym związałem się umową z wydawnictwem Filia, które wyda moje dwie następne powieści – napisany już „Przypadek” i jego kontynuację. Rozpoczynam zatem nowy rozdział swoje pisarskiej drogi mając świadomość, że wreszcie mam u boku partnera wydawniczego na którego mogę liczyć i któremu mogę zaufać. Krok naprzód zatem wykonany! Niebawem napiszę szerzej o mojej kolejnej powieści i podam datę premierę. Z tego co wiem, będzie to data tegoroczna. Jesienna.

Riverside. Eye of the Soundscape

Miałem nic nie pisać o nowym albumie Riverside. Osłuchiwałem się z „Eye of the Soundscape”, szczególnie z premierową częścią materiału, od kilku miesięcy i doszedłem do wniosku, że o niektórych płytach lepiej pomilczeć, w myśl niepisanej zasady – niech przemówią dźwięki. Ale jest na tym wydawnictwie utwór, trwający prawie dwanaście minut numer tytułowy, jeden z czterech premierowych, który niebawem będzie wzruszał z większym natężeniem, jeszcze mocniej pobudzał wyobraźnię. I dla niego zrobię wyjątek.

To nie jest recenzja, to kilka słów od siebie. „Eye of the Soundscape” poraża nie ze względu na porywającą dynamikę, nie przez przebojowość, nie dzięki chwytliwej czy poruszającej melodii, ani inteligentnej konstrukcji – najczęstszym atrybutom riversajdowych kompozycji. To utwór pejzaż, zespół bardziej maluje tu dźwiękami, niż gra. Nie ma szkieletu rytmicznego, nie ma wyrazistych harmonii, wiodących melodii, to utwór w którym ramy formalne są cieniutkie niczym linki pajęczyny, delikatne i podporządkowane nastrojom. Tutaj Michał Łapaj i Piotr Grudziński mieli zagrać emocjami i uczuciem bardziej niż zwykle. Niby nic specjalnie zaskakującego. Przecież Riverside zawsze płynął na emocjach, nastroje często brały górę, określały także wcześniejsze kompozycje, nie tylko te „ambientowe”. Ale tutaj pod względem emocjonalnym jest jeszcze bardziej bezkompromisowo. Forma całkowicie została poddana muzycznym „porywom serca”. Zaryzykuję twierdzenie, że Łapaj i Grudziński nigdy wcześniej nie mieli okazji zagrać aż tak bardzo z duszy, tak głęboko od siebie. Jak taki moment przejścia w tym utworze, około siódmej minuty, kiedy niepostrzeżenie zmienia się nastrój. Po chłodnym niepokoju, przychodzi smutek. Rozlewa się, przejmuje absolutną kontrolę, ogarnia, zalewa słuchacza po sam czubek głowy. Ostatnie cztery minuty „Eye of the Soundscape”, jakkolwiek sentymentalnie czy pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, to najbardziej wzruszający pejzaż dźwiękowy, jaki słyszałem od wielu, wielu lat. Ten moment kiedy chłodne partie klawiatur Michała Łapaja jakby otulają, obejmują ostatnie łkania gitar Piotrka Grudzińskiego… i nagle wszystko opada, wycisza się, tonie, niczym statek idący na dno. I jeszcze ta świadomość, że te łkania, te drobne, subtelne zalążki melodii, to ostatnie partie nagrane przez Grudnia, kilka dni przed śmiercią. Tak się kończy ta płyta, tak się kończy pewien rozdział w historii Riverside. Pod względem muzycznym piękniej i bardziej przejmująco zakończyć się nie mógł. Ten utwór chwycił mnie za serce z podobną siłą jak chwytają „Fading Lights” Genesis, czy „High Hopes” Pink Floyd. Też swoiste dzieła na pożegnanie. Z tym że tam wielką moc mają również słowa, a tutaj „przemawia” sama muzyka.

Nowa powieść i oczy dookoła głowy

Dobrze jest kiedy człowiek ma poczucie, że u startu nowego sezonu nie został w progach. Jesień zagląda zza winkla, czas ruszać z nowymi projektami, ale i warto śledzić co się dzieje w kulturze, bo jesień 2016 zapowiada się naprawdę intrygująco. Zanotowałem w kalendarzu kilkanaście obiecujących premier, które ku mojej uciesze, co jakiś czas będą mnie odciągać od pracy nad nową powieścią.

W lipcu zacząłem pracę nad kryminałem „Przypadek”. Dwa miesiące pisania, jestem mniej więcej w jednej trzeciej. Dobre tempo, jak na mnie. Zwykle około roku siedziałem nad powieścią, teraz powinienem uwinąć się w sześć miesięcy bez ryzykowania jakością. Powodów tego przyspieszenia jest kilka. Po pierwsze stęskniłem się za prozą, ostatnie dwa lata siedziałem przy biografii, a to jest jednak inne pisanie. Po drugie, wreszcie mam bardzo dobrze przemyślany konspekt, który jest efektem rocznego planowania, rozmyślania nad intrygą, przewidywania, analizowania różnych dróg rozwoju wypadków, budowania i wyobrażania sobie postaci. Jeśli konspekt jest dobrze przygotowany to samo pisanie jest już z górki. Po trzecie, kątem oka widzę stojącą na biurku statuetkę zdobytą na Festiwalu Kryminalnym w Pile, i co tu dużo mówić, jest to wielka mobilizacja. Nie czuję presji, raczej ekscytację związaną z możliwością potwierdzenia, że ta pilska nagroda nie była przypadkowa.

Najbliższe miesiące upłyną mi zatem na pracy nad „Przypadkiem”, ale warto też nie tracić czujności kulturalnej, mieć oczy dookoła głowy, spoglądać w stronę muzyczną, literacką i filmową, bo jesień przyniesie kilka ciekawych premier, dla których warto będzie oderwać się na dzień-dwa od pracy. Już 14 września – jakby się zmówili – ukażą się nowe kryminały Marka Krajewskiego („Nikt nie rodzi się niewinny”) i Wojciecha Chmielarza („Osiedle marzeń”). Tydzień później ukaże się powieść „Prawdziwa historia” francuskiej pisarki Delphine De Vigan. Książka zapowiada się na mocną, głęboką podróż literacko- psychologiczną. Podobno sam Roman Polański przymierza się do ekranizacji, a on miałkich, byle jakich historii nie wybiera. 23 września premiera nowego albumu Marillion, zespołu do którego po słupskim koncercie znów mam nieco więcej serca. Zobaczymy, czy „FEAR” przyniesie jakiś powiew świeżości, może ciut więcej dynamiki… Naiwniak ;)

Bardzo mocna będzie końcówka września. Najpierw ukaże się zbiór felietonów Michela Huellebecqa („Interwencje 2”), pisarza bardzo spostrzegawczego i błyskotliwego, którego warto poczytać, nawet jeśli człowiek się z nim nie zawsze zgadza. 30 września premiera „Sorceress” zespołu Opeth, płyty po której sporo sobie obiecuję, słuchając bardzo dobrej „Pale Communion” i wiedząc w jaką stronę artystyczną zmierza ekipa Akerfelda. Tego samego dnia do kin wchodzi „Ostatnia rodzina”, debiut reżyserski Jana Matuszewskiego, który na starcie działalności reżyserskiej zekranizuje losy rodziny Beksińskich. Zapowiada się mocny, ważny obraz. Tydzień później premiera obrazu prawdopodobnie jeszcze mocniejszego i jeszcze ważniejszego – „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Smarzowski nie robi słabych filmów i nie porusza błahych tematów, liczę się zatem z kolejnym mocnym ciosem emocjonalnym. Kompletną niewiadomą jest dla mnie zapowiadany na ten sam dzień piąty album zespołu Coma. Pierwszy od pięciu lat premierowy studyjny materiał łodzian, zatytułowany tajemniczo „2005 YU55”, reklamowany jest jako ambitny koncept, dużo wymagający od słuchaczy, quasi audiobook. Po raz pierwszy zespół komponował muzykę do tekstów. O tym, że Coma potrafi tworzyć duże formy, przekonała kilka lat temu bardzo przyzwoitą „Hipertrofią”, ale tutaj pachnie jakimś eksperymentem i trudno powiedzieć, co z tego wyniknie.

12 i 14 października ukażą się kolejne powieści liderów polskiego kryminału, odpowiednio Mariusza Czubaja („R.I.P”) i Katarzyny Bondy („Lampiony”). Tydzień później do sklepów trafi podwójny album „Eye of the Soundscape” Riverside, o którym niebawem napiszę nieco szerzej, bo zdążyłem się już z nim dosyć dobrze zapoznać. No i na koniec, przynajmniej ze znanych mi obecnie zapowiedzi, 11 listopada rozproszy mnie przynajmniej na jeden wieczór „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Fanem Patryka Vegi jestem przynajmniej od dekady, od czasów pierwszego „Pitbulla”. Mimo nieco innego kierunku, bardzo podobały mi się „Nowe porządki”, a po pierwszych zwiastunach kontynuacji widzę, że tu może być równie dobrze. Vega ma dar nie tylko do wyciągania z aktorów najgłębszych pokładów talentu, ale też do ukazywania ich innej twarzy. Już w „Porządkach” pokazał taką Agnieszkę Dygant i Maję Ostaszewską jakich na ekranie chyba jeszcze nie było. A w drugiej serii pojawią Magdalena Cielecka, Joanna Kulig, Alicja Bachleda Curuś i Anna Dereszowska.

Do połowy listopada na pewno będzie ciekawie, rozpraszaczy nie zabraknie. A później można się już w pełni skupić na pracy nad książką ;)

O książkach w Radiu RAM

9 maja gościłem w Radiu RAM. Zostałem zaproszony do audycji „Półka z książkami” Anny Fluder. Miałem okazję opowiedzieć o książkach ważnych dla mnie z różnych powodów, takich które kształtowały mnie literacko, światopoglądowo, ale też o tych przy których odpoczywam i regeneruję się.

 

orwell

szachista

muminki

 

Materiały umieszczam dzięki uprzejmości Radia RAM.