Wpisy

Nowa powieść gotowa!

W miniony weekend postawiłem ostatnią kropkę nowej powieści! Trzynaście miesięcy zajęło mi wymyślenie historii i napisanie kryminału pod tytułem „Niezależność”. Nie był to łatwy proces, ale lubię trudności, bo dopiero gdy je przełamuję mam poczucie, że powstaje coś wartościowego. O czym jest nowa powieść? Marcin Faron – co zasugerowałem w epilogu „Przypadku” – wraca do pracy w mediach, ale za biurkiem nie posiedzi za długo, bo szybko z budynku redakcji pisma „Raport” wyrwą go nowe wyzwania i dramatyczne wydarzenia. Kręgosłupem powieści jest oczywiście intryga kryminalna, ale nie byłbym sobą, gdybym nie obudował go żywą tkanką dramatu obyczajowego i elementami political fiction. Skrywająca mroczną tajemnicę aktorka Weronika Linetty podzieli się swoimi rozterkami w obszernym i bardzo szczerym wywiadzie-rzece. Perspektywa jego opublikowania niepokoi wielu ludzi. Ministerstwo kultury musi zmierzyć się z Buntem Artystów Polskich, którzy głośno protestują przeciwko niszczącym środowisko artystyczne decyzjom ministra. Marcin Faron rozegra trudną batalię o prawdę i niezależność, zmagając się między innymi z próbującym zwerbować go do agencji medialnej Continuitas Piotrem Lenartem – szarą eminencją świata polskiej kultury i mediów. To tylko kilka wątków z tej rozbudowanej i różnorodnej intrygi, którą tym razem utkałem.

Tytuł jest tu nieprzypadkowy, bo „Niezależność” to kryminalno-społeczna opowieść właśnie o szeroko i różnorodnie rozumianej niezależności. Niezależności mediów, niezależności kultury, niezależności osobistej i zawodowej. Nigdy nie interesowało mnie samo literackie mordowanie. Odkąd zacząłem pisać powieści kryminalne zawsze chciałem, żeby obok historii o zbrodni i poszukiwaniu zabójcy przedstawić jakiś ciekawy kawałek rzeczywistości; aktualny problem, który nas w mniejszym lub większym stopniu dotyczy tu i teraz – w Polsce początku XXI wieku. W „Niezależności” tę „społeczną” sferę opowieści poświęciłem kulturze i jej przecięciu ze światem polityki. O kulturze pisałem już troszeczkę w „Plagiacie”. Tutaj wracam do tego tematu odważniej i z nieco innej perspektywy. Konflikt na linii ministerstwo kultury – artyści to fundament mojej opowieści po części zaczerpnięty z rzeczywistości. Reszta jest już stuprocentową fikcją. Staram się ją na każdym kroku maksymalnie uwiarygadniać, bo lubię, gdy opowieść sprawia wrażenie prawdziwej, by płynęła obok znanej nam codzienności tak blisko jak się tylko da. Nie ma bowiem dla mnie piękniejszych i bardziej chwytających za serce historii niż te, które choć nigdy się nie wydarzyły, są tak rzeczywiste, że bezdyskusyjnie mogłyby się wydarzyć. „Niezależność” to opowieść o walce o prawo do głoszenia prawdy, jakakolwiek by ona nie była. I jak to w kryminale, niektórzy za prawdę dotyczącą swojego życia będą musieli to życie oddać.

Praca nad tą powieścią trwała dłużej niż planowałem, ale czasem tak jest, że trzeba wybrać między szybko a dobrze. Stając przed takim dylematem zawsze wybieram to drugie, bo jakość jest najważniejsza. Podobnie jak „Plagiat” pisałem tę powieść dwukrotnie. Pierwszą wersję testową, by sprawdzić mielizny i wybrać najlepsze rozwiązania, a później już właściwą, którą szlifowałem i dopieszczałem od marca. Po ponad roku pracy wreszcie jest tak, jak pragnąłem by było.

Chciałbym, żeby „Niezależność” ukazała się w listopadzie. Po pierwsze dlatego, że to odpowiedni dystans od marcowej premiery „Przypadku”, a po drugie dlatego, że przełomowe wydarzenia nowej powieści wypadają właśnie w listopadzie. Sympatycznie by się zgrało. Czy tak się stanie, przekonamy się niebawem. Na razie stawiam ostatnią kropkę i łapię trochę oddechu. Trzeba odpocząć i zebrać siły do kolejnych wyzwań. Dwa fajne pomysły czekają na opracowanie. Jeden kryminalny, w sam raz dla Marcina Farona. Drugi zupełnie z innej beczki, który otworzy mi możliwość napisania powieści nie należącej do żadnego znanego gatunku. Ale o tym wszystkim za jakiś czas.

Nowa powieść i oczy dookoła głowy

Dobrze jest kiedy człowiek ma poczucie, że u startu nowego sezonu nie został w progach. Jesień zagląda zza winkla, czas ruszać z nowymi projektami, ale i warto śledzić co się dzieje w kulturze, bo jesień 2016 zapowiada się naprawdę intrygująco. Zanotowałem w kalendarzu kilkanaście obiecujących premier, które ku mojej uciesze, co jakiś czas będą mnie odciągać od pracy nad nową powieścią.

W lipcu zacząłem pracę nad kryminałem „Przypadek”. Dwa miesiące pisania, jestem mniej więcej w jednej trzeciej. Dobre tempo, jak na mnie. Zwykle około roku siedziałem nad powieścią, teraz powinienem uwinąć się w sześć miesięcy bez ryzykowania jakością. Powodów tego przyspieszenia jest kilka. Po pierwsze stęskniłem się za prozą, ostatnie dwa lata siedziałem przy biografii, a to jest jednak inne pisanie. Po drugie, wreszcie mam bardzo dobrze przemyślany konspekt, który jest efektem rocznego planowania, rozmyślania nad intrygą, przewidywania, analizowania różnych dróg rozwoju wypadków, budowania i wyobrażania sobie postaci. Jeśli konspekt jest dobrze przygotowany to samo pisanie jest już z górki. Po trzecie, kątem oka widzę stojącą na biurku statuetkę zdobytą na Festiwalu Kryminalnym w Pile, i co tu dużo mówić, jest to wielka mobilizacja. Nie czuję presji, raczej ekscytację związaną z możliwością potwierdzenia, że ta pilska nagroda nie była przypadkowa.

Najbliższe miesiące upłyną mi zatem na pracy nad „Przypadkiem”, ale warto też nie tracić czujności kulturalnej, mieć oczy dookoła głowy, spoglądać w stronę muzyczną, literacką i filmową, bo jesień przyniesie kilka ciekawych premier, dla których warto będzie oderwać się na dzień-dwa od pracy. Już 14 września – jakby się zmówili – ukażą się nowe kryminały Marka Krajewskiego („Nikt nie rodzi się niewinny”) i Wojciecha Chmielarza („Osiedle marzeń”). Tydzień później ukaże się powieść „Prawdziwa historia” francuskiej pisarki Delphine De Vigan. Książka zapowiada się na mocną, głęboką podróż literacko- psychologiczną. Podobno sam Roman Polański przymierza się do ekranizacji, a on miałkich, byle jakich historii nie wybiera. 23 września premiera nowego albumu Marillion, zespołu do którego po słupskim koncercie znów mam nieco więcej serca. Zobaczymy, czy „FEAR” przyniesie jakiś powiew świeżości, może ciut więcej dynamiki… Naiwniak ;)

Bardzo mocna będzie końcówka września. Najpierw ukaże się zbiór felietonów Michela Huellebecqa („Interwencje 2”), pisarza bardzo spostrzegawczego i błyskotliwego, którego warto poczytać, nawet jeśli człowiek się z nim nie zawsze zgadza. 30 września premiera „Sorceress” zespołu Opeth, płyty po której sporo sobie obiecuję, słuchając bardzo dobrej „Pale Communion” i wiedząc w jaką stronę artystyczną zmierza ekipa Akerfelda. Tego samego dnia do kin wchodzi „Ostatnia rodzina”, debiut reżyserski Jana Matuszewskiego, który na starcie działalności reżyserskiej zekranizuje losy rodziny Beksińskich. Zapowiada się mocny, ważny obraz. Tydzień później premiera obrazu prawdopodobnie jeszcze mocniejszego i jeszcze ważniejszego – „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Smarzowski nie robi słabych filmów i nie porusza błahych tematów, liczę się zatem z kolejnym mocnym ciosem emocjonalnym. Kompletną niewiadomą jest dla mnie zapowiadany na ten sam dzień piąty album zespołu Coma. Pierwszy od pięciu lat premierowy studyjny materiał łodzian, zatytułowany tajemniczo „2005 YU55”, reklamowany jest jako ambitny koncept, dużo wymagający od słuchaczy, quasi audiobook. Po raz pierwszy zespół komponował muzykę do tekstów. O tym, że Coma potrafi tworzyć duże formy, przekonała kilka lat temu bardzo przyzwoitą „Hipertrofią”, ale tutaj pachnie jakimś eksperymentem i trudno powiedzieć, co z tego wyniknie.

12 i 14 października ukażą się kolejne powieści liderów polskiego kryminału, odpowiednio Mariusza Czubaja („R.I.P”) i Katarzyny Bondy („Lampiony”). Tydzień później do sklepów trafi podwójny album „Eye of the Soundscape” Riverside, o którym niebawem napiszę nieco szerzej, bo zdążyłem się już z nim dosyć dobrze zapoznać. No i na koniec, przynajmniej ze znanych mi obecnie zapowiedzi, 11 listopada rozproszy mnie przynajmniej na jeden wieczór „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Fanem Patryka Vegi jestem przynajmniej od dekady, od czasów pierwszego „Pitbulla”. Mimo nieco innego kierunku, bardzo podobały mi się „Nowe porządki”, a po pierwszych zwiastunach kontynuacji widzę, że tu może być równie dobrze. Vega ma dar nie tylko do wyciągania z aktorów najgłębszych pokładów talentu, ale też do ukazywania ich innej twarzy. Już w „Porządkach” pokazał taką Agnieszkę Dygant i Maję Ostaszewską jakich na ekranie chyba jeszcze nie było. A w drugiej serii pojawią Magdalena Cielecka, Joanna Kulig, Alicja Bachleda Curuś i Anna Dereszowska.

Do połowy listopada na pewno będzie ciekawie, rozpraszaczy nie zabraknie. A później można się już w pełni skupić na pracy nad książką ;)