Wpisy

Genesis 1 (50/50) – Charterhouse

charterhouse-school

Jak obiecałem/ostrzegałem – będzie w tym roku trochę o Genesis i historii tego zespołu. Pięćdziesiąt lat od albumowego debiutu, to rocznica nie w kij dmuchał. Zastanawiając się nad formą tych wpisów/artykułów doszedłem do wniosku, że nie będę wyznaczał stałej formy. Po prostu przespaceruję się po historii Genesis i zajrzę do archiwów twórczości, opisując raz to w bardziej, raz mniej rozbudowanej formie, co ciekawsze i ważniejsze wątki. Na początek forma bardziej rozbudowana i temat fundamentalny – genesisowe źródło – słynna szkoła w której spotkali się przyszli genesimeni. Drogi Tony’ego Banksa, Mike’e Rutherforda, Petera Gabriela i Anta Phillipsa zeszły się w 1963/4 roku w murach prywatnej szkoły dla chłopców Charterhouse. To temat rzeka, z jednej strony wałkowany obowiązkowo w każdej większej publikacji poświęconej Genesis, a z drugiej strony zawierający moim zdaniem pewną lukę, której żaden znany mi biograf ani dziennikarz nie wypełnił. A szkoda. Typowe jest dosyć jednostronne przedstawianie Charterhouse, jako miejsce traumy. Wszystkie przekazy oparte są w największym stopniu o obszerne wywiady przeprowadzone z muzykami Genesis w połowie lat siedemdziesiątych, ledwie kilka lat po odebraniu dyplomów. Nikt dotychczas nie pokusił się o dokładne zbadanie ewentualnego pozytywnego wpływu szkoły na fenomen Genesis, który moim zdaniem nie jest wykluczony. Ale po kolei.

O Charterhouse, historii tej szkoły, jej tradycji, założeniach i osiągnięciach absolwentów, można by napisać osobną książkę, a może nawet i dwie – jedną pochwalającą, skupioną na zaletach i sukcesach, drugą skrajnie inną, negatywną. Inicjatorem, choć bez wpływu na konkretny kształt szkoły, był sir Thomas Sutton, żyjący na przełomie XVI i XVII wieku urzędnik i „biznesmen”. Zajmował się wieloma rzeczami, pełnił różne funkcje urzędowe, ale wielkiego majątku dorobił się dzięki odkryciu węgla w okolicach Newcastle. Gdy umierał w 1611 roku, należał do grona najbogatszych Anglików. Część swoich pieniędzy kazał przeznaczyć na zbudowanie kompleksu pod szyldem The Hospital of King James and Thomas Sutton. W pierwotnym zamyśle, szkoła miała stanowić tylko fragment zainteresowań projektu, na który składał się – jak sama nazwa wskazuje – także szpital, połączony z domem opieki dla osób starszych. Z biegiem czasu plany te jednak zredukowano i gdy w 1872 roku przenoszono firmę do pięknego, olbrzymiego ośrodka niedaleko Godalming, prywatna szkoła dla chłopców stała się tam główną inicjatywą. Charterhouse to niewątpliwie ścisła edukacyjna czołówka Wielkiej Brytanii. Najlepszy sztab wykładowców, wielowiekowa tradycja, sprawdzone w bojach mechanizmy szkolenia, nauczania i wychowywania. Długa lista sukcesów i znakomitych wychowanków. Historia i dokonania, przed którymi na pewno trzeba uchylić kapelusza. W Anglii jest raptem kilka szkół hurtowo i konsekwentnie, przez wiele stuleci, wychowujących wybitnych fachowców z różnych dziedzin. Charterhouse zdecydowanie należy do tej elity. Lista wybitnych ludzi, których ścieżka edukacyjna przebiegała przez tę szkołę może przyprawić o zawrót głowy. Biskupi, teologowie, naukowcy, politycy, prawnicy, pisarze, poeci i wielu, wielu innych, a wśród nich m.in. John Wesley, baron Robert Baden ‑ Powell czy Peter Yates. „Bóg dał, ja daję”, głosi motto szkoły, która dała Anglii całą „armię” znakomitych absolwentów gotowych, by podbijać świat.

Problemem szkoły była jednak jej hermetyczność – ciężki, głęboki konserwatyzm, ocierający się o szkodliwą skostniałość. W Charterhouse czas zawsze płynął odrobinę wolniej, a sztab zarządzający z dużą nieufnością podchodził do wszelkich nowinek ze świata. Skoro historia i przeszłość należały do nich, chcąc w podobnym, sprawdzonym stylu kształtować też przyszłość, bronili szkołę przed zmianami i rewolucjami. Konsekwentnie odnosili więc podobne sukcesy, ale też powielali własne błędy, a tych przecież również nie brakowało, o czym świadczą choćby filmy i książki opowiadające o życiu w tego typu prywatnych, renomowanych placówkach. Realia tamtych miejsc przywodzą na myśl rodzaj „intelektualnego wojska”, nastawionego na masowe wychowywanie w ściśle określonym nurcie, z bezwzględnym przestrzeganiem zasad. Siłą rzeczy gubiła się w tym jednostka. Żaden uczeń przewyższający rówieśników stopniem wrażliwości, czy z innych powodów potrzebujący podejścia indywidualnego, nie mógł czuć się tam dobrze. Straszne było tak zwane „drugie życie” szkoły, niepisane prawa obowiązujące uczniów i ustalające między nimi wewnętrzną hierarchię. Pod okiem nauczycieli i za ich przyzwoleniem działy się tam rzeczy, delikatnie mówiąc, nieprzyjemne. Każdy nowy trzynastolatek musiał przebrnąć przez okres inicjacji, podczas którego miał obowiązek usługiwać starszym uczniom. Do jego obowiązków należał cały wianuszek różnorodnych czynności, od normalniejszych, jak przygotowywanie śniadań i ścielenie łóżek, po te bardziej uwłaczające, jak czyszczenie butów czy absurdalne rozgrzewanie… deski sedesowej (sic!). Oczywiście nie brakowało w tym wszystkim także najzwyklejszych w świecie aktów przemocy: bicia, obrażania i poniżania. Przodowali w tym przede wszystkim uczniowie starsi, ci którzy najlepiej odnaleźli się w realiach szkoły i dzięki temu mieli przywileje nadane przez dyrekcję. Dla wrażliwszych chłopców, cechujących się słabszą konstrukcją psychofizyczną – a tacy byli młodzi genesismeni – pierwsze lata w Charterhouse często były koszmarem. W tym momencie warto na moment oddać głos fikcyjnemu dyrektorowi elitarnej szkoły dla chłopców, o której losach opowiada film „Jeżeli” Lindsaya Andersona z 1968 roku, podobno bardzo wiernie oddający realia tego typu placówek. Ten dłuższy monolog ciekawie naświetla kierunek myślowy zarządców.

Szkoła to obraz wielu rzeczy: koleżeństwa, uczciwości w służbie publicznej, wysokich standardów w telewizji i rozrywce, ofiarności w toczonych wojnach. Niektóre z naszych obyczajów są bzdurne, na poziomie klasy średniej, ale duża część społeczeństwa dąży do tego poziomu, a bez wartości moralnych klasy średniej ten kraj nie przetrwa. Nie oczekujemy wdzięczności. Brytyjska edukacja jest jak Kopciuszek na wydaniu, biednie odziana i często poszturchiwana. Dzisiejsza Brytania to kuźnia pomysłów, eksperymentów i wyobraźni. Od muzyki po hodowle świń, od elektrowni jądrowych po minispódniczki. Stoimy przed wielkim wyzwaniem. Są w tej szkole chłopcy o twórczych umysłach i wielkiej wyobraźni. Dla nich warto pracować. Dzięki nim szkoła tętni życiem.

W przypadku Charterhouse na dźwięk słów „biednie odziany Kopciuszek” można się tylko kpiąco uśmiechnąć, gdyż szkoła umiejscowiona w efektowym, rozłożystym „pałacu” pośrodku olbrzymiej posiadłości, przypomina raczej piękną, leciwą, ale klasyczną królewnę, niż ubogiego Kopciuszka. Już same tereny przylegające robią nieprawdopodobne wrażenie. 270 tysięcy metrów kwadratowych, kilka połączonych ze sobą staroangielskich budynków, przestrzeń sportowa, równo przystrzyżone trawniki i żywopłoty. I ten wszędobylski klimat brytyjskiej, skrupulatnej elegancji. Imponujące miejsce. Wracając do wypowiedzi fikcyjnego dyrektora – reszta jego słów ciekawie obrazuje zarówno dużą świadomość szkolnych rajców, jak i zarazem dziwną „ślepotę”. Doskonale zdawali sobie oni sprawę, że część zwyczajów szkoły jest niemądra, ale żyli w przekonaniu, że nawet te najgłupsze obowiązki, inicjacje i rytuały są młodym ludziom do czegoś potrzebne. Chwalić należy ich chęć podnoszenia jakości społeczeństwa, wiarę w możliwości uczniów, ale brak umiejętności przewidywania zmian w świecie już na pochwały nie zasługuje. To dziwne, że mogli zdawać sobie sprawę z szerokich uzdolnień własnych podopiecznych, ale większość z nich nie była w stanie przewidzieć, że muzyka pop, której tak bardzo się obawiali, może – między innymi dzięki ich uczniom – zyskać na artystycznej jakości. Dopóki świat zmieniał się powoli, szkoły typu Charterhouse nie miały większych problemów z utrzymywaniem równowagi między własnym, założycielskim konserwatyzmem, a powolnym, ostrożnym posuwaniem się za nowinkami. Jednak świat po wojennym okresie pierwszej połowy XX wieku zaczął transformować szybciej, czego najwyraźniejszym przejawem była rewolucja kulturowo‑światopoglądowa lat sześćdziesiątych. To wówczas Charterhouse najmocniej „rozjechała się” z regułami panującymi w świecie zewnętrznym. Gdy szkoła nadal w starym angielskim stylu przygotowywała podopiecznych do sprawnego funkcjonowania w życiowej dżungli i robienia kariery, całe masy młodzieży opowiedziały się za nurtem całkowicie przeciwstawnym. Pierwsze powojenne pokolenie wpływowych mas amerykańskich i brytyjskich przestało zastanawiać się nad tym jak wygrywać wojny, a zaczęło myśleć jak sprawić, aby tych wojen w ogóle nie było. Stanęło też w zdecydowanej opozycji do postaw swoich własnych rodziców, nastawionych przede wszystkim na pomnażanie majątków. Młodzi woleli teraz „być” niż „mieć”, rozwijać się duchowo, raczej bawić się niż pracować, a zastane prawa łamać lub naginać, częściej niż ich przestrzegać. To była skrajna opozycja dla reguł od wieków panujących w szkołach typu Charterhouse. Peter Gabriel, Tony Banks i Mike Rutherford przybyli do szkoły we wrześniu 1963 roku jako trzynastolatkowie, a Ant Phillips kilka miesięcy później, trafiając na czas najwyraźniejszego rozstępu między szkołą, a światem zewnętrznym. Gdy Anglia już powoli bujała się w rytm pierwszych przebojów The Beatles i szykowała na swingująco‑psychodeliczną dekadę, oni musieli przywdziać sztywny mundurek, zapiąć guziki pod samą szyję i mocno zacisnąć zęby.

To było jak komunikat: „Witamy w szkole szybkiego dojrzewania!” – Peter Gabriel wspominał pierwsze dni w murach szkoły. – Już samo wejście do Charterhouse było traumatyczne. Pamiętam pierwszą noc. Nie mieliśmy zasłon w oknach, było bardzo ponuro i zimno. Wcześniej żyłem na wsi i w nocy zawsze miałem ciszę i spokój, a tam była wielka sala podzielona na małe pokoiki. Przez okna wpadały światła przejeżdżających w oddali samochodów, tekturowe ścianki nie izolowały i wszystko było przez nie słychać. Rozmowy, jakieś dziwne dźwięki. Podczas pierwszych nocy wielu chłopców płakało, inni onanizowali się, a jeszcze inni onanizowali się płacząc. Wszyscy sprawiali wrażenie bardzo nieszczęśliwych. Z kolei starsi chłopcy prowadzili nocne rozmowy. Próbując sobie nawzajem zaimponować, opowiadali niestworzone historie o samochodach i dziewczynach. Nienawidziłem tej szkoły. To był zły czas. Myślę, że byłem bardzo czuły w tamtym okresie i wszystko stanowiło olbrzymi problem, od razu stawało się dramatem. Wiele nocy spędziłem na nieskutecznych próbach zaśnięcia.

Typowo brytyjskie usposobienie młodych genesismenów nie ułatwiało im zadania. Z jednej strony cechowała ich olbrzymia wrażliwość, co sprawiało, że mocno przeżywali nowe okoliczności. Z drugiej strony byli ambitni i szczególnie Peter i Tony zamknięci w sobie, przez co nigdy nie pozwalali sobie na chwilę słabości, nie żalili się i nawet nie próbowali zmienić szkoły. Zacisnęli zęby i postanowili, że sobie poradzą. Przez Charterhouse mieli ostatecznie przejść bez większego uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym, ale nigdy nie wyzbyli się sarkazmu i bardzo krytycznego podejścia do swojej szkoły. Długo po opuszczeniu jej murów Peter Gabriel zwykł złośliwie żartować: Mawiają, że łatwo jest odróżnić w ciężkim więzieniu wychowanka szkoły prywatnej od innych skazańców, bo on jeden czuje się tam jak ryba w wodzie. Najgorsze były pierwsze miesiące, po jakimś czasie jednak sytuacja powoli zaczęła się poprawiać. Przez cały pierwszy rok czułem się kiepsko. Szczególnie irytujące były te wszystkie chore zwyczaje, przywileje starszych chłopców, którzy mogli zmuszać młodszych do wykonywania codziennych obowiązków, jak czyszczenie im butów i tym podobnych. To było szaleństwo.
Nie mieli predyspozycji do bycia typowymi wychowankami Charterhouse, szkoły trenującej młodych ludzi na przyszłych etatowych zwycięzców. Nie byli specjalnie wysportowani, a przy swojej nieśmiałości i skrytości nie należeli też do osób wybitnie przebojowych i odważnych. Uczyli się jednak solidnie, nie unikali kółek zainteresowań i z całych sił starali się walczyć ze słabostkami. Większość czasu poświęcali oczywiście nauce, a czas wolny mogli zagospodarować głównie na dwa sposoby. Po pierwsze zajęciami sportowymi, po drugie muzyką.

I to była niewątpliwie ta mroczna część Charterhouse, która odebrała Banksowi, Rutherfordowi, Gabrielowi i Phillipsowi dziecięcą radość życia, w pewnym sensie gwałtownie, brutalnie i chyba nieco przedwcześnie zaczęła ich wprowadzać w dorosłe życie odciskając bardzo silne, niezacieralne piętno. Ale jest też druga strona medalu czyli jakość nauczania i w sumie aż dziwne, że żaden z brytyjskich biografów lub dziennikarzy nie pociągnął tego tematu. Żeby nie było – szanuję i rozumiem cierpienia genesismenów z okresu szkolnego i w ogóle nie chcę nawet próbować tego kwestionować, czy wchodzić w jakąkolwiek polemikę. Chodzi mi raczej o ustalenie, jaki wpływ edukacja w Charterhouse miała na wielką odmienność muzyczną i tekstową, na ile wiedza wyniesiona ze szkoły sprawiła, że zespół mógł tak daleko odjechać od ówczesnych szablonów rockandrollowej piosenki o miłości. Bo należy pamiętać, że Tony, Peter, Mike i Ant mając ledwie dwadzieścia- dwadzieścia jeden lat potrafili komponować bardzo dojrzałą, oryginalną muzykę i pisać teksty dalece wykraczające poza ramy prostych popowych rymowanek. Nie tylko poznali historię literatury, ale również opuścili szkolne mury lubiąc i ceniąc spuścizny wielu autorów, choćby Thomasa Stearnesa Elliota. Pisząc teksty na albumy „Trespass” i „Selling England by the Pound” odnosili się do jego twórczości. Cechowała ich też wielka sympatia i nieprzeciętna wiedza o mitologii, dzięki czemu powstały tak nieszablonowe teksty jak „Fountain of Salmacis”, a i styl pisania liryków nieodnoszących się bezpośrednio do innych tekstów literackich, czy mitologii, nosił znamiona podejścia bardzo poetyckiego, wyrafinowanego i dojrzałego. Sztandarowym przykładem może tu być koncept „The Lamb Lies Down on Broadway” nasączony tak wieloma odniesieniami do literatury i filmu, że rozszyfrowanie intertekstualnych wątków sprowokowało już wielu badaczy do napisania rozbudowanych esejów na temat tego albumu. A autor libretta tej płyty Peter Gabriel, był dwudziestoczteroletnim młodym mężczyzną ze średnim wykształceniem…

Charakterystyczne dla Genesis było układanie długich, często fabularnych, bardzo dobrze prowadzonych i rozwijanych opowieści. Wielowątkowość, bogate słownictwo, wyrafinowane konstrukcje i błyskotliwe skojarzenia, dowcipy i puenty, a także intertekstualność, to cechy typowe dla wczesnych dokonań Genesis i zarazem rzadko spotykane w świecie rocka. Wątpię, żeby nie maczały w tym palców stare i sprawdzone w bojach metody nauczania Charterhouse. Ktoś powie: hola, hola, przecież chwilę przed nimi taką muzykę zaczął grać King Crimson, Yes, czy Procol Harum. Okej, ale po pierwsze nawet żeby tylko naśladować takie grupy też trzeba dysponować odpowiednim potencjałem intelektualno-emocjonalnym. Poza tym nigdy nie posądziłbym Genesis o ślepe naśladownictwo, ta muzyka jest mimo wszystko zbyt inna i odrębna nawet w kręgu progrocka.

Podobnie jak nie wierzę, żeby przypadkiem był fakt iż czterej tak zdolni kompozytorzy jak Banks, Rutherford, Gabriel i Phillips kończyli edukację z dyplomem tej samej placówki. Spójrzmy prawdzie w oczy, niewielu dwudziestolatków jest gotowych w taki sposób rewolucjonizować muzykę popularną. Sporo młodych ludzi wchodziło do świata rocka wnosząc świeżość spojrzenia, energię i bunt, ale tylko garstka tak błyskotliwie i przekonywująco nasączała rockową materię odniesieniami do muzyki klasycznej i literatury dodając muzyce popularnej artyzmu i otwierając ją na wspaniałą i bogatą przeszłość europejskiej i amerykańskiej kultury. Ktoś genesismenom ten potencjał bardzo umiejętnie zaszczepił, ktoś przez kilka lat to pielęgnował i ktoś ich wielu przydatnych umiejętności nauczył. Wiele mogli wynieść z domów (Banks i Gabriel uczyli się gry na pianinie) ale mam wrażenie, że to właśnie Charterhouse przy całej swojej szkodliwości wielu zwyczajów i wojskowym reżimie potrafiła zainstalować w swoich podopiecznych fascynację sztuką i szacunek dla niej. Bo niby dlaczego zafascynowani rewolucją hipisowską młodziutcy genesismeni, zamiast nagrywać typowo buntowniczą muzykę, tak chętnie, naturalnie i bardzo szybko zaczęli współtworzyć nurt progresywny, który ewoluującą muzykę rockową łączył właśnie z wpływami klasycznymi. Warto zwrócić uwagę jak „Trespass”, „Nursery Cryme”, czy „Foxtrot” odległe były od pierwszych płyt The Beatles, piosenek rockandrollowych i „czarnej muzyki” ze stajni Tamla Motown, czyli najwcześniejszych inspiracji genesismenów. Ktoś powie, że chcieli tworzyć swoją muzykę, nie mieli zamiaru kopiować idoli z okresu dzieciństwa, ale przecież kierunek jaki ostatecznie obrali ściśle wiązał się z edukacyjną spuścizną, którą wynieśli z nielubianej szkoły. Gdy tylko opuścili jej mury wcale nie rzucili się w wir życia swingującego Londynu – chociaż już przecież mogli – a pozostali zjawiskiem osobnym i całe lata siedemdziesiąte kształtowali własną twórczość w sposób bardziej artystowski niż rockowy.

Nie zamierzam stawiać na głowie całego poglądu na temat Charterhouse, ani kwestionować szkolnych przeżyć genesismenów, ale gdyby kolejny brytyjski biograf planował rozpoczęcie pracy nad książką, zachęciłbym go do głębszego zbadania tematu wpływu szkoły na unikalną twórczość grupy. Lepsza znajomość brytyjskiego systemu szkolnictwa i dostęp do muzyków dziś, po latach, być może nieco inaczej patrzących na czas spędzony w Charterhouse, byłyby tu decydujące. Inne poprowadzenie rozmowy – mniej skupione na dziecięcych emocjach, a bardziej na edukacyjny konkretach, ocenionych z pespektywy dojrzałych starszych panów – mogłoby doprowadzić do ciekawych wniosków.

Na załączonej fotografii widać oczywiście kompleks budynków i posiadłość Charterhouse School for Boys.

Piętnaście lat dojrzewania z Peterem Gabrielem

 

20180528_201345

Muzycznie – nostalgicznie.

30 maja 2003 roku. Stadion Lecha w Poznaniu. Ciepły, wręcz duszny wieczór. Dwadzieścia tysięcy ludzi stłoczonych na płycie boiska łapie każdy dźwięk dobiegający z gigantycznych głośników i zadziera lekko głowy do góry, by widzieć co dzieje się na scenie. A tam, w otoczeniu kilku świetnych instrumentalistów, prym wiedzie pięćdziesiąciotrzyletni łysy mężczyzna z siwą kozią bródką. Ubrany jest w dziwaczną czarną kamizelkę. Z daleka wygląda jakby miał na sobie elegancki frak, z bliska jego strój przypomina futurystyczny kaftan postaci z filmu science-fiction. Ciepłe, gęste powietrze przecinają dźwięki. Czasem ciężkie, progresywnie połamane, czasem funkowe, innym razem zabarwione afrykańskim lub dalekowschodnim folklorem. Kamienie milowe popkultury. Niektóre z nich to światowego kalibru przeboje, inne ukazują bardzo artystyczne i wysublimowane spojrzenie twórcy na muzykę pop. Całość składa się na grubo ponad dwugodzinną ucztę na którą wielu Polaków czekało przysłowiowe „całe życie”.

Chciałbym napisać, że wydaje mi się jakby to było wczoraj, albo że zleciało „jak z bicza trzasł”, ale nie mogę. Mam bowiem wrażenie, że koncert ten odbył się w „innym świecie”, diametralnie innych czasach i że było to milion lat temu. Skąd to wrażenie? Rzut do oka do pożółkłych kalendarzy. Prezydentem RP był jeszcze Aleksander Kwaśniewski, premierem Leszek Miller, selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Paweł Janas, a grali w niej Jacek Krzynówek, Maciej Żurawski i Jerzy Dudek. Najpopularniejszym sportowcem był Adam Małysz, a największą i „najnowocześniejszą” halą koncertową… katowicki Spodek. Tamtej wiosny Polacy ekscytowali się pierwszym politycznym spektaklem medialnym śledząc wielogodzinne transmisje z przesłuchań komisji śledczej tak zwanej „Sprawy Rywina”. Nucili przebój radiowy „Żałuję” Eweliny Flinty, a do kina wybierali się na wchodzący właśnie na ekrany „Matrix Reaktywacja”. Tak, to było naprawdę dawno temu.

Dziś mija piętnaście lat od pierwszego na polskiej ziemi koncertu Petera Gabriela. Ten nieszablonowy muzyk i wybitny artysta popkultury, autor kilkunastu światowych przebojów, twórca kilku przełomowych dla muzyki popularnej albumów, założyciel i pierwszy wokalista zespołu Genesis zagrał na żywo 30 maja 2003 roku na stadionie poznańskiego Lecha. I był to niewątpliwie wielki wieczór, poprzedzony długim niecierpliwym oczekiwaniem, stopniowaniem napięcia i rosnącą z każdym tygodniem ekscytacją, począwszy od pewnego grudniowego dnia, gdy koncert ten na antenie radiowej trójki zapowiedział Piotr Kaczkowski.

Peter Gabriel wracał wówczas do aktywności. Wydany we wrześniu 2002 roku album „Up” był pierwszym regularnym albumem od wydanego dziesięć lat wcześniej „Us”, a trasa „Growing Up” pierwszą od spektakularnej „Secret World” z lat 1993/4. Na ten powrót czekało kilka milionów słuchaczy na całym świecie. I to był ten moment, kiedy Gabriel wracał jeszcze pełen energii, typowej dla siebie artystycznej arogancji, pomysłowy, błyskotliwy i w formie godnej Mistrza. Po raz kolejny udowodnił, że studyjne nowinki i muzyczne mody potrafi podporządkować sobie w taki sposób, by stworzyć muzykę świeżą, zaskakującą, brzmiącą nowocześnie, a przy tym utrzymaną w pewnym charakterystycznym dla siebie stylu i trudną do gatunkowego zaszufladkowania. Nowa muzyka miała stanowić kręgosłup repertuaru tamtej trasy. Peter obudował go obszernym przekrojem całej swojej solowej twórczości. Do Poznania przyjechał z pełnym setem, ale mocno okrojoną oprawą na której przyjęcie nie był wówczas przygotowany żaden polski obiekt koncertowy. Występ w naszym kraju miał przez to wyjątkowy smak. Tak wspominałem go w książce biograficznej „Świat realny, świat sekretny”:

„Gabrielowi musiało bardzo zależeć na tym, aby zagrać dla polskiej publiczności, gdyż wyjątkowo zgodził się na występ na otwartej przestrzeni (trasa była halowa) i zrezygnował z niemal wszystkich wizualnych dodatków, a nawet ze swojej ulubionej okrągłej sceny. Zmodyfikował też odrobinę set, ale to już za namową Piotra Kaczkowskiego, który celowo przekazał Peterowi listę z wynikami głosowania słuchaczy ‘minimaxa’ w tak zwanym ‘topie Gabriela’. W pierwszej piątce topu polskich fanów znalazły się: Don’t Give Up, Red Rain, Biko, Solsbury Hill i Mercy Street. Na koncertach pojawiały się trzy z nich. Gabriel uznał że to za mało, więc na dzień przed poznańskim występem, podczas wieczornej próby dźwięku w kilkadziesiąt minut przypomniał zespołowi jak wykonuje się Biko i 30 maja włączył go do repertuaru. Ze smaczków wizualnych pozostała tylko „skacząca kula”, choć i w tym przypadku Gabriel sporo ryzykował, bo na tradycyjnej prostokątnej scenie jeszcze nigdy nie skakał. ‘W Poznaniu wystąpię na scenie, która będzie miała inny kształt, więc niewykluczone że z niej spadnę’ – dowcipkował na konferencji prasowej. Nie dość, że nie spadł, to jeszcze dzięki zubożeniu ‘technologicznego teatru’ udowodnił, że siłą jego koncertów i tak ciągle przede wszystkim jest muzyka.”

Czterdzieści lat minęło…

Czterdzieści lat temu, 15 sierpnia 1975 roku w brytyjskich mediach ukazał się artykuł „Odejść. Niech odejdą anioły – dociekania”, w którym Peter Gabriel oficjalnie ogłosił swoje odejście z zespołu Genesis. Pisałem o tym okresie w biografii „Peter Gabriel. Świat sekretny, świat realny” (wyd. Anakonda 2013).

Fragment rozdziału „Brytyjska wyprzedaż, baranek ofiarny”

(…)

Na scenie wszystko wyglądało tak dobrze, jak nigdy przedtem, ale kłopoty wykluły się w życiu prywatnym. Świat Genesis pochłaniał Petera absolutnie, jego myśli bez przerwy krążyły wokół tworzenia, nagrywania, koncertowania, a na życie rodzinne notorycznie brakowało czasu i energii. Z każdym miesiącem Jill coraz częściej czuła się poszkodowana i odtrącona, tym bardziej, że jej działalność zawodowa nie układała się tak dobrze, jak Peterowi. Można nawet powiedzieć, że w ogóle się nie układała. Gdy do sklepów trafiał piąty krążek Genesis, Jill zaszła w ciążę i przez pewien czas wierzyła, że życiową rolą, której się odda i w której wreszcie się sprawdzi, będzie rola matki i żony. Nie chciała jednak, będąc w stanie błogosławionym, pozostawać samotnie w domu, więc jesienią ’73 zabrała się z zespołem na trasę koncertową. Ten zabieg tylko pogorszył relacje między nią a Peterem. Jill zdawała się nie pamiętać, że jej małżonek w trakcie tournee jest przede wszystkim muzykiem, frontmanem zespołu i jego terminarz siłą rzeczy określają próby dźwięku, spotkania z fanami, wywiady i wyczerpujące wieczorne występy. Czasu na bycie czułym mężem w tym koncertowym tyglu nie pozostawało zbyt wiele. Tymczasem rozchwiana emocjonalnie z powodu ciąży, dręczona frustracją wynikającą z niepowodzeń zawodowych i nieustannego bycia w cieniu męża, Jill wpadła w ramiona innego mężczyzny. Krótkotrwały romans z jednym z technicznych grupy stanowił niewątpliwie krzyk rozpaczy, niezbyt mądrą, ale jednak skuteczną próbę zwrócenia na siebie uwagi.

Czy pojawiła się wówczas groźba rozwodu? Jeśli nawet, to niewielka i krótkotrwała. Jill przyznała się do dramatycznego „skoku w bok”, Peter wiedząc, że nie jest bez winy postanowił jej wspaniałomyślnie wybaczyć, a chybotliwy związek miały przecież niedługo scementować narodziny dziecka. Udana muzycznie, ale przykra pod względem prywatnym, trasa „Selling England by the Pound” zakończyła się wiosną ’74. Peter i Jill rozpakowali wówczas koncertowe walizki już w nowym domu. Postanowili wynieść się z głośnego Londynu na wieś niedaleko Bath. To tam najbliższe lata miała spędzić powiększająca się rodzina Gabriel.

*

Na odpoczynek i wiejską sielankę nie było jednak najmniejszych szans. Peter rozpakował walizki, z którymi w pierwszej połowie roku podróżował po Stanach Zjednoczonych, ale tylko po to, by po kilku dniach spakować je na nowo. Genesis mieli dosłownie cztery miesiące na przygotowanie nowego albumu, terminy wydawnicze i koncertowe goniły nieubłaganie. Chcąc nie chcąc, cała ekipa musiała ostro zabrać się do roboty. Wysoka i co gorsze zagrożona ciąża Jill nie mogła wpłynąć na zmianę planów i zespołowych zobowiązań. Sytuacja z wiosny ’74 roku stanowiła jednak zaledwie zalążek prawdziwych problemów. Okazało się bowiem, że grupa, mając świadomość zbliżającej się premiery albumu, którego jeszcze nawet nie zdążyła zacząć pisać, postanowiła ku niezadowoleniu Gabriela, wyjechać za miasto w poszukiwaniu spokoju i weny twórczej. Peter całe lato miał spędzić w wiejskiej posiadłości Headley Grange, a będąca w zaawansowanej ciąży Jill w Londynie. Taki układ już na samym starcie zwiastował duże kłopoty.

Jakby tego było mało o bardzo poważną zagwozdkę dla Gabriela postarał się amerykański reżyser William Friedkin. Spijający właśnie śmietankę olbrzymiego sukcesu „Egzorcysty” coraz słynniejszy filmowiec, dziwnym zbiegiem okoliczności zapoznał się z albumem „Live” i urzekła go opowiastka Petera wydrukowana w książeczce dołączonej do płyty. Wiosną ’74 wybrał się na koncert Genesis w Los Angeles, a latem niespodziewanie zgłosił się do wokalisty z propozycją współpracy. Ten, mimo stanu zapalnego w życiu prywatnym i ogromu pracy muzycznej, jeszcze bardziej niespodziewanie… postanowił ją przyjąć. Film nadal zajmował ważne miejsce w jego sercu, dlatego mimo absolutnego braku wolnego czasu, potraktował ofertę Friedkina jako tę właściwą, z gatunku „nie do odrzucenia”. Tłumaczył po latach: Friedkin po przeczytaniu mojej historyjki zadzwonił do mnie ze słowami: „Lubię sposób w jaki myślisz”. Znajdował się wówczas na fali, jego „Egzorcysta” święcił duże sukcesy, więc jako reżyser na topie miał wolną rękę, mógł zrobić co tylko chciał. Sądził, że zrewolucjonizuje Hollywood wprowadzając ludzi, którzy wcześniej nie pracowali w tym biznesie. W tamtym czasie zbierał różnych artystów i próbował zjednoczyć, sięgnął między innymi po ludzi z Paryża, zatrudnił Tangerine Dream, a mnie chciał jako człowieka od pomysłów. Ekscytowała mnie możliwość wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, bardzo chciałem w tym uczestniczyć. Genesis nie podzielali jednak entuzjazmu swojego lidera i trudno powiedzieć jak sprawy potoczyłyby się, gdyby nie zmiana planów Friedkina, który chyba jednak porzucił pomysł „rewolucji w Hollywood”. Peter, mimo zdecydowanego sprzeciwu grupy, poleciał do Stanów na spotkanie z reżyserem i dopiero na miejscu dowiedział się, że współpraca miałaby być bardzo swobodna i niezobowiązująca. Reżyser dawał do zrozumienia, że ze wspólnego filmu raczej nic nie wyjdzie. Myślę, że natknął się na pewne problemy, co jest normalne – tłumaczył po latach Gabriel. – Często ludzie zaczynają mówić o dużych rewolucjach, po czym twarda rzeczywistość okazuje się nie do ruszenia. Wokalista nieco rozczarowany szybko wrócił do Anglii, gdzie w posiadłości Headley Grange powstawały już nowe piosenki, a w londyńskim szpitalu Jill przygotowywała się do porodu.

Zespół o dziwo znakomicie funkcjonował pod presją w tych trudnych, niepewnych okolicznościach. Posiadłość Headley Grange, własność muzyków Led Zeppelin, w przeszłości pełniła funkcję przytułku, a w latach siedemdziesiątych była zdewastowaną przez szalonych rockmanów ruderą – królestwem szczurów i wszelkiego robactwa. Grzecznym chłopcom z Genesis nie przeszkadzało to jednak w tworzeniu, a chyba wręcz przeciwnie, gdyż premierowe fragmenty muzyki powstawały szybko i w dużych ilościach. Po kilku tygodniach prób podjęto decyzję o wydaniu dwupłytowego albumu koncepcyjnego. Idea przypadła do gustu całej grupie (z wyjątkiem Steve’a Hacketta), a szczególnie Peter upatrywał w tym zabiegu możliwość nadania dziełu jednolitego charakteru. Twierdził: Po prostu czułem, że potrzebujemy historii. Wyszedłem z założenia, że tylko nadając muzyce wspólny cel, jakąś wiodącą ideę osiągniemy mocny efekt. Albumy koncepcyjne ciągle cieszyły się sporym zainteresowaniem i szacunkiem. O ile w kwestii wydania albumu koncepcyjnego osiągnięto porozumienie, o tyle dłuższy czas muzycy nie mogli ustalić, jaką historię opowiedzą i kto będzie odpowiedzialny za jej stworzenie. Wtedy oczywiście rozpoczęły się nasze zwyczajowe dyskusje na temat demokratycznego podejścia do pracy. Mnie towarzyszyło przekonanie, że to ja powinienem spróbować pokierować całą historią.

Rozpalona propozycją Friedkina filmowa wyobraźnia Gabriela znów dała o sobie znać. Sprawnie argumentujący wokalista niebawem przekonał, że to właśnie on powinien zająć się pisaniem tekstów i to tym razem na zasadzie monopolu. Nie minęło kilka dni, a w jego głowie pojawił się wstępny pomysł na ambitny koncept, który kilka miesięcy później określił fabularną i literacką zawartość albumu „The Lamb Lies Down On Broadway”. Prace ruszyły pełną parą. Kwartet instrumentalistów spokojnie pracował nad muzyką, a Gabriel w pocie czoła pisał teksty, od czasu do czasu starając się też dorzucić przysłowiowe „trzy grosze” również do „ogródka dźwiękowego”.

To w tym okresie pojawiła się bardzo poważna rysa, która za jakiś czas miała doprowadzić do odejścia Petera z Genesis. Wokalista w lipcu ’74 za sprawą żony i dziecka znalazł się jedną nogą w innym, bardziej realnym świecie. Świecie nieznanym i nierozumianym przez jego kompanów. Jeszcze wtedy musiał podjąć próbę sprawnego funkcjonowania w obu światach –realnym (rodzina) i odrealnionym (zespół), ale jak miała pokazać przyszłość, takie połączenie miało się udać po raz ostatni. Narodziny pierwszego dziecka rozpoczęły proces poważnych przemian zachodzących w wokaliście.

Już sam fakt pojawienia się potomka miał prawo przewartościować jego świat i życiowe priorytety, tymczasem okoliczności porodu jeszcze spotęgowały emocjonalny ładunek tego wydarzenia. Peter w krótkim czasie musiał poradzić sobie z wrażeniami podniesionymi do drugiej, a nawet trzeciej potęgi. Córeczka Anna nie zdążyła się jeszcze urodzić, a lekarze prowadzący ciążę ostrzegli, że dziecko może umrzeć. Gdy przyszła na świat po długim i trudnym porodzie[1], zamiast w ramiona mamy, trafiła na długie tygodnie do inkubatora. Nie można się więc dziwić, że Peter niemal nieustannie kursował między Headley Grange (później Walią[2]) a londyńskim szpitalem. Dla mnie cała ta sytuacja była dramatyczna – żalił się po latach. – Moja żona pamiętała, że przed porodem nie towarzyszyłem jej, bo pracowałem z zespołem. Zespół z kolei pamiętał, że wiecznie mnie nie było, bo wyjeżdżałem, aby wspierać żonę. A ja ciągle podróżowałem, spędzając w samochodzie na wyboistych drogach po kilka godzin dziennie.

Narodziny dziecka okazały się wydarzeniem bardzo trudnym, być może nawet traumatycznym. Dziewczynka przyszła na świat z pępowiną owiniętą wokół szyi, wodą w płucach, wykazując objawy zapalenia opon mózgowych. Porodowi towarzyszyły liczne komplikacje – wspominał Peter. – Jill dostała zastrzyki i zakażono ją igłą. Anna po urodzeniu przypominała jakąś zieloną grudkę, została zawinięta w folię niczym kości od kurczaka i przeniesiona do inkubatora. Przez pierwsze dni nawet Jill nie pozwolono zobaczyć dziecka. Podobno lekarze wychodzili z założenia, że lepiej aby nie zawiązała się więź emocjonalna, tak duże było ryzyko śmierci Anny. Anna, mimo fatalnego przyjścia na ten świat, okazała się silniejsza niż sądzili lekarze. Przetrwała najgorszy kryzys i niebawem zaczęła rozwijać się prawidłowo, jak zdrowe dziecko. Na to przełamanie trzeba było jednak poczekać kilka miesięcy – długich miesięcy niepewności tak dla Jill, jak i dla Petera, który choć w nowej dla siebie roli ojca spisywał się bardzo dzielnie, również potrzebował wsparcia.

Na wsparcie na pewno nie mógł liczyć ze strony zespołu. Genesismani w pocie czoła pisali muzykę budując kolejny album i nie zamierzali specjalnie wspierać Petera. Wręcz przeciwnie, zamiast wzajemnego zrozumienia, coraz częściej w zespole pojawiały się wzajemne pretensje. Grupa złościła się, że Gabriel nie poświęca pracy nad albumem wystarczającej ilości czasu i energii, wokalista z kolei miał żal o egoizm swoich kompanów, dla których nowy album był ważniejszy niż dobro jego rodziny. Gdy Anna walczyła o życie, my nagrywaliśmy akurat w Walii. Drogi były koszmarne, ale ja i tak przy każdej okazji wsiadałem w samochód i jechałem do Londynu. Grupa nie była zadowolona, że tak często wyjeżdżam. Niby wiedzieli, że sprawa jest poważna… ale tu w ogóle nie było o czym rozmawiać, skoro po jednej stronie szali znajdowało się życie mojego dziecka, a po drugiej płyta. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, co jest moim priorytetem. Niemniej jednak wszystko to sprawiało, że traciłem grunt pod nogami. Grunt być może tracił, ale równowagę zachował. Na ile mógł, dbał o rodzinę, a w „godzinach pracy” stworzył dzieło, koncept science – fiction, który zabił ćwieka sympatykom muzyki rockowej na całym świecie i do dnia dzisiejszego stanowi jedną z najbardziej fascynujących tajemnic w historii muzyki rockowej.

(…)

Odejście Gabriela z Genesis wisiało w powietrzu już od dłuższego czasu. Od początku prac nad „Barankiem” niemal każde kolejne wydarzenie tak artystyczne, jak i prywatne, tylko przybliżało moment rozejścia z zespołem. Peter znalazł się na wylocie w momencie, gdy Jill zaszła w ciążę, a jego kompani nie chcieli podporządkować planów muzycznych nowej sytuacji. Po raz pierwszy stwierdził, że opuszcza grupę na samym starcie prac nad „The Lamb”, gdy dostał filmową propozycję od Friedkina, a genesismani stwierdzili, że nie ma możliwości zawieszenia operacji pod tytułem „nowa płyta”. To wtedy wokalista po raz pierwszy poczuł się niczym uwięziony w klatce. Klatce którą sam zbudował. Rockowa maszyna o nazwie Genesis zawłaszczyła go do tego stopnia, że nie mógł doglądać brzemiennej żony, ani podjąć nowych artystycznych wyzwań. Wówczas do rozstania nie doszło i dobrze, bo łatwo byłoby oskarżyć Petera o najzwyklejsze w świecie porzucenie pracy, obowiązków i bądź co bądź przyjaciół, bez których nie osiągnąłby sukcesu. Co się jednak odwlecze… to nie uciecze, ale już w rozsądniejszej formie.

Wokalista dał z siebie absolutnie wszystko w okresie powstawania „The Lamb”. Jakimś cudem pogodził twórczą mordęgę z towarzyszeniem żonie w ostatnich miesiącach ciąży. Jesienią ’74 wyruszył w olbrzymie światowe tournee, po raz ostatni pełniąc funkcję frontmana Genesis. Wiedział jednak, że dotarł do skraju przepaści, do symbolicznej ściany i że w kierunku, w którym konsekwentnie podążał od sześciu lat, nie może już postawić nawet jednego kroku. Niepokorny, artystyczny charakter Gabriela wziął tu górę nad aspektami biznesowymi i karierą. Genesis po „The Lamb” stał się wreszcie dużym zespołem, znanym, lub chociaż kojarzonym niemal na całym świecie. Wielka sława i duże pieniądze pokazały się na horyzoncie, w bardzo nieodległej perspektywie. Peter nie rozumował jednak w ten sposób, dla niego poczucie zniewolenia i wypalenia, ale też silna potrzeba odmiany okazały się istotniejsze. Wsłuchał się w potrzeby serca i ducha, nie portfela.

Mimo wrodzonej skrytości tym razem nie trzymał swojej decyzji zbyt długo w tajemnicy. Zespół dowiedział się, że niebawem straci swojego lidera w grudniu ’74, mniej więcej w połowie trasy. Poszedłem do Tony’ego Smitha[3] i powiedziałem mu, że odchodzę – wspominał tamte trudne rozmowy. – Próbował mnie przekonywać, żebym poczekał jeszcze jakiś czas. Ja jednak stanowczo stwierdziłem, że to koniec. Reszta grupy dowiedziała się kilka dni później, gdy byliśmy w Kanadzie. Wiadomość, choć przykra dla zespołu, nie przełożyła się na jakość koncertów. Trasa promująca „The Lamb” doczekała szczęśliwego finału w maju 1975 roku. To były niewątpliwie najbardziej spektakularne koncerty w historii Genesis. Zespół po raz pierwszy dysponował wówczas ekranami i rzutnikiem, dzięki czemu muzyka doczekała wizualizacji w postaci pokazu slajdów. Peter grał oczywiście Raela, co nie wymagało specjalnej pomysłowości, gdyż kostium bohatera „The Lamb” to po prostu typowy dżinsowo – skórzany strój (dżinsowe spodnie i skórzana kurtka). Tylko twarz wokalisty wymagała specjalnej charakteryzacji, bo aby przypominała Portorykańczyka trzeba było nanieść na nią sporo ciemnych kolorów. Mimo wszystko sympatycy bardziej wyszukanych strojów też otrzymali smakowite kąski. W utworze „The Lamia” pojawiał się efekt „wirującego roju”, jaki Peter osiągał wkładając na siebie kostium w kształcie stożkowatego namiotu, a rzucane nań światło z reflektorów „uruchamiało” intrygujące grafiki zdobiące „namiot”. Interesujący okazał się też kostium Slippermana, przywdziewany pod koniec spektaklu. Groteskowa morda, olbrzymie genitalia i dziwaczne wybrzuszenia miały prawo zarówno bawić jak i niepokoić co bardziej wrażliwych widzów[4].

Ostatnie występy miały miejsce we Francji. Gabriel mocno przeżywał rozstanie z Genesis, ale na nic zdały się przekonywania kolegów, aby został. Podczas tamtych koncertów miałem ściśnięte gardło – przyznawał się do wzruszenia. – Czułem, że kończy się pewien etap w moim życiu. Nie miał jednak żadnych wątpliwości – musiał odejść i nic nie mógł wskórać Tony Banks, który kilkukrotnie starał się wpłynąć na zmianę decyzji przyjaciela. Muzyczny świat dowiedział się o odejściu Petera jesienią ’75 i wówczas większość dziennikarzy przewidywało koniec Genesis. W ogólnej opinii to Gabriel trzymał wszystkie zespołowe asy we własnym rękawie. Niebawem miało okazać się, że to jednak grupa szybciej się odrodzi i znajdzie nowy artystyczny język. Miejsce przy mikrofonie zajął Phil Collins.

Peter nie zamierzał się z nikim ścigać. Gdy jego koledzy na początku 1976 roku wydawali album „A Trick of the Tail”, który miał stanowić dowód, że szyld poradzi sobie bez byłego lidera, on odpoczywał dopiero zastanawiając się nad kształtem dalszej działalności. A miał nad czym się głowić, gdyż targały nim różne wątpliwości. Już w pożegnalnym liście napisanym do mediów po opuszczeniu Genesis pisał dosyć chaotycznie, z typową dla siebie niejasnością. Skupił się na dementowaniu i wymienianiu rzeczy, których nie chce robić. Sprecyzowanych planów na przyszłość nie miał. Doskonale jednak wiedział o czym myślą ludzie i próbował ucinać wszelkie spekulacje zapewnieniami: Poniższe zgadywanki nie mają nic wspólnego z rzeczywistością – Gabriel odszedł z Genesis aby: 1. Zająć się pracą w teatrze, 2. Zarobić więcej pieniędzy na karierze solowej, 3. Zostać kimś takim jak Bowie, 4. Zostać kimś takim jak Ferry, 5. Zawiązać sobie futrzane boa i powiesić się na nim, 6. Iść do przytułku na państwowy wikt, 7. Popaść w starczą sklerozę i chodzić o lasce. Z tej żartobliwej wyliczanki na dłuższą metę niewiele wynikało, może oprócz tego, że Gabriel nie zatracił poczucia humoru i że uwolnił się z biznesowego zakleszczenia. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma zamiar urodzić się na nowo.

 

[1] 26 lipca.

[2] Zespół pod koniec prac nad „ The Lamb” (miks materiału) wyjechał do walijskiego studia.

[3] Nie mylić z Tonym Strattonem Smithem szefem Charismy. Tony Smith to menadżer, który w 1973 roku zajął się sprawami Genesis, odciążając z wielu zadań organizacyjno – finansowych Strata. Ten był przecież szefem wydawnictwa i nie mógł opiekować się tylko jednym zespołem.

[4] Niepokoiły też Phila Collinsa, który złościł się, że kostiumy są już tak wymyślne i tak nieporęczne, że Peter ma problemy ze śpiewaniem i trzymaniem mikrofonu. Miał sporo racji.