Wpisy

Amarok – Hunt (recenzja)

AMAROK – Hunt

 

20180824_161258

Zastanawiałem się, czy w ogóle jeszcze pisać o tej płycie, bo jestem spóźniony już ponad rok. To premiera z ubiegłorocznego lata (czerwiec, 2017). Po zakończeniu pracy nad monografią Riverside doświadczyłem czegoś, co nazwałby zmęczeniem materiału w kwestiach muzycznych. W latach 2004-2016 śledziłem to co dzieje się na polskim rynku muzycznym z silnym odchyłem w stronę tak zwanej „(nieistniejącej) sceny progresywnej” i nie wiem czy przedawkowałem, czy może jednak w ostatnich latach jest po prostu mniej interesujących premier niż wcześniej… a może jedno i drugie. Tak czy inaczej na dobre dwa lata wyłączyłem się z tego i docierały do mnie wieści tylko o pojedynczych wydawnictwach, po które nieczęsto sięgałem. O ubiegłorocznej premierze „Hunt” Amarok tylko słyszałem, ale z płytą się wtedy nie zapoznałem. Dopiero tego lata na koncercie w Koninie, gdzie Amarok wystąpił przed Riverside, byłem zmuszony do wysłuchania tej muzyki i muszę przyznać, że bardzo dobrze się stało. Zagrali bodaj pięćdziesięciominutowy set, który przypomniał mi, że w Polsce poza Riverside istnieje jeszcze jakieś muzyczne życie i że „grać się potrafi”. I co jeszcze ważniejsze – potrafi się komponować. Z Konina wróciłem z albumem. Chciałem sprawdzić, czy wersja studyjna tej wizji muzycznej jest równie dobra, co koncertowa. Jedno przesłuchanie wystarczyło, żebym utwierdził się, że „Hunt” to kolejny w ostatnich kilkunastu latach dowód na to, że polscy muzycy mają dar do komponowania muzyki niebanalnej, bogatej w smakowite, różnorodne wpływy stylistyczne, muzyki starannie przemyślanej, konsekwentnej i naładowanej emocjami, która… ni cholery nie może zaistnieć. Tę ostatnią kwestię bym zostawił i nie rozwijał jej, bo jest ona raczej punktem wyjścia do niekończącej się i nie mającej szans na szczęśliwą puentę debaty na temat polskiego (i nie tylko) rynku muzycznego. Tak czy inaczej, po chwili wahania, doszedłem do wniosku, że „Hunt” jest płytą o której warto napisać i opowiedzieć, choćby nawet minęło kilka lat po premierze. Jeśli jest możliwość, że ktoś jeszcze tego albumu nie zna, a docenia tego typu klimaty muzyczne, i dopiero teraz po album sięgnie, to na pewno warto.

Liderem projektu jest Michał Wojtas, którego znam zarówno z wcześniejszych prób artrockowych pod szyldem Amarok, jak również z bardzo dobrej popowej płyty „Wilderness” zespołu Uniqplan. Wojtas jest kompozytorem, wokalistą i gitarzystą chętnie sięgającym również po nietypowe instrumentarium. Wspomnę chociażby harmonium i theremin, o których nieco opowiadał na konińskim koncercie. Oba te instrumenty włączane z pomysłem ciekawie urozmaicają brzmienie. W składzie są jeszcze Marta Wojtas (autorka tekstów i odpowiedzialna w dużym stopniu za obsługę syntezatora perkusyjnego) oraz Paweł Kowalski (perkusja).

„Hunt” to godzinna porcja muzyki podzielona na dziewięć utworów tworzących bardzo konsekwentny blok dźwiękowy. Powiedziałbym że jest to muzyka przestrzenna, mroczna i nostalgiczna. Łączą się w niej elementy elektroniczne i etniczne. Sporo tu ze smakiem włączonych orientalizmów. Są chwile gdy przywodzi to na myśl „Passion” Petera Gabriela, a momentami jest to bukiet dźwięków, który można by postawić na jednej półce obok Lunatic Soul. Z resztą Mariusz Duda lider LS pojawia się gościnnie jako współkompozytor i wokalista w piosence „Idyll”. Drugim równie znamienitym gościem jest Colin Bass śpiewający w utworze „Nuke”, który wraz z Michałem Wojtasem skomponował. Obaj goście bardzo dobrze wpisali się w orientalno – elektroniczną nostalgię określającą konwencję albumu.

To co w największym stopniu zaintrygowało mnie w tej muzyce, to inteligentna konstrukcja utworów, doskonale zbudowana dynamika, niespieszne i konsekwentne tworzenie nastroju oraz doskonały balans między różnorodnymi elementami – zarówno brzmieniowymi jak i stylistycznymi. Ramy kompozycji są tu tylko delikatnie zarysowane. Większa część płyty to granie instrumentalne, konstrukcji typowo zwrotkowo-refrenowych prawie tu nie ma i tym bardziej imponuje fakt, że mimo tej swobody, utwory bardzo płynnie i logicznie się rozwijają. Wizja muzyczna Wojtasa musiała być bardzo precyzyjna, bo od pierwszych sekund zespół jest niczym lokomotywa wjeżdżająca na odpowiednie tory i już do końca się tych torów doskonale trzymająca. Przejazd tą lokomotywą nie jest szalonym wyścigiem, to raczej dostojny, niespieszny spacer po uroczych, czasem subtelnych, czasem monumentalnych „krajobrazach”, z możliwością spokojnego nasycania się dźwiękowym bogactwem. Atutem są wokale, zarówno Dudy i Bassa, jak i samego Michała Wojtasa, który ma bardzo ciekawą barwę pasującą do tego typu muzyki. Kapitalną robotę wykonują dźwięki syntetyczne, dobywane choćby z wavedrum – syntezatora perkusyjnego obsługiwanego najczęściej przez Martę Wojtas. Gdzieniegdzie smakowicie pobrzmiewa harmonium, czasami dosłyszeć można też z wyczuciem użytego thereminu, a dla równowagi mamy na przykład gitarę akustyczną lub pianino. Ładnie się to wszystko komponuje w jeden oryginalny bukiet. Wielkim atutem większości utworów są partie gitar. Wojtas jest niewątpliwie bardzo zdolnym gitarzystą, lubującym się w stylu „gilmourowskim”, serwującym przemyślane i perfekcyjnie zagrane partie oparte na charakterystycznych, często po prostu uroczych melodiach. Z resztą tę płytę w dużym stopniu określają właśnie bardzo dobre melodie. Właściwie nie ma tu kompozycji, w której nie znajdowałaby się taka wisienka na torcie w postaci chwytającej melodii, charakterystycznego zaśpiewu, zapadającego w pamięć motywu, czyli tego wszystkiego co stanowi języczek u wagi dobrego utworu.

Moim faworytem na „Hunt” jest utwór tytułowy. Ta przyczajona na końcu płyty, trwająca prawie osiemnaście minut, logicznie rozwijająca się i hipnotyzująco narastająca kompozycja mogłaby stanowić wizytówkę albumu, będąc niemalże przeglądem wszystkich elementów stylu i odcieni klimatu zaproponowanych przez Amarok. Na niespiesznie serwowanych akordach keyboardów i audio-sampli głos lektora pokrótce streszcza przesłanie całej płyty (zagubienie emocjonalne w niesatysfakcjonujących relacjach ograniczonych do świata wirtualnego i social mediów). Łagodny wokal Wojtasa dobrze kontrastuje z dźwiękami syntetycznymi. Pojawiają się też dynamizujące dźwięki syntezatora perkusyjnego, całość niespiesznie narasta, by doprowadzić do kulminacji – najpierw w ósmej minucie wchodzi śliczne solo gitarowe, a później w dwunastej minucie dostajemy prawdopodobnie najładniejszą na całym albumie partię wokalną Wojtasa. Zamknięcie z adekwatnym perkusyjnym przytupem zawsze przynosi mi odrobinę rozczarowania, bo „Hunt” ze swoim bardzo sugestywnym klimatem, bogactwem melodii i nienarzucającą się dynamiką należy do tych utworów, które mogłyby trwać, jak to mawiał Piotr Kaczkowski, do końca świata. Ale przecież kiedyś musi się skończyć.

„Hunt” Amarok, pomijając Riverside i Lunatic Soul, to pierwsza od kilku lat płyta, która mnie szczerze zaintrygowała i zachwyciła. Naprawdę dawno nie słuchałem „premierowej” płyty niszowego artysty z taką przyjemnością. Trzymam kciuki, żeby to się nie tylko artystycznie, ale również komercyjnie fajnie rozwijało. O ile w tym pierwszym przypadku jestem raczej spokojny (podobno trwają pracę nad kolejnym albumem), to z tym komercyjnym rozwojem może być bardzo ciężko… ale to już nie jest wina Michała Wojtasa i jego ekipy.

RIVERSIDE. Love, Fear and the Time Machine (recenzja)

 

Love fear okładka

Kompresja bezstratna

Droga większości najbardziej utalentowanych grup progresywnych nie ogranicza się tylko do eksploracji wypracowanego stylu, ale wiąże się też z nieustanną ewolucją kompozytorsko – wykonawczą. Riverside mimo licznych powiązań stylistycznych i inspiracji, właściwie od samego początku cechował się własnym pomysłem na muzykę. Pomysłem charakterystycznym, ale też bardzo „plastycznym”, podatnym na zmiany. Gdy ukazał się album „Second Life Syndrome” trudno było nie zauważyć, że Riverside doprowadził do perfekcji swój oryginalny, „startowy” pomysł na spójne połączenie skrajnych stylistyk neoprogresywnej i progmetalowej. Gdyby charakter zespołu nie był progresywny, a styl nastawiony na ewolucję, byłby to ostatni udany album w dorobku Riverside (albo i ostatni w ogóle). Cztery lata później ukazała się płyta „Anno Domini High Definition” i wówczas nie dało się nie zauważyć, że grupa po raz drugi nagrywając materiał wybitnie udany, znów dotarła do ściany – że dynamiczniej, szybciej i ciężej w obrębie tego stylu już się nie da. Warto zwrócić uwagę, że w obu przypadkach obie te szczytowe płyty poprzedzały albumy w pewnym sensie nakreślające nowe kierunki, przygotowujące do dzieła głównego („Out of Myself” i „Rapid Eye Movement”). Dwa i pół roku temu „Shrine of New Generation Slaves” ukazał nową drogę. Ruszył proces muzycznej kompresji. Zespół, który dotychczas najszerszą i najbarwniejszą paletę możliwości ukazywał w kilkunastominutowych kompozycjach, rozpoczął rewolucję konstrukcyjną, której cel stanowiło przekazanie wszystkich swoich atutów w krótszych formach. „SoNGS” był trzecim po „Out of Myself” i „Rapid Eye Movement” albumem badającym grunt, przygotowującym do dzieła głównego. „Love, Fear and the Time Machine” jest krokiem naprzód w stosunku do „SoNGS”, rozwija i precyzuje rozpoczęty na poprzedniej płycie proces przenoszenia rozmachu i gęstości nowoczesnej progresji z formy suity, do sześcio – ośmiominutowej kompozycji. To „uproszczenie”, które przyniosła w pewnym stopniu „SoNGS”, a teraz już w pełnej krasie prezentuje „Love, Fear and the Time Machine”, można określić mianem „kompresji bezstratnej”. „Kompresji” – bo utwory są krótsze, dźwięków w sumie mniej – ale „bezstratnej”, bo muzyce żadna krzywda się nie stała. Wręcz przeciwnie. Riverside który zawsze imponował „porządkiem” zarówno w obrębie kompozycji, jak i w konstrukcji całych albumów, nigdy wcześniej nie był tak dobrze poukładany instrumentalnie, tak konkretny, tak „trafny”. Na tej płycie nie ma chyba jednego zbędnego dźwięku.

Na „Love, Fear and the Time Machine” znajduje się dziesięć kompozycji, całość trwa dokładnie godzinę (szósta płyta, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut muzyki). Po raz pierwszy na regularnym albumie Riverside znajduje się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy żadna z nich nie trwa powyżej dziesięciu minut. Tym razem optymalny czas dla kompozycji to około sześciu – siedmiu minut i w tych „dystansach” grupa serwuje różne formy konstrukcyjne. Są tu oczywiście formy piosenkowe, gdzie atutem są nośne refreny, jak choćby otwierający „Lost (Why I Should Be Frightened By a Hat?)”, przebojowy „Discard Your Fear”, czy mega-przebojowy „#Addicted”, ale są też formy nieco inaczej zbudowane, a przy tym niewiele dłuższe. Dużo o nowym pomyśle stylistycznym Riverside mówią dwa utwory: „Caterpillar and the Barbed Wire” i „Saturate Me” (tracki nr cztery i pięć, kto wie, czy wraz z trzecim „#Addicted” nie jest to najlepszy fragment albumu). W obu mamy zarówno błyskotliwe fragmenty „piosenkowe”, jak i doskonałe partie instrumentalne. Szczególnie interesujący jest ten pierwszy numer: zbudowany wokół mięsistego basowego riffu, z jednej strony zawiera wiele klasycznych elementów rozpoznawalnego stylu Riverside, ale też zaskakuje kilkoma ciekawymi nowinkami (nietypowe dla grupy rozegranie refrenów). Utwór wieńczy wyborny dwuminutowy instrumental, w którym kwartet mocno rozwija skrzydła (monumentalna partia Łapaja na tle „krzyczącej” gitary Grudzińskiego i wyeksponowanej, łamiącej rytm sekcji). W pełnym kontrastów „Saturate Me” jest odwrotnie: utwór otwiera partia instrumentalna, która przypadnie do gustu tym, którzy wolą Riverside w zadziorniejszej, bardziej demonicznej formie (porykuje tu Hammond, gitary biczują ciętymi riffami). Wraz z pojawiającym się wokalem Dudy numer łagodnieje, robi się przestrzennie. W siedmiu minutach grupa eksponuje tu wiele swoich największych atutów – bogactwo melodyczne zarówno w liniach wokalnych, jak i w krótkich partiach solowo-instrumentalnych, tendencje do gwałtownych zmian dynamiki (od elementów hard/progmetalowych aż po niuanse niemalże ambientowe).

Album sprawia wrażenie, jakby składał się z dwóch części. Pierwsza połowa (pięć numerów, do „Saturate Me” włącznie) jest dynamiczniejsza, cięższa. Na szóstym tracku umieszczono mroczny, leniwy „Afloat” sprawiający wrażenie punktu granicznego, bufora między pierwszą, a drugą częścią płyty. Ten numer przerywa ciąg dynamiczniejszych utworów. Album od tego momentu powoli będzie się wyciszał, choć siódmy „Discard Your Fear” jest numerem jeszcze dosyć energetycznym, a w ósmym „Towards the Blue Horizon” znajdują się fragmenty również bardzo drapieżne. Przy tym drugim numerze warto się na chwilę zatrzymać, bo to najdłuższa tutaj kompozycja i przede wszystkim nieszablonowo skonstruowana. Otwiera ją żwawa partia gitary akustycznej i delikatny śpiew Dudy, ale nie jest to typowa riversajdowa ballada, do jakich przyzwyczaił nas zespół. Całość rozwija się, dołącza piano Łapaja i ostrożna perkusja Piotra Kozieradzkiego. W czwartej minucie utwór zupełnie zmienia charakter. Znika początkowa akustyczna sielanka, a wraz z zaborczą partią gitary Grudzińskiego i posępnymi akordami klawiatur, utwór przenosi się w rejony niemalże progmetalowe. Prawdziwie burzliwy jest ten fragment instrumentalny, ale tak jak po burzy nagle potrafi wyjrzeć słońce, tak i tu kompozycja niezauważalnie wraca do balladowej sielanki, by… na koniec znów postraszyć histeryczną zagrywką gitary Grudzińskiego i mrocznymi akordami klawiatur Łapaja. Istny rollercoster. Album wieńczą dwie ballady ostatecznie zwalniające tempo i wyciszające album. „Time Travellers” to najlepsza akustyczna ballada Riverside od czasów… hmmm… no właśnie. Powiedziałbym, że takiego cudeńka nie było od „The Time I Was Daydreaming”, a kto wie, może nawet od „In Two Minds”. Na „dobranoc” dostajemy balladę „z prądem”, której charakter może pełnić rolę wizytówki nastroju całego albumu. Określiłbym go mianem „smutnego optymizmu”, mocno podlanego nostalgią. Album wieńczą zatem dwie ballady, ale jakże inne – zasadniczo różniące się od siebie, jak również od poprzednich ballad w dorobku Riverside.

Nie ma na tym albumie żadnego „długasa”, żadnej klasycznej progresywnej suity, żadnego następcy „Second Life Syndrome”, czy „Left Out”, a mimo to album jest kompletny. Pamiętam opowieści Mariusza Dudy o tym, jak powstawał poprzedni album „SoNGS”. Płyta była już prawie gotowa, zespół miał wchodzić do studia, ale w repertuarze czegoś brakowało. Mariusz widział, że w kulminacyjnym momencie albumu jest jakaś wyraźna luka, dlatego w ostatnich dniach przed nagraniami powstał dwunastominutowy „Escalator Shrine”, który ostatecznie stał się szczytowym fragmentem płyty. Jasne jest więc, że jeszcze wówczas nie udało się udźwignąć całego albumu krótszymi numerami. Tym razem, jak widać, nie było już tego problemu. Zespół potrafił zawrzeć wszystko, co najciekawsze w kompozycjach sześcio – siedmiominutowych, nie wytrącając sobie przy tym żadnych najważniejszych atutów.

Cieszyć może też łatwo zauważalna dojrzałość wykonawcza. Bo skoro tym razem album miał być w większym stopniu podporządkowany „kompozycji”, to nie mogło tu zabraknąć wzmożonej dyscypliny instrumentalnej. Czasy nadpobudliwych szaleństw instrumentalnych z okresu „ADHD” minęły. Hammondy – znak rozpoznawczy Michała Łapaja – są tu złapane na krótką smycz. Michał nie gra tylu solówek co zwykle, a jego partie są wyważone, często nieco wycofane, mniej narzucające się, głęboko siedzące w ramach kompozycji. Inaczej gra też Piotr Kozieradzki, którego „przejścia” można policzyć na palcach jednej ręki. Jego styl gry został wyraźnie „przystrzyżony”, z korzyścią dla przejrzystości tych utworów. Takie „odchudzenie” partii poszczególnych instrumentów nie zaszkodziło kompozycjom – i tak są gęste i dużo się w nich dzieje – a świadczy o bardzo rozsądnej dojrzałości, jaka ujawniła się już poniekąd na „SoNGS”, a tu widać ją już chyba w pełnej krasie.

W związku z ukróceniem klawiszowych szaleństw Łapaja, album jawi się jako bardziej gitarowy. Odnoszę wrażenie, że Piotr Grudziński przygotowując partie gitar wyraźnie zmniejszył oczka w sicie, przez które przepuszcza swoje pomysły. I choć rola gitar również została nieco „skompresowana”, to nadal ten sam wszechstronny „Grudzień” potrafiący, jak mało kto, połączyć melodykę z dynamiką. W jego stylu gry pojawiły się nowe odcienie brzmieniowo – emocjonalne, bo wśród zabarwień neoprogresywnych, progmetalowych i hardrockowych, do których zdążył nas już przyzwyczaić, znalazły się też tym razem ostrożne wpływy post-rockowe. Paleta barw Piotra Grudzińskiego robi się coraz bogatsza, co w zestawieniu z również bardzo szeroką skalą możliwości Łapaja sprawia, że Riverside jawi się dziś jako zespół posiadający gigantyczne możliwości melodyczno – harmoniczne (patrz fragment instrumentalny „Caterpillar and the Barbed Wire”!).

Warto też zwrócić uwagę na nowe odcienie w palecie barw emocjonalnych muzyki Riverside. Wiadomo, że zespół od zawsze miał ambicję, aby łączyć różne, skrajne „żywioły” i stany emocjonalne. Hasło: „szept i krzyk, smutek i radość” towarzyszyło Riverside już w czasach trylogii. Długo był kłopot z delikatniejszym szkicowaniem stanów pośrednich, wymagających lekkiego niedopowiedzenia, i z „radością”, która sprawiała wrażenie stanu dla Riverside co najmniej trudno uchwytnego. Na „SoNGS” pojawił się „Feel Like Falling” przełamujący lekko tę barierę, na „Love, Fear and the Time Machine” jest „#Addicted”, numer brzmiący, jakby do worka stylistycznego Riverside ktoś dorzucił dwie solidne garstki stylu The Cure (szarpliwy riff basowy, dynamika) i stylu A-ha (linie wokalne w refrenach). Dużo tu światła, nieco lżejszego i właśnie niemalże radosnego grania. Przyjemną lekkość ma w sobie też ostatni „Found (The Unexpected Flaw of Searching) ” – choć cechuje go nostalgia spod znaku Pink Floyd, jest tu jaśniej, optymistyczniej.

Mariusz Duda, który tym razem podpisał się jako autor nie tylko tekstów, ale w ogóle wszystkich kompozycji, serwuje kilka bardzo mocnych, charakterystycznych i niebanalnych basowych riffów, często pełniących rolę punktu startowego i fundamentu utworów. Tak jest choćby w motorycznym „#Addicted”, gęstym „Caterpillar and the Barbed Wire”, czy znanym już „Discard Your Fear”. Wokale Dudy w przeważającej większości są łagodne, celowo odciążają zwykle dosyć gęstą sferę instrumentalną (najwyraźniej słychać to w drugiej części „Saturate Me”, gdzie na dynamicznej i gęstej „ścianie” dźwięku Duda podaje lekką, wieńczącą dzieło melodię).

Sferę konceptualno – tekstową określiłbym właśnie tak, jak określiłem charakter ballady „Found”, czyli jasne, w pewnym sensie dosyć optymistyczne spojrzenie na nostalgię. Nostalgię za latami minionymi. Kierunkuje nas tu głównie tekst ballady „Time Travellers”, w której Duda śpiewa: Wróćmy w świat / sprzed trzydziestu lat / I uwierzmy, że to był nasz czas. Celem podróży tej „Maszyny czasu” są więc lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie jest to jednak tęsknota za komuną i PRL-em, ale nostalgia za swoistą prostotą i logiką ówczesnych relacji, za tą wolną przestrzenią dla wyobraźni, której jeszcze wówczas nie zawłaszczyły sobie cuda nowoczesnej techniki i komunikacji, za czasami, kiedy dzieciaki nie miały smartfonów i playstation, ale potrafiły się świetnie bawić na byle trzepaku. Ta dosyć jasna, nieprzytłaczająca nostalgia za przeszłością, za okresem beztroskiego dzieciństwa określa część tekstów, choćby otwierający „Lost”, czy „Towards the Blue Horizon”. W „Saturate Me” i „#Addicted”, numerach stosownie dynamiczniejszych, pojawia się z kolei temat zagubienia człowieka w teraźniejszości, w czasach ponowoczesnego chaosu, co logicznie kontrastuje z nostalgią za poukładanym światem dzieciństwa. Jak zwykle u Dudy sporo tu błyskotliwych zwrotów („I-crowd patterns” pasowałby do nieformalnej „trylogii tłumu”, której album miał być częścią) i spostrzeżeń podanych nie-nachalną, sugestywną poetyką.

Czy to najlepszy album w dorobku Riverside? Pod względem realizacji założeń konceptualnych, konsekwencji rozwoju stylistycznego i jakości samego materiału jest to niewątpliwie jedno ze szczytowych dokonań grupy. Riverside stając się zespołem dojrzałym i konkretnym, nie utracił nic ze swojego entuzjazmu, rozmachu, błyskotliwości, wrażliwości na detale, rockowej mocy, progresywnej inteligencji i precyzji. Kompresja bezstratna. I tak naprawdę nie ma co wracać trzy dekady, do lat osiemdziesiątych. Czasy Riverside są na pewno tu i teraz, bo niewielu artystów na muzycznej scenie świata tak dobrze dziś rozumie problemy i rozterki współczesnego człowieka, jak panowie z Rzekibrzegu.