Wpisy

RIVERSIDE – Wasteland Tour 2018

20181013_215455

Ruszyli. Z nową muzyką, nową produkcją i nowym nastawieniem. Post-apokaliptyczny świat premierowej muzyki Riverside zyskał najlepszą w historii zespołu oprawę koncertową. Pierwsze koncerty „Wasteland Tour” za nami. A to dopiero początek. W nowym rozdziale rzekobrzeżnej historii zapisano dopiero kilka słów, ale już warto się im przyjrzeć. Publiczność w Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu miała już okazję usłyszeć nową muzykę Riverside w wersji live anno domini 2018.

Gdańskiego koncertu nie widziałem – doszły mnie tylko słuchy, że rządził się on prawami typowymi dla koncertów inaugurujących trasę – ale wieczory w Poznaniu i Wrocławiu zrobiły na mnie spore wrażenie. W Tamie sold out. Klub na tysiąc osób wypełniony po brzegi. Dzień później w A2 ponad półtora tysiąca ludzi. Publiczność była w dobrej interakcji od początku. Wyciszona dwudziestominutowym intro złożonym z muzycznych sampli z „Wasteland” (partie skrzypiec Michała Jelonka) połączonych z odgłosami budzącymi skojarzenia ze światem „postapo” (złowrogie krakanie ptaków, szum wichru) witała zespół entuzjastycznie, po czym w skupieniu słuchała muzyki aktywując się w odpowiednich momentach (gardła potrzebne są już w pierwszym utworze). Riverside w składzie Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki, Michał Łapaj i Maciej Meller zaczyna set od mocnego dziesięciominutowego fragmentu najnowszej płyty. Na pierwszy rzut idzie prowadzony motorycznym, metalowym riffem „Acid Rain”, a po nim dynamiczny, pełen zwrotów akcji „Vale of Tears”. Z ramp atakują najaktywniejsze i najbardziej różnorodne w historii riversajdowych tras światła. W tle sceny wzrok przyciągają dwa niewielkie ekrany, na których wyświetlane są sugestywne wizualizacje dopasowane do charakteru kolejnych kompozycji. Czerwone agresywne snopy świateł lustrują publiczność w zadziornym „Reality Dream I” (powrót do stałego setu po dwunastu latach!), później dostojny i mocarny zarazem „Lament” z nowego albumu i znów skok do „Out Of Myself” w postaci numeru tytułowego. Dwadzieścia jeden minut i aż pięć utworów. Takiego tempa i dynamiki na koncertach Riverside jeszcze nie było. Zespół postawił tym razem na krótsze, intensywniejsze numery dynamizując set i brzmi to naprawdę interesująco. Z długich kompozycji są tylko „Left Out” i premierowe „The Struggle for Survival” oraz „Wasteland”. Grupa może tu instrumentalnie rozwinąć skrzydła, prezentując bardzo różne walory własnego stylu. W misternie tkanym „Left Out” końcówka wybucha hammondowo-hardrockową mocą, „The Struggle for Survival” to surowe, połamane bardziej gitarowe granie w duchu przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a „Wasteland” czaruje folkowymi smaczkami i narastającą dramaturgią.
Nowy materiał dobrze prezentuje się w wersji live. Mroczne, kojące ballady dają chwilę wytchnienia, a kompozycje dynamiczne i bardziej rozbudowane umiejętnie budują kręgosłup setu. Doskonale w roli motorów napędowych repertuaru sprawdziły się rzeczy z „Out Of Myself”. Najstarsze utwory Riverside zadziwiająco dobrze komponują się z premierowym materiałem. Brzmią surowo, zadziornie i bardzo przejmująco. Po piętnastu latach okazuje się, że ich klimat i brzmienie pasują „jak znalazł” do wizji świata post-apokaliptycznego. Nic dziwnego, że debiut, obok „Wasteland”, jest najliczniej reprezentowaną płytą, mając w secie trzech reprezentantów. Nic też dziwnego w tym, że do łask wrócił dawno nie grany „Forgotten Land”, w którym wizje „postapo” są nader wyraźne. Odrestaurowana końcówka tego utworu brzmi teraz bardzo ostro.

20181013_2155070

Set zamyka bis złożony z trzech piosenek. Finałową część zaczyna duet Duda – Łapaj wykonując ascetyczną, wzruszającą balladę na fortepian i głos „The Night Before”. Wykonany już przez kwartet „Panic Room” nawiązuje do dynamiki podstawowej części setu i jest najmocniejszym fragmentem bisów. Na „dobranoc” dostajemy jeszcze singlową balladę „River Down Below” (graną wyjątkowo w pięciu – Matteo Bassoli na basie) która znów nieco wycisza atmosferę. Mimo spokojnego finiszu, atmosfera pod koniec koncertów jest najgorętsza. Publiczność poznańska i wrocławska opuszczała kluby w dobrych nastrojach, zadowolona zarówno z dawki jak i jakości muzyki zaprezentowanej przez Riverside.

16 szesnaście utworów, 110 minut grania, bardzo dobre tempo. „Wasteland” dostajemy niemal w całości (na pierwszym koncercie była całość, ale po gdańsku wypadł „The Day After”) a oprócz tego mamy bogaty przegląd niemal całego dorobku grupy (tylko „SoNGS” nie ma reprezentanta w secie). Utwory ze starszych płyt dobrane są według klimatu, tak by pasowały do premierowych dźwięków. Warstwa muzyczna podkreślona jest odważnie i ze smakiem użytymi światłami i wizualizacjami. Riverside niewątpliwie wchodzi kolejny szczebelek wyżej w hierarchii atrakcji koncertowych. Produkcja i frekwencja w dużych miastach świadczą, że zespół jest prawdopodobnie o krok od przejścia z poziomu dużych klubów do małych hal.

Wielkim finałem polskiej części trasy będzie niedzielny koncert w warszawskiej hali Koło, jeden z nielicznych na który są jeszcze dostępne bilety. Gdyby ktoś się jeszcze wahał – Riverside „Wasteland Tour 2018” naprawdę warto zobaczyć!

20181014_212814

Set Poznań i Wrocław:

Acid Rain / Vale of Tears / Reality Dream I / Lament / Out of Myself / Second Life Syndrome (pierwsza część, bez intra) / Left out / Guardian Angel / Lost / The Struggle for Survival / Forgotten Land / Loose Heart / Wasteland // The Night Before (bis) / Panic Room (bis) / River Down Below (bis)

„Wasteland” – 8
„Love, Fear and the Time machine” – 1
„Memories In My Head” – 1
„Anno Domini High Definition” – 1
„Rapid Eye Movement” – 1
„Second Life Syndrome” – 1
„Out of Myself” – 3

RIVERSIDE – „Wasteland” (recenzja)

Za kilka dni na półkach sklepów muzycznych pojawi się długo oczekiwane wydawnictwo, siódmy album Riverside – jednego z najważniejszych w Europie zespołów post-progresywnych. „Wasteland” to zupełnie nowe rozdanie, prawdopodobnie początek nowej trylogii, a na pewno najważniejsza i najtrudniejsza próba zmierzenia się z brakiem Piotra Grudzińskiego, gitarzysty, który zmarł niespodziewanie przeszło dwa i pół roku temu. Żeby spojrzeć na ten nowy album z odpowiednio szerokim kontekstem, musimy raz jeszcze wrócić do wydarzeń sprzed trzech lat.

Jesień 2015 roku. Po blisko piętnastu latach istnienia i wydaniu szóstej, najlepiej przyjętej płyty, jaką była wówczas „Love, Fear and the Time Machine”, Riverside teoretycznie miał prawo do zaznania pewnego komfortu. Dojrzałość, pomysłowość i konsekwencja zaowocowały bowiem sukcesem artystycznym i komercyjnym, a także wyraźnym wzrostem zainteresowania ze strony różnorodnej publiki, zarówno polskiej jak i zagranicznej. Było to zwieńczenie długiej, wyboistej drogi do sukcesu, ale satysfakcja nie trwała długo i wspomnianego wyżej komfortu zespół nie zdążył zaznać. Reszta jest historią, którą wszyscy znają i o której nie da się zapomnieć. Pod koniec lutego 2016 roku na „chwilę” przed czterdziestymi pierwszymi urodzinami i dużą trasą koncertową, która miała jeszcze umocnić pozycję Riverside, umiera gitarzysta Piotr Grudziński. Niedawne sukcesy przykrył długi i posępny cień rozpaczy, a rok 2016 zamiast ambitnego światowego tournee określiła żałoba.

Koncerty odwołano, a zespół już w składzie trzyosobowym musiał odpowiedzieć sobie i fanom na pytanie, czy po tej stracie jest jeszcze dla Riverside jakieś „jutro”. Nie brakowało wątpliwości. Wyrwa po śmierci Grudnia, zarówno emocjonalna jak i muzyczna, była olbrzymia, a jego wkład w wyjątkowy charakter muzyki zespołu był trudny do przecenienia. Należało podjąć decyzję, czy i w jaki sposób uda się odbudować zespół. Losy Riverside ważyły się przez kilka miesięcy. Również dzięki wielkiemu wsparciu tysięcy fanów z całego świata, grupa postanowiła ostatecznie podjąć tę rękawicę rzuconą przez los. Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki i Michał Łapaj wznowili działalność Riverside w 2017 roku jako trio, a wolne miejsce gitarzysty na trasie koncertowej zajął Maciej Meller. Trio plus Meller zdało egzamin koncertowy. Zespół w takim składzie doskonale poradził sobie z graniem starego materiału. Drugim równie ważnym egzaminem miał być nowy album. Odpowiedzialnością za nową muzykę Duda, Kozieradzki i Łapaj nie chcieli się z nikim dzielić. To był ich egzamin, postanowili podejść do niego we trzech, nie wprowadzając w szeregi stałego zastępcy/następcy Grudnia. Partiami gitar miał zająć się przede wszystkim lider i główny kompozytor Mariusz Duda i tylko w kilku miejscach oddać pole zaproszonym w rolach gości Maciejowi Mellerowi i Mateuszowi Owczarkowi. Praca nad nowym materiałem miała przebiegać pod hasłem: zostało nas trzech, więc we trzech musimy dać radę!

Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale trauma jaką dla Mariusza, Mittloffa i Michała była śmierć kompana, mogła albo zakończyć historię Riverside, albo wprost przeciwnie, zahartować grupę i stać się paliwem do nagrania bardzo dobrego albumu. Muzyka jest przecież „materią” twórczą niezwykle emocjonalną i stworzoną wręcz do przekazywania tych stanów, których przekazać słowem, albo konkretnym obrazem się nie da. I tak w głowie Mariusza Dudy ostatecznych kształtów zaczął nabierać pomysł na album w klimacie post-apokaliptycznym, dosyć uniwersalnym, ale nie oszukujmy się – mocno również nawiązującym do „końca świata”, jakim dla środowiska riversajdowego była śmierć Piotra.

Genezę powstania pokrótce mamy przypomnianą, przejdźmy więc do meritum czyli gotowego już dzieła, siódmej studyjnej, pełnowymiarowej płyty Riverside pod tytułem „Wasteland”. Płyty niełatwej, nie wchodzącej tak płynnie i łagodnie jak poprzedniczka („Love, Fear and the Time Machine”), płyty jakby szorstkiej, na pewno bardzo mrocznej, ciężkiej zarówno tematycznie jak i muzycznie, momentami brudniej i zadziornej, momentami bardzo wzruszającej, powoli ukazującej swoje liczne atuty. Ale przede wszystkim płyty niosącej bodaj największy ładunek emocjonalny w dotychczasowym dorobku Riverside.

Pod względem formalnym i konstrukcyjnym zespół w dużym stopniu kontynuuje swoją drogę ewolucyjną, proponując dziewięć utworów, z których żaden nie przekracza dziesięciu minut. Co nie znaczy, że na albumie brakuje złożonych, rozbudowanych kompozycji. Riverside już na poprzednim albumie udowodnił, że potrafi tak skompresować pomysły, by stworzyć intensywny i różnorodny pięcio-sześciominutowy utwór i nie rozciągać kompozycji do ram kilkunastominutowej suity. Świetnym przykładem jest znany już „Vale of Tears”, ale tego typu utworem jest też drugi na albumie „Acid Rain”. Pierwsze trzy minuty tego numeru to ciężkie, mroczne granie, oparte na zaskakująco zadziornym metalowym riffie i posępnych akordach klawiszowych, nad którymi góruje monumentalny, nieco gotycki wokal Dudy. Po trzech minutach aranżacja łagodnieje, pojawiają się ładne, śpiewne zagrywki gitar, Łapaj sięga po lżejszą paletę barw, a chwytliwe wokalizy Dudy (powinny świetnie się sprawdzać na koncertach) sprawiają, że końcówka kompozycji staje się niemalże optymistyczna. Ta nutka optymizmu, lekkości i przestrzeni to jednak wyjątek na płycie. W większości utworów dynamicznych mamy do czynienia z bardzo ciasnym, gęstym i surowym brzmieniem, a odpowiadający zwykle za przestrzeń Łapaj jeszcze zagęszcza kompozycje, używając brzmień niskich, ciemnych i serwując partie nie kontrastujące, a częściej uzupełniające się z gitarami. Taki jest pomysł na brzmienie tego albumu i zespół konsekwentnie się go trzyma. Jeśli muzyka ma opowiadać o świecie post-apokaliptycznym, to o dźwiękowej przestrzeni i pastelowych melodiach z „Love, Fear and the Time Machine” mowy być nie mogło.

Najmocniejszymi punktami płyty są moim zdaniem dwa „długasy”. Tytułowy, ponad ośmiominutowy „Wasteland” to jedyny utwór na płycie skonstruowały w ramach typowej dla stylu Riverside mini-suity. Folkowy początek oparty na energicznym motywie serwowanym przez gitarę akustyczną nie zwiastuje burzy, która rozpęta się w czwartej minucie. Dostojny wokal Dudy i przyjemne wtręty serwowane przez Łapaja na fortepianie mają przywodzić na myśl słowiańską tradycję konstruowania ballad, ale ciepło na sercu może też zrobić się fanom Jethro Tull. Pod koniec trzeciej minuty tę folkową baśń rozbija dynamiczne wejście perkusji Mittloffa i artrockowy połamany motyw, który płynnie przeprowadzi zespół do drugiej części utworu. Mocny gitarowy riff momentalnie przenosi zespół w rejony metalowe i przez następną minutę „Wasteland” w dynamicznej części instrumentalnej balansował będzie właśnie między artrockiem a metalem. Sielankowo folkowy klimat wróci jeszcze w piątej i szóstej minucie, ale utwór mimo to nie traci już nic ze swojego dramatyzmu. Choć Duda proponuje łagodną, niemalże „kobiecą” wokalizę, a gitara w miejsce riffów eksponuje melodie, między dźwiękami unosi się niepokój. W siódmej minucie następuje ostateczny cios. Jeszcze ostrzej wyeksponowany masywny metalowy riff, mocne, bezpardonowe uderzenie Kozieradzkiego i świdrujące dźwięki klawiatur Łapaja wyciskają największe i ostatnie już pokłady ciężaru i dynamiki drzemiące w „Wasteland”.

Jeśli o „Wasteland” z pewnym przymrużeniem oka można powiedzieć, że to nowy, dojrzalszy i skompresowany „Dance With the Shadow”, tak dla drugiej wyróżnionej przeze mnie kompozycji nie potrafię znaleźć odpowiednika w dyskografii Riverside. I uważam to za atut, bo moim zdaniem zespół przygotowując taki utwór jak „Struggle for Survival” wchodzi na nowe dla siebie tereny grania instrumentalnego. Nie ma on wiele wspólnego z serią „Reality Dream”, a kompletnie nic wspólnego z utworami ambientowymi. Jeśli „Reality Dream” więcej czerpała ze stylistyki progmetalowej, tak „Struggle for Survival” to brudne, bardziej gitarowe, surowe granie, którego korzeni szukałbym raczej w „alternatywie” lub progresji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Raz to bujające, raz rażące mocą riffy serwowane przez Dudę, odrobinę frippowska partia gitary Mellera, dojrzale i mocno punktujący Kozieradzki i jak zwykle różnorodne partie Łapaja tworzą koktajl dźwiękowy niczym bardzo intensywny, silnie absorbujący soundtrack. Takiego Riverside jeszcze nie słyszałem i zdecydowanie chciałbym, żeby ten pomysł na konstrukcję i brzmienie utworów instrumentalnych był przez zespół kontynuowany.

Przypuszczam, że wielu fanów pozyska sobie piąty na płycie „Lament”, do którego lada chwila zobaczymy teledysk. Formalnie zespół prochu tu nie wynajduje, ale dobra piosenka, z wpadającą w ucho i łapiącą za serce niebanalną melodią zawsze jest na wagę złota. „Lament” to ze smakiem skonstruowana ballada rockowa z bardzo mocnym, monumentalnym refrenem, który zapewne pięknie będzie niosło w salach koncertowych. Zadziorne frazy gitar i dudniącą perkusję ładnie uzupełnia tu szlachetne brzmienie skrzypiec z ręki Michała Jelonka. Z resztą jego krótka ale przejmująca partia solowa wieńczy to dzieło.

Szlachetnie i przejmująco brzmią też wszystkie trzy ballady. Fani ceniący Riverside głównie za piosenki w stylu „In Two Minds”, „Acronym Love”, czy „Time Travellers” powinni być zadowoleni. Co prawda mamy tu zaskakującą nowinkę wokalną, bo Duda właśnie w pierwszej balladzie „Guardian Angel” eksperymentuje z niskim śpiewem w stylu Nicka Cave’a, ale efekt jest taki, jakby te niskie rejestry były dla niego chlebem powszednim. To ładna piosenka z zapadającym w pamięć powtarzającym się akustycznym motywem. Druga ballada „River Down Below” to już piosenka nieco bardziej złożona. Zaczyna ją intymny, niemalże kołysankowy fragment, w którym słyszymy tylko proste zagrywki gitary akustycznej i głos Dudy, ale w drugiej minucie kompozycja zmienia nieco charakter. Wyłania się wiodąca melodia, wchodzi perkusja, a w tle słychać przyjemnie łkającą gitarę. Wisienką na torcie jest tu naprawdę ładne, subtelne i inteligentnie dopasowane solo Mellera.

Najmocniejszy cios emocjonalny czeka na słuchacza na końcu płyty. Zaryzykuję tezę, że ballada „The Night Before” to najmocniej chwytający za serce utwór w całym dorobku zespołu. Szczere, surowe, naładowane żywymi emocjami proste akordy fortepianowe serwowane przez Łapaja i przejmujący ciepły głos Dudy, to składowe tej w gruncie rzeczy prostej, ale równocześnie niezwykle mocnej i sugestywnej kompozycji. Z wiadomych powodów właśnie takie Riverside chciałem teraz usłyszeć. Proste, surowe i piekielnie szczere. Piękniej ten album nie mógł się skończyć. Tak, ballada fortepianowa też może być wielkim finałem albumu.

„Wasteland” to płyta wyjątkowa. Jest obciążona traumą tragicznych wydarzeń nieodległej przeszłości, została nagrana przez zespół, który poniósł niezwykle bolesną stratę personalną i z jednej strony miała być egzaminem, a z drugiej dowodem, że Riverside bez Grudnia może pójść do przodu. Z wielką ulgą odebrałem te dziewięć nowych kompozycji, pięćdziesiąt minut premierowej muzyki na bardzo wysokim poziomie zarówno artystycznym jak i emocjonalnym. „Wasteland” to nieco inny Riverside. Riverside, który nie próbuje udawać, że jest tym samym zespołem. Na ten moment jest to zespół po przejściach, zespół „z blizną”, proponujący muzykę brudniejszą, zadziorniejszą, agresywniejszą, surowszą i ciasną od dźwięków. Zniknęła przestrzeń i melodyka „Love, Fear and the Time Machine”, wrócił mrok charakterystyczny dla „Second Life Syndrome” i pewna surowość również przywodząca na myśl pierwsze albumy grupy. A Mariusz Duda jako tekściarz mierzący się z tematem śmierci, wędrówki dusz, życia po życiu – w co może trudno uwierzyć, bo tematy te poruszał już kilkukrotnie – nigdy nie był aż tak wiarygodny.

Ostatnim egzaminem dla zespołu będzie jesienna trasa, która odpowie na pytanie, jak ten nowy materiał zabrzmi na żywo. Ale o to akurat jestem już całkiem spokojny. Podobno cały materiał znajdzie się w jesiennym secie, a ja stawiam, że kilka premierowych kompozycji z marszu stanie się jego bardzo mocnymi punktami. Parafrazując tytuł mojego ulubionego utworu z „Wasteland” – riversajdzi powalczyli o przetrwanie. I przetrwali.

Riverside. Eye of the Soundscape

Miałem nic nie pisać o nowym albumie Riverside. Osłuchiwałem się z „Eye of the Soundscape”, szczególnie z premierową częścią materiału, od kilku miesięcy i doszedłem do wniosku, że o niektórych płytach lepiej pomilczeć, w myśl niepisanej zasady – niech przemówią dźwięki. Ale jest na tym wydawnictwie utwór, trwający prawie dwanaście minut numer tytułowy, jeden z czterech premierowych, który niebawem będzie wzruszał z większym natężeniem, jeszcze mocniej pobudzał wyobraźnię. I dla niego zrobię wyjątek.

To nie jest recenzja, to kilka słów od siebie. „Eye of the Soundscape” poraża nie ze względu na porywającą dynamikę, nie przez przebojowość, nie dzięki chwytliwej czy poruszającej melodii, ani inteligentnej konstrukcji – najczęstszym atrybutom riversajdowych kompozycji. To utwór pejzaż, zespół bardziej maluje tu dźwiękami, niż gra. Nie ma szkieletu rytmicznego, nie ma wyrazistych harmonii, wiodących melodii, to utwór w którym ramy formalne są cieniutkie niczym linki pajęczyny, delikatne i podporządkowane nastrojom. Tutaj Michał Łapaj i Piotr Grudziński mieli zagrać emocjami i uczuciem bardziej niż zwykle. Niby nic specjalnie zaskakującego. Przecież Riverside zawsze płynął na emocjach, nastroje często brały górę, określały także wcześniejsze kompozycje, nie tylko te „ambientowe”. Ale tutaj pod względem emocjonalnym jest jeszcze bardziej bezkompromisowo. Forma całkowicie została poddana muzycznym „porywom serca”. Zaryzykuję twierdzenie, że Łapaj i Grudziński nigdy wcześniej nie mieli okazji zagrać aż tak bardzo z duszy, tak głęboko od siebie. Jak taki moment przejścia w tym utworze, około siódmej minuty, kiedy niepostrzeżenie zmienia się nastrój. Po chłodnym niepokoju, przychodzi smutek. Rozlewa się, przejmuje absolutną kontrolę, ogarnia, zalewa słuchacza po sam czubek głowy. Ostatnie cztery minuty „Eye of the Soundscape”, jakkolwiek sentymentalnie czy pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, to najbardziej wzruszający pejzaż dźwiękowy, jaki słyszałem od wielu, wielu lat. Ten moment kiedy chłodne partie klawiatur Michała Łapaja jakby otulają, obejmują ostatnie łkania gitar Piotrka Grudzińskiego… i nagle wszystko opada, wycisza się, tonie, niczym statek idący na dno. I jeszcze ta świadomość, że te łkania, te drobne, subtelne zalążki melodii, to ostatnie partie nagrane przez Grudnia, kilka dni przed śmiercią. Tak się kończy ta płyta, tak się kończy pewien rozdział w historii Riverside. Pod względem muzycznym piękniej i bardziej przejmująco zakończyć się nie mógł. Ten utwór chwycił mnie za serce z podobną siłą jak chwytają „Fading Lights” Genesis, czy „High Hopes” Pink Floyd. Też swoiste dzieła na pożegnanie. Z tym że tam wielką moc mają również słowa, a tutaj „przemawia” sama muzyka.

Biografia Riverside ukończona!

20160523_201424_HDR

Postawiłem ostatnią kropkę. Tekst biograficzny „Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości” jest kompletny. Jest już też autoryzowany co znaczy, że pod każdym ze 106 452 słów można się podpisać i wziąć za każde z nich odpowiedzialność. Tekst w najbliższych tygodniach przejdzie redakcję, korektę, ponowną korektę autorską i stanie się książką. Trwają już prace nad okładką, niebawem zaczniemy dobór zdjęć. Będzie grubo (na pewno ponad 300 stron), szczegółowo i różnorodnie. Całość oparta jest na wiedzy unikalnej, a więc pochodzącej z moich, niepublikowanych wcześniej wywiadów z muzykami Riverside i „przyjaciółmi zespołu”, świadkami historii. Premiera prawdopodobnie jesienią, konkretną datę ustali i poda niedługo wydawnictwo In Rock.

Wspomnienie Piotra Grudzińskiego

 

Z Grudniem

Ciągle mam tę irracjonalną nadzieję, że lada chwila obudzę się i odetchnę z ulgą, bo wszystko to, co wydarzyło się od niedzielnego poranka okaże się tylko koszmarnym snem… niestety ten koszmar na jawie trwa i powoli staje się nową rzeczywistością, rzeczywistością, w której nie ma już nami Piotra Grudzińskiego. Pogodzenie się z tym faktem zajmie wiele czasu… jeśli kiedykolwiek uda się z tym tak do końca pogodzić.

Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawialiśmy, przeprowadzaliśmy ostatni długi wywiad do książki o Riverside. Dzień i dwa dni później widzieliśmy się w studiu Serakos, gdzie chłopaki pracowali nad nowym albumem. Grudzień siedział metr ode mnie, spokojnie „rzeźbił” na gitarze… Później gdy robiłem już wywiad z producentem Robertem Srzednickim jeszcze na chwilkę wszedł aby się pożegnać, położył palec na ustach, sygnalizując że będzie cicho, żebyśmy sobie nie przeszkadzali, uścisnął rękę Robertowi i mi, szepnął „lecę”…

Grudzień urzekł mnie swoją erudycją, był fantastycznym rozmówcą, bardzo inteligentnym i piekielnie wrażliwym, przemiłym facetem. Cechował się rzadko spotykaną w środowiskach artystycznych skromnością. Jego postrzeganie drogi muzycznej, historii Riverside i planowanie przyszłości określała przede wszystkim wielka pokora. Miał świadomość tego jak wiele udało mu się osiągnąć wraz z zespołem ale twardo stąpał po ziemi. Krzywił się, gdy musiał używać w swoim kontekście słowa „kariera”. Względem tego, co robił potrafił być bardziej surowy, niż najbardziej krytyczny recenzent. I to nie była kokieteria, ani fałszywa skromność, którą artyści czasami próbują wyłudzić komplement. Grudzień był świadom granic własnych możliwości muzycznych (dzięki temu potrafił je przesuwać, rozwijając się). Choć był samoukiem wypracował bardzo dobrą technikę, ale to nie ją stawiał na piedestale. Tam gdzie kończyła się technika, wkładał gigantyczne pokłady emocji, które dookreśliły jego styl. Dzięki temu jednym, dwoma, trzema prostymi trąceniami strun potrafił poruszyć do głębi serca. Był prawdziwym mistrzem granych z pasją melodyjnych solówek.

Z Grudniem (2011)

Interesował się życiem bardzo szeroko, gitara nie przesłaniała mu całego świata. Dbał o rodzinę, w życiu zespołowym pielęgnował przyjaźń, lojalność, cenił kolektywność, lubił być częścią zgranej ekipy. Nasze rozmowy bardzo często wylewały się poza kwestie muzyczne i historię Riverside. W czasach gdy większość rozmów przypomina wzajemne przekrzykiwanie się, dyskusje z Grudniem były szczególnie przyjemne. Nie tylko miał wiele ciekawych spostrzeżeń, którymi jasno się dzielił ale też potrafił wysłuchać, przemyśleć i celnie ustosunkować się do słów rozmówcy. Coraz rzadziej spotykam się z taką interakcją. Lubiłem z nim rozmawiać. Te rozmowy mobilizowały do wysiłku intelektualnego, wzbogacały. Wielokrotnie wzruszył mnie szczerością, opowieściami o pierwszej gitarze, o trudnym do przecenienia wsparciu rodziców, o przyjaźniach i przede wszystkim o własnych zmaganiach, bo aby móc spełnić muzyczne marzenia, musiał stoczyć batalię z własną wrażliwością, sceniczną tremą.

Nie będę ukrywał, że śmierć Grudnia wyrąbała we mnie emocjonalny krater. Każda śmierć jest w pewnym sensie „końcem świata” i w ostatnią niedzielę jakiś świat niewątpliwie się skończył. Na razie potwornie boli, ale prawdziwą skalę tej straty ocenić będzie można dopiero za jakiś czas, gdy opadnie kurz pierwszej rozpaczy, gdy obeschną pierwsze łzy… boję się tego co zobaczę, z czego zdam sobie sprawę za kilkanaście dni, za kilka tygodni, miesięcy. Boję się, że pejzaż bez Grudnia będzie niemniej trudny do ogarnięcia i zaakceptowania, niż wiadomość, którą odebrałem w niedzielę rano.

Przepraszam jeśli mój wpis nabrał wymiaru zbyt osobistego ale sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że uznałem iż taki ton tym razem będzie na miejscu. Wiem, że tysiące ludzi na całym świecie od niedzieli czuję się podobnie… Muzyka zespołu Riverside towarzyszy mi nieprzerwanie od 2004 roku, to ścieżka dźwiękowa ostatniej dekady mojego życia, była przy mnie zawsze i wszędzie. Zmieniały się miejsca pobytu, zmieniały się zajęcia, samopoczucia, zmieniali się towarzysze, ale muzyka Riverside z tą charakterystyczną, płynącą z głębi „serducha” gitarą Grudnia była częścią „niezmienną” mojej drogi. Pierwszy duży artykuł biograficzny poświęcony zespołowi napisałem wiosną 2006 roku. Ciągle aktualizowany pełni do dziś rolę internetowej biografii na oficjalnej stronie zespołu. Gdy dwa lata temu rozpocząłem pracę nad książką o Riverside jeszcze mocniej zbliżyłem się do chłopaków. Taka współpraca wymaga dużego wzajemnego zaufania i szczerości. Nie dziwię się więc, że czuję stratę nie tylko bardzo lubianego muzyka, ulubionego gitarzysty, ale też po prostu bliskiego człowieka.

Nie lubię mówić „żegnaj”. Wierzę w Boga, moja wiara jest wiarą „organiczną”, poza-religijną. Nie próbuję tego rozgryzać, żyję ze świadomością, że Bóg i to „co po naszym ziemskim życiu?” jest dla człowieka niepoznawalne. Wierzę zatem, że mogę powiedzieć „do zobaczenia” w tym „Niepoznawalnym”, co czeka nas wszystkich „po tamtej stronie”. Tam będziemy kontynuować nasze rozmowy. A tymczasem dziękuję Ci Grudzień za miliony pięknych gitarowych dźwięków, za te wszystkie lata muzycznej przygody, którą mogłem obserwować, za batalię którą stoczyłeś aby spełniać muzyczne marzenia, spełniając przy okazji też moje, jako słuchacza, za otwartość, za długie godziny rozmów, za każde ciepłe słowo na temat moich książek (nawet nie wiesz, jak były dla mnie ważne i jak mnie budowały…) i wreszcie za to, że byłeś taki jaki byłeś i że mogłem Cię poznać!

 

 

RIVERSIDE. Love, Fear and the Time Machine (recenzja)

 

Love fear okładka

Kompresja bezstratna

Droga większości najbardziej utalentowanych grup progresywnych nie ogranicza się tylko do eksploracji wypracowanego stylu, ale wiąże się też z nieustanną ewolucją kompozytorsko – wykonawczą. Riverside mimo licznych powiązań stylistycznych i inspiracji, właściwie od samego początku cechował się własnym pomysłem na muzykę. Pomysłem charakterystycznym, ale też bardzo „plastycznym”, podatnym na zmiany. Gdy ukazał się album „Second Life Syndrome” trudno było nie zauważyć, że Riverside doprowadził do perfekcji swój oryginalny, „startowy” pomysł na spójne połączenie skrajnych stylistyk neoprogresywnej i progmetalowej. Gdyby charakter zespołu nie był progresywny, a styl nastawiony na ewolucję, byłby to ostatni udany album w dorobku Riverside (albo i ostatni w ogóle). Cztery lata później ukazała się płyta „Anno Domini High Definition” i wówczas nie dało się nie zauważyć, że grupa po raz drugi nagrywając materiał wybitnie udany, znów dotarła do ściany – że dynamiczniej, szybciej i ciężej w obrębie tego stylu już się nie da. Warto zwrócić uwagę, że w obu przypadkach obie te szczytowe płyty poprzedzały albumy w pewnym sensie nakreślające nowe kierunki, przygotowujące do dzieła głównego („Out of Myself” i „Rapid Eye Movement”). Dwa i pół roku temu „Shrine of New Generation Slaves” ukazał nową drogę. Ruszył proces muzycznej kompresji. Zespół, który dotychczas najszerszą i najbarwniejszą paletę możliwości ukazywał w kilkunastominutowych kompozycjach, rozpoczął rewolucję konstrukcyjną, której cel stanowiło przekazanie wszystkich swoich atutów w krótszych formach. „SoNGS” był trzecim po „Out of Myself” i „Rapid Eye Movement” albumem badającym grunt, przygotowującym do dzieła głównego. „Love, Fear and the Time Machine” jest krokiem naprzód w stosunku do „SoNGS”, rozwija i precyzuje rozpoczęty na poprzedniej płycie proces przenoszenia rozmachu i gęstości nowoczesnej progresji z formy suity, do sześcio – ośmiominutowej kompozycji. To „uproszczenie”, które przyniosła w pewnym stopniu „SoNGS”, a teraz już w pełnej krasie prezentuje „Love, Fear and the Time Machine”, można określić mianem „kompresji bezstratnej”. „Kompresji” – bo utwory są krótsze, dźwięków w sumie mniej – ale „bezstratnej”, bo muzyce żadna krzywda się nie stała. Wręcz przeciwnie. Riverside który zawsze imponował „porządkiem” zarówno w obrębie kompozycji, jak i w konstrukcji całych albumów, nigdy wcześniej nie był tak dobrze poukładany instrumentalnie, tak konkretny, tak „trafny”. Na tej płycie nie ma chyba jednego zbędnego dźwięku.

Na „Love, Fear and the Time Machine” znajduje się dziesięć kompozycji, całość trwa dokładnie godzinę (szósta płyta, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut muzyki). Po raz pierwszy na regularnym albumie Riverside znajduje się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy żadna z nich nie trwa powyżej dziesięciu minut. Tym razem optymalny czas dla kompozycji to około sześciu – siedmiu minut i w tych „dystansach” grupa serwuje różne formy konstrukcyjne. Są tu oczywiście formy piosenkowe, gdzie atutem są nośne refreny, jak choćby otwierający „Lost (Why I Should Be Frightened By a Hat?)”, przebojowy „Discard Your Fear”, czy mega-przebojowy „#Addicted”, ale są też formy nieco inaczej zbudowane, a przy tym niewiele dłuższe. Dużo o nowym pomyśle stylistycznym Riverside mówią dwa utwory: „Caterpillar and the Barbed Wire” i „Saturate Me” (tracki nr cztery i pięć, kto wie, czy wraz z trzecim „#Addicted” nie jest to najlepszy fragment albumu). W obu mamy zarówno błyskotliwe fragmenty „piosenkowe”, jak i doskonałe partie instrumentalne. Szczególnie interesujący jest ten pierwszy numer: zbudowany wokół mięsistego basowego riffu, z jednej strony zawiera wiele klasycznych elementów rozpoznawalnego stylu Riverside, ale też zaskakuje kilkoma ciekawymi nowinkami (nietypowe dla grupy rozegranie refrenów). Utwór wieńczy wyborny dwuminutowy instrumental, w którym kwartet mocno rozwija skrzydła (monumentalna partia Łapaja na tle „krzyczącej” gitary Grudzińskiego i wyeksponowanej, łamiącej rytm sekcji). W pełnym kontrastów „Saturate Me” jest odwrotnie: utwór otwiera partia instrumentalna, która przypadnie do gustu tym, którzy wolą Riverside w zadziorniejszej, bardziej demonicznej formie (porykuje tu Hammond, gitary biczują ciętymi riffami). Wraz z pojawiającym się wokalem Dudy numer łagodnieje, robi się przestrzennie. W siedmiu minutach grupa eksponuje tu wiele swoich największych atutów – bogactwo melodyczne zarówno w liniach wokalnych, jak i w krótkich partiach solowo-instrumentalnych, tendencje do gwałtownych zmian dynamiki (od elementów hard/progmetalowych aż po niuanse niemalże ambientowe).

Album sprawia wrażenie, jakby składał się z dwóch części. Pierwsza połowa (pięć numerów, do „Saturate Me” włącznie) jest dynamiczniejsza, cięższa. Na szóstym tracku umieszczono mroczny, leniwy „Afloat” sprawiający wrażenie punktu granicznego, bufora między pierwszą, a drugą częścią płyty. Ten numer przerywa ciąg dynamiczniejszych utworów. Album od tego momentu powoli będzie się wyciszał, choć siódmy „Discard Your Fear” jest numerem jeszcze dosyć energetycznym, a w ósmym „Towards the Blue Horizon” znajdują się fragmenty również bardzo drapieżne. Przy tym drugim numerze warto się na chwilę zatrzymać, bo to najdłuższa tutaj kompozycja i przede wszystkim nieszablonowo skonstruowana. Otwiera ją żwawa partia gitary akustycznej i delikatny śpiew Dudy, ale nie jest to typowa riversajdowa ballada, do jakich przyzwyczaił nas zespół. Całość rozwija się, dołącza piano Łapaja i ostrożna perkusja Piotra Kozieradzkiego. W czwartej minucie utwór zupełnie zmienia charakter. Znika początkowa akustyczna sielanka, a wraz z zaborczą partią gitary Grudzińskiego i posępnymi akordami klawiatur, utwór przenosi się w rejony niemalże progmetalowe. Prawdziwie burzliwy jest ten fragment instrumentalny, ale tak jak po burzy nagle potrafi wyjrzeć słońce, tak i tu kompozycja niezauważalnie wraca do balladowej sielanki, by… na koniec znów postraszyć histeryczną zagrywką gitary Grudzińskiego i mrocznymi akordami klawiatur Łapaja. Istny rollercoster. Album wieńczą dwie ballady ostatecznie zwalniające tempo i wyciszające album. „Time Travellers” to najlepsza akustyczna ballada Riverside od czasów… hmmm… no właśnie. Powiedziałbym, że takiego cudeńka nie było od „The Time I Was Daydreaming”, a kto wie, może nawet od „In Two Minds”. Na „dobranoc” dostajemy balladę „z prądem”, której charakter może pełnić rolę wizytówki nastroju całego albumu. Określiłbym go mianem „smutnego optymizmu”, mocno podlanego nostalgią. Album wieńczą zatem dwie ballady, ale jakże inne – zasadniczo różniące się od siebie, jak również od poprzednich ballad w dorobku Riverside.

Nie ma na tym albumie żadnego „długasa”, żadnej klasycznej progresywnej suity, żadnego następcy „Second Life Syndrome”, czy „Left Out”, a mimo to album jest kompletny. Pamiętam opowieści Mariusza Dudy o tym, jak powstawał poprzedni album „SoNGS”. Płyta była już prawie gotowa, zespół miał wchodzić do studia, ale w repertuarze czegoś brakowało. Mariusz widział, że w kulminacyjnym momencie albumu jest jakaś wyraźna luka, dlatego w ostatnich dniach przed nagraniami powstał dwunastominutowy „Escalator Shrine”, który ostatecznie stał się szczytowym fragmentem płyty. Jasne jest więc, że jeszcze wówczas nie udało się udźwignąć całego albumu krótszymi numerami. Tym razem, jak widać, nie było już tego problemu. Zespół potrafił zawrzeć wszystko, co najciekawsze w kompozycjach sześcio – siedmiominutowych, nie wytrącając sobie przy tym żadnych najważniejszych atutów.

Cieszyć może też łatwo zauważalna dojrzałość wykonawcza. Bo skoro tym razem album miał być w większym stopniu podporządkowany „kompozycji”, to nie mogło tu zabraknąć wzmożonej dyscypliny instrumentalnej. Czasy nadpobudliwych szaleństw instrumentalnych z okresu „ADHD” minęły. Hammondy – znak rozpoznawczy Michała Łapaja – są tu złapane na krótką smycz. Michał nie gra tylu solówek co zwykle, a jego partie są wyważone, często nieco wycofane, mniej narzucające się, głęboko siedzące w ramach kompozycji. Inaczej gra też Piotr Kozieradzki, którego „przejścia” można policzyć na palcach jednej ręki. Jego styl gry został wyraźnie „przystrzyżony”, z korzyścią dla przejrzystości tych utworów. Takie „odchudzenie” partii poszczególnych instrumentów nie zaszkodziło kompozycjom – i tak są gęste i dużo się w nich dzieje – a świadczy o bardzo rozsądnej dojrzałości, jaka ujawniła się już poniekąd na „SoNGS”, a tu widać ją już chyba w pełnej krasie.

W związku z ukróceniem klawiszowych szaleństw Łapaja, album jawi się jako bardziej gitarowy. Odnoszę wrażenie, że Piotr Grudziński przygotowując partie gitar wyraźnie zmniejszył oczka w sicie, przez które przepuszcza swoje pomysły. I choć rola gitar również została nieco „skompresowana”, to nadal ten sam wszechstronny „Grudzień” potrafiący, jak mało kto, połączyć melodykę z dynamiką. W jego stylu gry pojawiły się nowe odcienie brzmieniowo – emocjonalne, bo wśród zabarwień neoprogresywnych, progmetalowych i hardrockowych, do których zdążył nas już przyzwyczaić, znalazły się też tym razem ostrożne wpływy post-rockowe. Paleta barw Piotra Grudzińskiego robi się coraz bogatsza, co w zestawieniu z również bardzo szeroką skalą możliwości Łapaja sprawia, że Riverside jawi się dziś jako zespół posiadający gigantyczne możliwości melodyczno – harmoniczne (patrz fragment instrumentalny „Caterpillar and the Barbed Wire”!).

Warto też zwrócić uwagę na nowe odcienie w palecie barw emocjonalnych muzyki Riverside. Wiadomo, że zespół od zawsze miał ambicję, aby łączyć różne, skrajne „żywioły” i stany emocjonalne. Hasło: „szept i krzyk, smutek i radość” towarzyszyło Riverside już w czasach trylogii. Długo był kłopot z delikatniejszym szkicowaniem stanów pośrednich, wymagających lekkiego niedopowiedzenia, i z „radością”, która sprawiała wrażenie stanu dla Riverside co najmniej trudno uchwytnego. Na „SoNGS” pojawił się „Feel Like Falling” przełamujący lekko tę barierę, na „Love, Fear and the Time Machine” jest „#Addicted”, numer brzmiący, jakby do worka stylistycznego Riverside ktoś dorzucił dwie solidne garstki stylu The Cure (szarpliwy riff basowy, dynamika) i stylu A-ha (linie wokalne w refrenach). Dużo tu światła, nieco lżejszego i właśnie niemalże radosnego grania. Przyjemną lekkość ma w sobie też ostatni „Found (The Unexpected Flaw of Searching) ” – choć cechuje go nostalgia spod znaku Pink Floyd, jest tu jaśniej, optymistyczniej.

Mariusz Duda, który tym razem podpisał się jako autor nie tylko tekstów, ale w ogóle wszystkich kompozycji, serwuje kilka bardzo mocnych, charakterystycznych i niebanalnych basowych riffów, często pełniących rolę punktu startowego i fundamentu utworów. Tak jest choćby w motorycznym „#Addicted”, gęstym „Caterpillar and the Barbed Wire”, czy znanym już „Discard Your Fear”. Wokale Dudy w przeważającej większości są łagodne, celowo odciążają zwykle dosyć gęstą sferę instrumentalną (najwyraźniej słychać to w drugiej części „Saturate Me”, gdzie na dynamicznej i gęstej „ścianie” dźwięku Duda podaje lekką, wieńczącą dzieło melodię).

Sferę konceptualno – tekstową określiłbym właśnie tak, jak określiłem charakter ballady „Found”, czyli jasne, w pewnym sensie dosyć optymistyczne spojrzenie na nostalgię. Nostalgię za latami minionymi. Kierunkuje nas tu głównie tekst ballady „Time Travellers”, w której Duda śpiewa: Wróćmy w świat / sprzed trzydziestu lat / I uwierzmy, że to był nasz czas. Celem podróży tej „Maszyny czasu” są więc lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Nie jest to jednak tęsknota za komuną i PRL-em, ale nostalgia za swoistą prostotą i logiką ówczesnych relacji, za tą wolną przestrzenią dla wyobraźni, której jeszcze wówczas nie zawłaszczyły sobie cuda nowoczesnej techniki i komunikacji, za czasami, kiedy dzieciaki nie miały smartfonów i playstation, ale potrafiły się świetnie bawić na byle trzepaku. Ta dosyć jasna, nieprzytłaczająca nostalgia za przeszłością, za okresem beztroskiego dzieciństwa określa część tekstów, choćby otwierający „Lost”, czy „Towards the Blue Horizon”. W „Saturate Me” i „#Addicted”, numerach stosownie dynamiczniejszych, pojawia się z kolei temat zagubienia człowieka w teraźniejszości, w czasach ponowoczesnego chaosu, co logicznie kontrastuje z nostalgią za poukładanym światem dzieciństwa. Jak zwykle u Dudy sporo tu błyskotliwych zwrotów („I-crowd patterns” pasowałby do nieformalnej „trylogii tłumu”, której album miał być częścią) i spostrzeżeń podanych nie-nachalną, sugestywną poetyką.

Czy to najlepszy album w dorobku Riverside? Pod względem realizacji założeń konceptualnych, konsekwencji rozwoju stylistycznego i jakości samego materiału jest to niewątpliwie jedno ze szczytowych dokonań grupy. Riverside stając się zespołem dojrzałym i konkretnym, nie utracił nic ze swojego entuzjazmu, rozmachu, błyskotliwości, wrażliwości na detale, rockowej mocy, progresywnej inteligencji i precyzji. Kompresja bezstratna. I tak naprawdę nie ma co wracać trzy dekady, do lat osiemdziesiątych. Czasy Riverside są na pewno tu i teraz, bo niewielu artystów na muzycznej scenie świata tak dobrze dziś rozumie problemy i rozterki współczesnego człowieka, jak panowie z Rzekibrzegu.

 

Siedem lat temu w rzekobrzeżnym kalendarzu…

dvd reality dream

Siedem lat temu, 17 maja 2008 roku Riverside rejestrował swoje pierwsze oficjalne DVD. To był chyba najdłuższy koncert w historii zespołu. Na setlistę złożyło się 21 wykonań (19 utworów, dwa zagrane podwójnie), a całość łącznie z bisami i poprawkami trwała trzy godziny.

Pamiętam ten koncert głównie przez pryzmat niecodziennej atmosfery. Wówczas Riverside wiązał mi się ściśle z kameralnym klimatem i ciasnotą niewielkich klubów, w których najczęściej występował. Tymczasem łódzka Toya bez trudu przyjęła około tysiącosobową publikę (spokojnie przyjęłaby drugie tyle), a grupę gościła na dużej scenie, tak dużej, że Mariusz Duda swobodnie biegał wokół – sporej przecież – perkusji Mittloffa na początku utworu „Ultimate Trip”. Niestety nie można tego zobaczyć na DVD „Reality Dream”, gdyż tamto wykonanie nie trafiło na płytę. Dopiero teraz po kilku latach dowiedziałem się od Mittloffa, dlaczego zespół musiał zagrać ten numer raz jeszcze. W trakcie styczniowej rozmowy Mittek przyznał mi się, że miał źle ustawionego klika i przez to utwór ten został zagrany za wolno… Do dziś pamiętam konsternację panującą na opustoszałej już nieco widowni, gdy Mariusz wyszedł zza kulis już po zakończeniu koncertu i powiedział słowa, które na ułamek sekundy zmroziły wszystkim krew w żyłach. Nie nagrało się! – rzucił ze sceny, ale chyba trochę zbyt lekko, żeby na dłuższą metę nabrać fanów.

Być może gdyby wiedział, jakie problemy będą czekały zespół w związku z realizacją materiału wizualnego na potrzeby DVD, nie miałby ochoty na takie żarty ;) Bo choć koncert się nagrał, niebawem miało się okazać, że zarówno praca kamerzystów, jak i wizja montażystów tego DVD, pozostawiały sporo do życzenia. Na premierę „Reality Dream” przyszło wszystkim czekać prawie półtora roku, ale dobrze, że w ogóle te nagrania się ukazały. Z przyjemnością wracam do nich (przyznaje się, raczej do płyt audio), choćby dla znakomitych wykonań „Volte-Face”, „Parasomnii”, czy „Panic Room”.

Choć „Reality Dream” pozostaje oczywiście sympatyczną pamiątką po trylogii, to jednak czas już chyba najwyższy na następne tego typu wydawnictwo. Obiło mi się o uszy, że może na najbliższej trasie zdarzy się koncert z panami kamerzystami. No i matematyka kalendarza potwierdza, że już czas. Łódzki koncert odbył się w siódmym roku istnienia Riverside, po trzecim dużym albumie, od 2008 do dziś minęło kolejne siedem lat, lada chwila dostaniemy album numer sześć… No jakby nie liczyć – wychodzi, że potrzebne jest nowe DVD.

 

Biografia Riverside – in progress

Uważam, że jedną z największych krzywd, jaką można wyrządzić cenionemu artyście, to pisząc biografię, przygotować mu bezkrytyczną laurkę. Nawet jeśli biograf jest zafascynowany twórczością, powinien umieć wyłączyć w sobie „fana” na czas pracy, by spojrzeć na pewne sprawy chłodnym obiektywnym okiem. Dla dobra własnej wiarygodności, dla dobra czytelnika i wreszcie dla dobra samego bohatera biografii. Jeśli jest nim artysta, to niezwykle istotne jest umiejętne wskazanie jego trudnych zmagań (wszak artysta musi się zmagać, zmagania to nieodłączna część procesu twórczego), a sprawne wskazanie potknięć, pomyłek, spadków formy twórcy, osadzone wśród „pochwał” za dzieła prawdziwie udane, doskonale obrazuje proces zmagań. Nie ma pisarza, który napisał tylko dobre, mądre książki, nie ma filmowca, który stworzył tylko ciekawe, udane filmy, nie ma muzyka, który choć raz w życiu nie zbłądził nagrywając płytę… Przekroczyłem półmetek biografii Riverside, jestem świeżo po „rozprawie” nad albumem „Rapid Eye Movement”, który jak każdy inny, zasłużył na obiektywne spojrzenie i wnikliwą analizę. Już wiem, że będzie to jeden z najbardziej kontrowersyjnych fragmentów tej książki… Jednym z tematów tej płyty jest „dualizm”, ale takiego „dualizmu”, jaki określi to wydawnictwo po latach chyba mało kto się spodziewa. Nawet w obozie grupy zdania na temat REM-u są podzielone.

Załączony filmik, to amatorskie nagranie „Cybernetic Pillow” z koncertu w Bułgarii z 2010 roku. Nawet w świecie progresji lubię proste, czterominutowe piosenki, ale zawsze miałem wrażenie, że temu numerowi brakowało takiego rozsądnego „odjazdu” (od 3:55), jaki pojawiał w się w koncertowych wersjach.

 

 

 

Odkurzanie dźwięków

Przyjemnie i owocnie siedzi się nad biografią, która niemalże zmusza do hurtowego słuchania dobrej, różnorodnej, albo chociaż rzadko słuchanej na co dzień muzyki. Co kilka dni przychodzi takie popołudnie, kiedy trzeba założyć słuchawki na głowę i odpłynąć na kilka godzin w świat post-progresywnych dźwięków z ubiegłej dekady. I nie mam tu na myśli płyt Riverside, bo to, że one grają mi od kilku tygodni niemal bez przerwy, po kilka godzin dziennie, to „oczywista oczywistość…” Dla poszerzenia perspektywy trzeba zapoznać się z wydawnictwami „spokrewnionymi”, czyli np. z wszelkim rockowym narybkiem działającym w Polsce dekadę temu. No i przede wszystkim z zagraniczną post-progresywną konkurencją, bo Riverside od sukcesu „SLS” należy rozpatrywać raczej w kontekście wydarzeń międzynarodowych. Siedzę obecnie w samym środku ubiegłej dekady.  Wbrew rockowym ortodoksom powiem, że to nie był tak tragiczny czas dla muzyki, jak to się powszechnie uważa. Read more