Wpisy

RIVERSIDE – Wasteland Tour 2018

20181013_215455

Ruszyli. Z nową muzyką, nową produkcją i nowym nastawieniem. Post-apokaliptyczny świat premierowej muzyki Riverside zyskał najlepszą w historii zespołu oprawę koncertową. Pierwsze koncerty „Wasteland Tour” za nami. A to dopiero początek. W nowym rozdziale rzekobrzeżnej historii zapisano dopiero kilka słów, ale już warto się im przyjrzeć. Publiczność w Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu miała już okazję usłyszeć nową muzykę Riverside w wersji live anno domini 2018.

Gdańskiego koncertu nie widziałem – doszły mnie tylko słuchy, że rządził się on prawami typowymi dla koncertów inaugurujących trasę – ale wieczory w Poznaniu i Wrocławiu zrobiły na mnie spore wrażenie. W Tamie sold out. Klub na tysiąc osób wypełniony po brzegi. Dzień później w A2 ponad półtora tysiąca ludzi. Publiczność była w dobrej interakcji od początku. Wyciszona dwudziestominutowym intro złożonym z muzycznych sampli z „Wasteland” (partie skrzypiec Michała Jelonka) połączonych z odgłosami budzącymi skojarzenia ze światem „postapo” (złowrogie krakanie ptaków, szum wichru) witała zespół entuzjastycznie, po czym w skupieniu słuchała muzyki aktywując się w odpowiednich momentach (gardła potrzebne są już w pierwszym utworze). Riverside w składzie Mariusz Duda, Piotr Kozieradzki, Michał Łapaj i Maciej Meller zaczyna set od mocnego dziesięciominutowego fragmentu najnowszej płyty. Na pierwszy rzut idzie prowadzony motorycznym, metalowym riffem „Acid Rain”, a po nim dynamiczny, pełen zwrotów akcji „Vale of Tears”. Z ramp atakują najaktywniejsze i najbardziej różnorodne w historii riversajdowych tras światła. W tle sceny wzrok przyciągają dwa niewielkie ekrany, na których wyświetlane są sugestywne wizualizacje dopasowane do charakteru kolejnych kompozycji. Czerwone agresywne snopy świateł lustrują publiczność w zadziornym „Reality Dream I” (powrót do stałego setu po dwunastu latach!), później dostojny i mocarny zarazem „Lament” z nowego albumu i znów skok do „Out Of Myself” w postaci numeru tytułowego. Dwadzieścia jeden minut i aż pięć utworów. Takiego tempa i dynamiki na koncertach Riverside jeszcze nie było. Zespół postawił tym razem na krótsze, intensywniejsze numery dynamizując set i brzmi to naprawdę interesująco. Z długich kompozycji są tylko „Left Out” i premierowe „The Struggle for Survival” oraz „Wasteland”. Grupa może tu instrumentalnie rozwinąć skrzydła, prezentując bardzo różne walory własnego stylu. W misternie tkanym „Left Out” końcówka wybucha hammondowo-hardrockową mocą, „The Struggle for Survival” to surowe, połamane bardziej gitarowe granie w duchu przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a „Wasteland” czaruje folkowymi smaczkami i narastającą dramaturgią.
Nowy materiał dobrze prezentuje się w wersji live. Mroczne, kojące ballady dają chwilę wytchnienia, a kompozycje dynamiczne i bardziej rozbudowane umiejętnie budują kręgosłup setu. Doskonale w roli motorów napędowych repertuaru sprawdziły się rzeczy z „Out Of Myself”. Najstarsze utwory Riverside zadziwiająco dobrze komponują się z premierowym materiałem. Brzmią surowo, zadziornie i bardzo przejmująco. Po piętnastu latach okazuje się, że ich klimat i brzmienie pasują „jak znalazł” do wizji świata post-apokaliptycznego. Nic dziwnego, że debiut, obok „Wasteland”, jest najliczniej reprezentowaną płytą, mając w secie trzech reprezentantów. Nic też dziwnego w tym, że do łask wrócił dawno nie grany „Forgotten Land”, w którym wizje „postapo” są nader wyraźne. Odrestaurowana końcówka tego utworu brzmi teraz bardzo ostro.

20181013_2155070

Set zamyka bis złożony z trzech piosenek. Finałową część zaczyna duet Duda – Łapaj wykonując ascetyczną, wzruszającą balladę na fortepian i głos „The Night Before”. Wykonany już przez kwartet „Panic Room” nawiązuje do dynamiki podstawowej części setu i jest najmocniejszym fragmentem bisów. Na „dobranoc” dostajemy jeszcze singlową balladę „River Down Below” (graną wyjątkowo w pięciu – Matteo Bassoli na basie) która znów nieco wycisza atmosferę. Mimo spokojnego finiszu, atmosfera pod koniec koncertów jest najgorętsza. Publiczność poznańska i wrocławska opuszczała kluby w dobrych nastrojach, zadowolona zarówno z dawki jak i jakości muzyki zaprezentowanej przez Riverside.

16 szesnaście utworów, 110 minut grania, bardzo dobre tempo. „Wasteland” dostajemy niemal w całości (na pierwszym koncercie była całość, ale po gdańsku wypadł „The Day After”) a oprócz tego mamy bogaty przegląd niemal całego dorobku grupy (tylko „SoNGS” nie ma reprezentanta w secie). Utwory ze starszych płyt dobrane są według klimatu, tak by pasowały do premierowych dźwięków. Warstwa muzyczna podkreślona jest odważnie i ze smakiem użytymi światłami i wizualizacjami. Riverside niewątpliwie wchodzi kolejny szczebelek wyżej w hierarchii atrakcji koncertowych. Produkcja i frekwencja w dużych miastach świadczą, że zespół jest prawdopodobnie o krok od przejścia z poziomu dużych klubów do małych hal.

Wielkim finałem polskiej części trasy będzie niedzielny koncert w warszawskiej hali Koło, jeden z nielicznych na który są jeszcze dostępne bilety. Gdyby ktoś się jeszcze wahał – Riverside „Wasteland Tour 2018” naprawdę warto zobaczyć!

20181014_212814

Set Poznań i Wrocław:

Acid Rain / Vale of Tears / Reality Dream I / Lament / Out of Myself / Second Life Syndrome (pierwsza część, bez intra) / Left out / Guardian Angel / Lost / The Struggle for Survival / Forgotten Land / Loose Heart / Wasteland // The Night Before (bis) / Panic Room (bis) / River Down Below (bis)

„Wasteland” – 8
„Love, Fear and the Time machine” – 1
„Memories In My Head” – 1
„Anno Domini High Definition” – 1
„Rapid Eye Movement” – 1
„Second Life Syndrome” – 1
„Out of Myself” – 3