Toto – solidność w cenie

Za miesiąc z małym okładem do Polski przyjeżdża Toto. Na jeden wieczór do Wrocławia (23.06), na jeden do Warszawy (24.06). Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu i ciągle mam nieco mieszane uczucia wspominając całą jego dyskografię. Powiedziałbym, że to „najprzeciętniejszy” zespół z tych najciekawszych w historii rocka, ewentualnie najciekawszy z tych przeciętnych. Zawsze gdzieś pomiędzy, jakby balansowali między ekstraklasą, a drugą ligą.

Natrzaskali trochę przebojów, ale mieli w sobie też coś takiego, że tak zwany „masowy słuchacz” jakoś niespecjalnie zwracał na nich uwagę. Gdy w radiu leci „Radio Ga-ga” wszyscy wiedzą, że to Queen, gdy dają „Sacrifice” nawet kompletny ignorant rozpoznaje Eltona Johna, ale kiedy w trackliście znajdzie się „Rosanna”, „Hold the Line”, czy „Africa” to ludziska wiedzą, że znają, nawet zanucą, ale „kto to śpiewa” już nie bardzo kojarzą. Być może przez to, że w Toto nigdy nie wykluł się frontman na miarę stadionu Wembley, a być może to syndrom side-manów, wszak Toto założyli w połowie lat siedemdziesiątych znakomici muzycy sesyjni, którzy uznali, że praca na sukces innych artystów to zbyt mało, że stać ich na więcej. I faktycznie, panowie Lukather, Porcaro i ich kompani, potwierdzili że nie tylko mają mega sprawne palce, ale też płodne głowy, bo pisać potrafili może nie wybitnie, ale błyskotliwie i przebojowo, a nawet z klasą. Sprzedali coś koło 30 milionów płyt, ale w głębi serca chyba jednak pozostali side-manami, bo mimo licznych sukcesów i czwartej dekady na światowych scenach, nikt rozsądny w jednym rzędzie z największymi tego świata twórcami rockowymi i popowymi ich nie postawi.

Dlaczego zatem uważam, że warto te koncerty zobaczyć? Bo Toto dziś to jeden z nielicznych reprezentantów tak zwanego eleganckiego popu, który opiera się na niezwykle solidnych, prostych (nie prostackich) kompozycjach, które są zawsze znakomicie zagrane i wyprodukowane, a tych wbrew pozorom, wcale nie dostajemy ostatnio wielu. Mimo graniczącego z obłędem tłoku w świecie muzyki pop, tak kompetentnych i utalentowanych artystów jest zdecydowany deficyt. Mam wrażenie, że to grupa, która mimo licznych talentów i sporego potencjału, gdyby dziś debiutowała, poległaby w rynkowych bojach z kretesem, o ile w ogóle jury któregoś „talent show” wpuściłoby ją na pole bitwy. Nigdy chyba nie mieli tak zwanego „pomysłu na siebie”. „Pomysł na siebie” to hasło-zjawisko, które z premedytacją zabija większość twórczych zapędów, bezlitośnie przemieniając młodych artystów w speców od własnego wizerunku i pi-arowców samych siebie. Dziś marketingowo – medialny „pomysł na siebie” zabija nie tylko artyzm i pociąg twórczy (kto ma bowiem czas na zapomnienie się w twórczym porywie, kiedy musi się głowić, nad tym, w jaki sposób „spodobać się mediom”), ale nawet tą solidną błyskotliwość, z której znane jest Toto. Kiedyś ta solidna błyskotliwość dawała im miejsce ledwie w ogonie największych, dziś, gdy ci najwięksi są już na emeryturach, a młodsze pokolenia ścigają się w innych, niż twórcze, wyścigach, Toto zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. To echo dawnej świetności muzyki rozrywkowej.

Ich ostatni album „XIV”, który zapewne będą mocno eksploatować na czerwcowych koncertach, brzmi niczym głos przeszłości. Nie dlatego, że to muzyka retro, ani nie dlatego, że wyprodukowany jest na modłę minionych epok muzycznych, ale dlatego, że to rock i pop-rock o elegancji, precyzji, melodyce i przestrzeni niemalże progresywnej. W dobie bardzo bolesnej banalizacji muzyki popularnej, jest to podejście skrajnie niemodne, ale też bardzo potrzebne. Numery jak „Runnig Out of Time”, „Orphan”, czy „The Little Things” nie zapiszą się co prawda wielkimi głoskami w historii muzyki – mam wrażenie, że takich kompozycji jeszcze dwadzieścia lat temu było mnóstwo – ale dziś w dobie muzyki „producenckiej”, w której obróbka studyjna w 70-80 % „robi” utwór, lśnią jak żywe diamenty, bo mało kto potrafi szarpnąć dobry riff, ułożyć kilka prostych akordów w coś niebanalnego, czy uszyć chwytliwą melodię. Mimo, że fanem Toto nigdy nie byłem, pójdę na wrocławski koncert, bo zawsze miałem wielką słabość do błyskotliwego popu, do eleganckich, dopracowanych kompozycji, do dobrych melodii, nośnych refrenów i coraz rzadziej niestety spotykanej muzycznej kompetencji. A Toto, choć zawsze tylko pretendowało do światowej czołówki, w każdej z tych muzycznych klasyfikacji, osiągało bardzo przyzwoite rezultaty. Nie wiem, czy fakt, że tak przyjemnie słucha się najnowszej płyty Toto wynika z faktu, że jest ona lepsza niż poprzednie, czy może raczej z tego, że prezentuje się ona dużo ciekawiej na tle aktualnej sceny nazwijmy to „komercyjnego rocka” i popu. Obie opcje są prawdopodobne, co nie zmienia faktu, że z biegiem czasu coraz cieplej myślę o Lukatherze i spółce. I najwyższy czas zobaczyć ich wreszcie na żywo.

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>